Człowiecze marzenia i cele są zazwyczaj piękne i dobre. I to nic, że już Sokrates zauważył: „Dobre wydaje się tylko to, czego pragniemy”. A pragniemy nieustająco dużo i jeszcze więcej. Oczywiste i za takie w wielu kręgach uważane jest to, że te ludzkie właściwości – chcenia, pragnienia i ciekawości wyprowadziły naszych praprzodków z jaskiń i doprowadziły do miejsca, w którym jesteśmy obecnie – jak bardzo byśmy go nie krytykowali lub do którego nie czulibyśmy zaufania i jakiegokolwiek przywiązania.
W miejscu szczególnym i niekoniecznie krytycznym
Jesteśmy w miejscu, po przekroczeniu (być może granicznego) poziomu świadomości – z tej właściwej dla bytów pierwotnych, prymitywnych, których kontakt ze światem zewnętrznym polegał na odpowiedziach na bodźce zewnętrzne, czy to pozytywne, czy negatywne (zagrażające biologicznemu istnieniu). To dość zrozumiałe, lecz nie jest powszechnie podkreślane, że w drodze ewolucji sposób pozyskiwania z otaczającego świata twego wszystkiego, co zaspokajać miało podstawowe potrzeby bytu ukształtował człowiecze ego, chciałoby się powiedzieć, że z całym „dobrodziejstwem” inwentarza. Z tego zaczęliśmy sobie zdawać sprawę relatywnie niedawno, badać to i wpływać na rozwój wewnętrznych źródeł decydujących na przykład o naszej aktywności w relacji ze światem zewnętrznym, w tym przede wszystkim z innymi ludźmi, ale i istotami nieludzkimi, z którymi zazwyczaj czujemy pewną biologiczną, a nawet emocjonalną więź.
Dziś spora część ludzkości ma świadomość, że długość i jakość życia jest w dużej mierze determinowana czynnikami wewnętrznymi (obiektywnymi – jak geny i subiektywnymi – jak przeróżne właściwości, deficyty, czy cechy osobowości, do których mamy określony stosunek), co przekłada się na popularną w różnych częściach świata (i nie tylko w jednym kręgu kulturowym) afirmację życia, a bardziej poczuciem afirmowania czy zaufania w procesie wzmacniania (choćby pewności siebie i swojej autonomii) oraz w procesie uwalniania (na przykład od negatywnych, a nawet destrukcyjnych, bo rozdzierających rdzeń osobowości, uczuć rozpaczy, wstydu, winy, apatii, niekiedy wrogości, nienawiści czy agresji lub od sztywnych kalek kulturowych).
To co powyżej rzeczywiście się dzieje, ale jednakowoż wplecione jest we wciąż równie powszechną niewiedzę, albo (co gorsze) korzystanie z pewnej wiedzy, technik, wypracowanych modeli i standardów wychodzi jedynie naprzeciw „oczekiwaniom” współczesności, której dominującymi paradygmatami są postulaty praktyczności, efektywności, szybkości oraz weryfikowalności, czego egzemplifikacją jest tak silny od dziesięcioleci nurt analityczny (któremu przy okazji nadano przymiot wartości szczególnie cenionej w społeczeństwie), zarówno w naukach ścisłych, jak i humanistycznych, w tym politologii, psychologii, filozofii. Ogromny nacisk na pojęcia (mniej zaś na intuicję, odczucia i doświadczenie) oraz ich eksplikowanie powodować może odrealnienie, pogłębiającą się separację, oddalanie od rzeczywistości i bliskiego ludzkiej naturze kontaktu ze światem, takim jakim on jest, lub jakim on nam się jawi. W tym miejscu warto zaznaczyć, że owy kontakt, w tym zmysłowy, urealnia człowieka w codzienności.
Nie sposób więc, by nie powrócić w rozważaniach do klasyki myśli humanistycznej. Do niej z pewnością należą słowa E. Fromma o tak niezbędnej człowiekowi potrzebie „uczuciowego związku z rzeczywistością”, której (należy podkreślić) w żadnej mierze nie można wiązać z ideami romantyzmu czy wszelkiej maści resentymentami. To nieskomplikowane stwierdzenie jest w niniejszym tekście – zarówno próbą odpowiedzi na pytanie, co trapi część dzisiejszej rzeczywistości świata ludzi lub dlaczego koło zamachowe naszego rozwoju jest nierówne, jak i próbą wskazania tego, co mogłoby mieć wpływ na spowolnienie pewnych procesów, których tempo znacznie przekracza nasze zdolności przystosowawcze, mimo, że są ogromne, a które (przypomnijmy) polegają na racjonalizowaniu okoliczności życia jednostki oraz całych wspólnot.
Wybujałość ambicji
Chcemy podbijać Marsa, Księżyc, w przyszłości kolonizować wybrane ciała niebieskie, korzystać z ich właściwości fizykalnych, chcemy zagospodarować przestrzeń wokół naszej planety dla różnych celów (niektórych tak istotnych i ambitnych, jak pozyskiwanie i generowanie energii Słońca w przestrzeni kosmicznej i jej przekazywanie na Ziemię). Chcemy być innowacyjni i nieustannie rozwijać nasze zdolności poznawcze i intelekt (co zresztą jest całkiem słuszne i potrzebne), budować i ulepszać. Znamienne jednak, że zapomnieliśmy w tej pogoni o zupełnie nierozwiązanych problemach tu – na Ziemi. Chcemy iść „dalej”, pozostawiając jednak większość ludzi na świecie z masą różnorakich kłopotów egzystencjonalnych, ze zdewastowaną przez człowieka w tak wielu obszarach globu naturą, w końcu chcemy wysłać człowieka w długą podróż w nieznane (od 5 do 8-miesięczną na Marsa) podczas, gdy nie potrafimy uporać się z relatywnie krótką izolacją od środowiska dla nas naturalnego i kontaktu z innymi ludźmi, liczącą na przykład zaledwie kilkanaście dni. Doświadczenia ostatniego roku w dobie ogłoszonej pandemii, uwydatniają skalę problemów, o których psychologowie pracujący w NASA czy Space Ex wiedzą od bardzo dawna.
W tym kontekście teza o pozostającej konieczności człowieczego kontaktu ze światem zarówno poprzez zmysły jak i uczucia winna przestać być pomijaną lub traktowaną jako romantyczna wizja umysłu humanistycznego lub przypadkiem jeszcze uduchowionego.
Obojętnie czy duchowość (i ewentualnie na jakim poziomie świadomości ona występuje) towarzyszy nam czy tak w ogóle nie jest, nie sposób pominąć, że człowiek wciąż potrzebuje do życia satysfakcjonującego, spełniającego się na drodze unikalnej ścieżki rozwoju, tego co konstytuuje jego byt – wspomnianego w miarę harmonijnego zespolenia z otoczeniem z zachowaniem swojej własnej wyjątkowości. I, co będzie dalej poruszone, nie chodzi o „pompowanie” własnej wartości siebie, a tym bardziej „kreowanie” wizerunku. Potrzeby te polegać mają na (co również nie jest zbyt odkrywcze) życzliwości, miłości, pokorze, zaufaniu, i które są czynnikami realizującymi „cele ludzkiego życia odpowiadające naturze człowieka w ramach jego egzystencji, tj. zdolności do miłości, do używania rozumu, pokory, zachowania wolnego od zniekształceń kontaktu ze światem zewnętrznym oraz wewnętrznym. Ten rodzaj związku ze światem jest najgorętszym źródłem energii, poza tą wynikającą z właściwości chemicznych ciała” – za E. Frommem.
Powrót do rzeczywistości – słów kilka o przyczynach
Przyglądając się dzisiejszym problemom ludzkości i mechanizmom „rządzącym” naszą codziennością, wydaje się, że dawno odeszliśmy od sposobu pojmowania naszego miejsca w świecie w sposób opisany powyżej. I to pomimo, że uogólniając mamy dużą wiedzę o wielu faktach (historycznych czy własnościach fizycznych rzeczy), o procesach oraz posiadamy większą samoświadomość jak nasi przodkowie, które to wszystkie powinny powodować mniejsze reperkusje o negatywnym zabarwieniu, jak to dzieje się faktycznie. Do kilku kluczowych kwestii – problemów społecznych jeszcze powrócimy.
A wcześniej warto poświęcić kilka zdań temu, co determinuje naszą reakcję na wydarzenia otaczającego świata – czyli na przykład chaos, o którym tak dużo się mówi i który odczuwamy jako istotnie dotykające nas doświadczenie.
Wygląda na to, że energia, a więc moc w nas tkwiąca wraz ze wszelkimi psychicznymi własnościami oraz deficytami często spowodowanymi przykrymi doświadczeniami mają odzwierciedlenie w sposobie naszego funkcjonowania. Mogą być one rozpatrywane jako przyczyny wielu działań lub ich zaniechań, albo zawsze w korelacji z bodźcami zewnętrznymi, a zatem mogą stanowić konglomerat czynników wynikających jedne z drugich i rzutujących na dany „efekt” – na przykład określoną postawę życiową (jak: roszczeniową, uległą, czy asertywną), podjęcie jakiegoś działania lub zaniechanie go i tak dalej.
Wydaje się jednak (choć chyba nie zostało to dotychczas wprost opisane), że przyczyny wewnętrzne i zewnętrzne mogą istnieć w stosunku do człowieka także osobno, a właściwiej w pewnej autonomii od siebie, przyjąwszy przy tym, że istnieją obiektywne okoliczności zewnętrzne, które potencjalnie (czyli probabilistycznie, a nie w pełni deterministycznie) mogą oddziaływać na sposób funkcjonowania człowieka. Nie zawsze więc ścisła korelacja z własnościami osobowymi rzutuje najmocniej na to, jak postrzega się świat (choć wydaje się, że wciąż najczęściej tak właśnie jest).
Takie ujęcie (w autonomii) oznaczać może, iż pewne przyczyny obiektywne występujące w społeczeństwie mogą nimi (tymi przyczynami) w ogóle nie być w odniesieniu do życia jednostki (skoro nie ma „efektu”, czy „wyniku” danego oddziaływania).
To sugeruje z kolei, że mogą istnieć przyczyny obiektywne, które zawsze (w odróżnieniu od przyczyn „nie zawsze” oddziałujących na indywidualnego człowieka z uwagi na szereg jego wewnętrznych właściwości, w tym osobowościowych, które mogą na przykład skutecznie go chronić przed tym, co jest dla niego negatywne) odnoszą się do świata zewnętrznego, wspólnego, społecznego, publicznego, powodując powstawanie mechanizmów czy struktur działających w społecznościach bez aktywnej ingerencji członków tych społeczności (często nawet przy pewnej bierności lub cichej akceptacji). Powstałe, działają często jakby samoistnie, w sposób nie do końca rozumiany, a nawet chciany.
A zatem, być może ma uzasadnienie taka oto teza, że rozpatrywanie przyczynowości zdarzeń w relacjach bezpośrednich, międzyludzkich (a im ich więcej, tym więcej „powodów” do powstawania przyczyn rzeczywistych) ma najbardziej realny wpływ na nasze funkcjonowanie, a przede wszystkim konstytuowanie ich prawdziwości, co wprost ukierunkowuje na istotę zdania o potrzebie poczucia realności w „stykaniu” się ze światem, przyczynami i skutkami tego, co się dzieje.
Czyli w nas samych nie zawsze występuje czynnik nieuniknioności w znaczeniu oczywistej konsekwencji (w myśl niektórych podstaw logicznego myślenia) czegoś, co miałoby wynikać z przesłanek obiektywnych (zewnętrznych) jeśli owe nie są urzeczywistniane przez jednostki, a także nie są „transmitowane”, bezpośrednio przekazywane przez inne, ważne dla nas osoby. Może warto, by brali to pod rozwagę wszyscy ci wszyscy, którzy w sposób bardziej bezpośredni uczestniczą w tworzeniu przyczyn zewnętrznych obiektywnych, dziwiąc się potem, że efekty ich/pewnych działań są przeciwskuteczne lub dalece odbiegające od oczekiwań, choć często bardziej nawet wyobrażeń wątłych, chwilowych i (można się pokusić o stwierdzenie) niewynikających z żadnych głębszych lub rzeczywistych wartości ogólnoludzkich.
Co dobre, a co mniej i o żyznej glebie dla superchwastów
Termin superchwastów (o wiele większych, silniejszych i trudniejszych do usunięcia sposobami standardowymi) pojawił się w dyskursie kilka, a może kilkanaście lat temu dla określenia spodziewanych i zaobserwowanych faktycznie skutków w naturze produkcji żywności metodą zaawansowanej inżynierii genetycznej – biotechnologii. Nie o tym jednak, a o problemach w kondycji człowieka, z którymi borykamy się w skali globalnej od wielu już lat, a które wyrosły nam trochę na wzór superchwastów – niechcianych i trudnych do zwalczenia, jednocześnie będących skutkami działań nieodpowiedzialnych, pochopnych, często odrealnionych lub nieadekwatnych do właściwych ludzkich potrzeb w danych okresie czasu. Naszą odpowiedzią na wiele z nich jest często jeszcze szybszy rozwój różnych metod i środków, mających skorygować efekty niepożądane. Jednak bez wglądu do źródeł, bez uczciwej „inwentaryzacji” i wzięcia na poważnie pod uwagę, iż przedsiębrane środki nie są często powszechnie przyjmowane, akceptowane – powoduje nieefektywność, a niekiedy zupełny brak sensu wdrażania kolejnych pomysłów, sposobów czy mechanizmów, które nota bene są kosztowne zarówno materialnie, czasowo jak i mentalnie.
Wymiar ludzkiego poświęcenia (o ile nie wynika z celów materialnych) ażeby zwalczyć bardzo wiele przykrych konsekwencji naszych własnych działań w szerszej skali, czyli intensywna praca nad wymyślaniem, zbieranie sił i środków, wytwarzanie, dążenie do idealnego, lub choćby na zasadzie konsensusu rozwiązania, implementowanie, kontrolowanie, ewaluacja i tak dalej (wbrew przyjętej w tekście krytyce negatywnej niektórych ludzkich aktywności) jest dowodem nie tylko na silną potrzebę indywidualnej inicjatywy, czy poczucie sprawczości, ale wskazuje nadto na istnienie tego, co może podtrzymywać wiarę w to, że nasz rozwój nie musi oznaczać niechybnego zmierzania do zniszczenia czy zniewolenia (z przyczyn zupełnie abstrakcyjnych lub nieco bliższych, umiejscowionych w społeczności, której jesteśmy członkami, a z którą się nie identyfikujemy) – czyli wiarę w istnienie, jeśli nie w formie ideałów lub bytów transcendentnych, lecz choćby w formie potrzeb: miłości, współczucia, duchowości, dobra, piękna (pojmowanej nawet najbardziej subiektywnie) czy estetyki. Co więcej, potrzeby te, jeśli we właściwy sposób uświadomione rzutujemy na innych i świat zewnętrzny w ogóle, co sprawia poczucie realnego kontaktu z życiem i rzeczywistością. I to jest ta dobra wieść.
Jest jeszcze jedna. Poświęcenia te naprawdę widać (i bywa, że mają wymierne, piękne efekty), w licznych inicjatywach o charakterze aktywizmu charytatywnego, w obszarze działań na rzecz ochrony środowiska, praw zwierząt, lokalnych potrzeb, a nawet w postawach altruistycznych.
Powyższe własności ludzkiego życia można traktować czy rozumieć jako żywioły (stanowią przecież wewnętrzną i silną energię), których nie sposób opanować na zasadach, które podpowiada nam ukształtowane przez tysiące lat ludzkie ego. Nie można więc zaprzeczać ich mocy, wypierać, próbować siłowo poddać kontroli. Tak jak w bezpośrednim kontakcie z otoczeniem należałoby nieco lepiej je zrozumieć i wejść (na ile się da) w harmonijną „współpracę”, lecz nie oznaczającą próby stworzenia samego siebie jak i zreformowania świata na zasadzie zanegowania możliwości wystąpienia różnych konfliktów, nieporozumień, dysfunkcji, różnic poglądów, wizji na temat naszego prywatnego jak i wspólnotowego życia, nie mówiąc już wiele, że nie da się chyba uniknąć tego wszystkiego, co w życiu bywa przykre.
Warto jeszcze napomknąć, że wiele jednostek walczy w imieniu bardzo szerokich kręgów o prawo do samostanowienia każdego w rzeczywistości, w której co raz powszechniej mamy poczucie, że jesteśmy zmuszani do często zupełnie nieracjonalnych uległości. Niepokój wzbudzać mogą uległości, które przestają bazować na rzeczywistości choćby materialno-prawnej we współczesnych państwach demokratycznych, którą to rzeczywistość współczesna cywilizacja uznała szmat czasu temu jako nie tylko konsensus, ale i szczególnie cenny dorobek ludzkości w ramach organizacji wspólnego funkcjonowania. I tutaj zaczynana się to, co mniej dobre i pożądane.
Wszystkie ludzkie inicjatywy świadczące o możliwości urzeczywistniania dobra nie mają bowiem takiej siły jak przynajmniej niektóre przyczyny obiektywne (te występujące na skalę masową w świecie), a które – jak się już wcześniej rzekło – istnieją zawsze i zawsze oddziałują na duże grupy, społeczności, tłumy, narody, a mogą też na jednostki (w zależności od właściwości wewnętrznych).
Znamienne, że w dzisiejszych okolicznościach wzrostu dostępu do wiedzy, większej świadomości oraz dbałości o życie własne i najbliższych wraz z jego jakością – im przyczyny zewnętrzne posiadają większą siłę i im bardziej są abstrakcyjne, tym (być może paradoksalnie z uwagi na wspomnianą abstrakcyjność) jeszcze bardziej i zawsze w podobny sposób oddziałują na duże grupy ludzi, powodując lawiny zdarzeń spoza indywidualnego spectrum, czyli takie, które nie są rozumiane, przyjmowane, lub których istnienie w ogóle dane jednostki podważają. Tym samym (co również wydawać może się zaskakujące), im większa siła nacisku przyczyn obiektywnych zewnętrznych – tym mniej efektywne i rzeczywiste oddziałanie na jednostkę (a właściwiej jej odbiór, stosunek do kwestii i „zastosowanie” w życiu) poprzez to, że często automatycznie odrzuca ona lub neguje, a jeśli przyjmuje to na zasadzie fasadowości, jedynie jako formę użytecznościową realizowania życia tu i teraz – nieco zgodnie z zasadą przystosowawczości – tyle i tylko tyle.
Sytuacja taka, w dobie dostępu do wiedzy i wielorakich możliwości kreowania własnego życia, prowadzić może, jak się zdaje, do zatracania kolejnych środków komunikacji i zrozumienia z innymi ludźmi, na przykład spoza naszego kręgu wspólnoty (rodzinnej, ideowej, duchowej, uczuciowej).
W indywidualnych, aczkolwiek co raz częstszych przypadkach (tych których dotyczy część tezy o obiektywnych przyczynach zewnętrznych, które nie muszą, lecz mogą oddziałać), opisana rzeczywistość może powodować poważne konsekwencje objawiające się depresyjnością wśród ludzi w średnim wieku i młodszych, skłonnością do aktów suicydalnych oraz zaskakująco niedocenianym problemem narcyzmu (w tym narcystycznej miłości). Powyższe są realnymi epidemiami czasów współczesnych, a ich egzemplifikacji jest nader wiele.
Rzut oka na wybrane problemy i ludzkie ego
Już w 1995 roku szeroko rozpisywano się o depresji młodych Amerykanów, a która polegać miała na dostrzeżonym poczuciu bezsilności w dążeniach do celu, bezradności na pojawiające się kłopoty i na poczuciu ogólnego niepowodzenia. W spekulacjach podawano takie powody jak upowszechnienie postaw indywidualistycznych, przerysowanie wizji własnej wartości (zbudowanej na nierzeczywistych „wymaganiach” ego), osłabienie wszelkich międzyludzkich więzi, w tym poczucia przynależności do większych struktur (grup, rodziny, wspólnoty wartości), a przez to osłabienie poczucia sensu istnienia. Do tego przyczynić miały się chociażby trendy w edukacji dzieci promujące w sposób bierny czerpanie z życia jedynie radości, a życiowej satysfakcji na zasadzie przynależnego szacunku, który opierać miał się na poczuciu własnej wartości, do którego jednak człowiek sam nie dążył, bo odebraną miał możliwość konfrontowania się z rzeczywistością, popełniania błędów, ponoszenia porażek, odpowiedzialności, a nawet pozbawiany był przeżywania przykrości i cierpienia, wpisanych przecież w ludzkie istnienie.
A zatem próbując chronić młodych ludzi przed skutkami nieprzyjemnych odczuć w życiu, ograniczono realność odczuwania życia w jego pełni, uniemożliwiając tym samym dostęp do zalet złego samopoczucia, których jest całkiem sporo.
Depresyjne usposobienia mają też przyczynę w nudzie, która (wbrew pozorowi, który stwarza dzisiejsza nadaktywność) wynika ze wspomnianego braku poczucia połączenia z rzeczywistością, w tym intensywnością bezpośredniego doświadczenia, co jest z kolei wynikiem wieloletniego a nawet wielodekadowego jedynie konsumowania wrażeń i obojętnie czy dotyczą one rozrywki, pracy, zainteresowań, spotkań, czy innych zajęć życia codziennego. Napychamy nimi dzienny grafik, a przez to zazwyczaj nie możemy czerpać z żadnego z osobna w sposób faktycznie satysfakcjonujący i mający walor jakiegoś sensu. To wszystko, na przestrzeni ostatnich 25 lat zupełnie nie zniknęło, a wręcz nabrało mocy i szerszego wymiaru.
Epidemia depresji, o jakiej się mówi głośno, ma wpływ na powiększającą się liczbę prób samobójczych i to w społecznościach zarówno uznawanych za biedne i zacofane, jak i ocenianych wszem i wobec jako wysoko rozwinięte, które (co więcej) dawno osiągnęły średnio wysoki poziom innowacyjności, wygody, dostępu do dóbr, czy poczucia bezpieczeństwa jak Japonia czy Korea Południowa, a częściowo USA czy Chiny. W państwie środka społeczna wartość ugruntowanego konformizmu (który jedynie w warunkach optymalnych miewa pozytywny wpływ na jednostki) doprowadza do szczególnych wypaczeń. Jak się okazuje, wszelkie kryzysy, w tym epidemiczny, w warunkach powiększającego się rozwarstwienia pomiędzy poziomem świadomości indywidualnych osób wraz z ich potrzebami, a budowaną przez władze (względnie wynikającą z rozmaitych czynników nieprzewidzianych) narracją potrzeb społecznych, mają swój wyraz w zachowaniach nietolerancyjnych, seksistowskich, przemocowych czy agresywnych.
Może wydawać się to zaskakujące (mimo sygnałów, które do nas regularnie docierają o istnieniu rzeczywistej cenzury w Chinach w wielu obszarach życia), że w społeczeństwie państwa liczącego sobie ok. 1 mld 400 mln obywateli (co stanowi blisko 1/5 całej ludzkości) nie ma zbyt wiele miejsca na pluralizm światopoglądowy. Ma to oczywiście wymierny „efekt” w działaniach władz i pewnych grup interesów. W państwie, które jest tak dalece posunięte technologicznie (i również aspiruje do roli poważnego gracza w przestrzeni kosmicznej), w 2018 r. władze nakazały usunięcie z mediów społecznościowych konta popularnej blogerki – aktywistki feministycznej, a zanim w ostatnich miesiącach ocenzurowano artykuł o tytule: „Please, stop using women’s bodies as a propaganda toll”, który powstał jako sprzeciw na nierówne traktowanie kobiet w Chinach w dobie epidemii (promowano pewne postawy i zachowania z wykorzystaniem wizerunku kobiet pracujących w tamtejszej służbie zdrowia jako przykład pożądanego poświęcenia, po czym okazało się, że pracujący w tych samych warunkach w chińskich szpitalach mężczyźni mieli zapewnione maski ochronne wyższej klasy niż ich koleżanki oraz nie musieli, tak jak kobiety były zmuszone, do ścięcia włosów) – odnotował ponad 100 tysięcy odsłon.
Tego typu powiększające się obszary niezgodności i nieadekwatności potrzeb, celów i wartości, niestety muszą powodować reperkusje na przykład w postaci stanów depresyjnych wielu ludzi – tych bardziej wrażliwych, dotkniętych osobistymi tragediami lub zwyczajnie odczuwających bezsilność wobec tak potężnych mocy przyczyn zewnętrznych. I to dzieje się teraz, postępuje i można się spodziewać, że będzie powodować mnożenie konfliktów społecznych w najbliższej przyszłości.
A biorąc pod uwagę, że podatnym gruntem takich i podobnych (nawet najbardziej zrozumiałych czy uzasadnionych) konfliktów jest ego z jego narcyzmem (w znaczeniu zaburzenia osobowości) – najbliższa przyszłość nie jawi się bardzo optymistycznie. Wprawdzie wciąż dominować zdaje się łagodna wersja tej specyfiki, która oznacza określone dążenia jednostki nakierowane na jakiś obszar jego aktywności i który tym samym nie jest wysoce szkodliwy, a może być elementem w procesie rozwoju osobowości, która ostatecznie wyzbyć miałaby się dumy własnej na rzecz poczucia dumy z ludzkości na przykład jako całości lub świadomości unikalności poszczególnych istnień i sposobności docenienia tego faktu oraz czerpania z tego satysfakcji – to rzeczywistość rysuje nam obraz bardziej ponury. Wydaje się bowiem, że jesteśmy mocno narażeni na epidemię nie tylko depresji, ale i patologicznych form narcyzmu. Prawdopodobieństwo jest dość wysokie.
Nie trzeba wyjątkowej wnikliwości, by dostrzec to na polskim gruncie konfliktów w życiu społeczno-politycznym, czy w wielu innych dziedzinach obserwując komunikowanie się ludzi w świecie wirtualnym, choć realnych także.
Tylko na marginesie warto przywołać, że w wyniku splotu kilku czynników doświadczeń osobistych pojawiać się może w sposobie funkcjonowania jednostki autoagresja, która skierowana na zewnątrz bywa szkodząca relacjom w życiu prywatnym, a w życiu wspólnotowym niebezpieczna, bo pobudza zarówno do życia grupy, czy organizacje o charakterze, który można nazwać destrukcyjnym radykalizmem, jak przede wszystkim daje pole do działania narcystycznym jednostkom o silnej osobowości, które w pomieszaniu z pewną dozą bezwzględności i brakiem uczciwej samokrytyki, przewodzą takim grupom stosując liczne manipulacje dla osiągania celów, bardzo często osobistych, nieco rzadziej już celów narcyzmu grupowego, na przykład mesjanistycznego.
Tak zwana projekcja pogardy na zewnątrz wiele razy dała się ludzkości we znaki. Stąd wypracowano szereg sposobów na radzenie sobie z tym elementem ludzkich słabości czy destruktywności. Jednak dziś dostrzegamy, że problem nie zniknął, a ostatnie doświadczenia w skali globalnej sugerują co raz częstsze okopywanie się ludzi na ustalonych stanowiskach, polaryzację, brutalny werbalnie sposób polemiki, co może świadczyć o chowaniu się za abstrakcyjnym wyobrażeniem siebie lub swojej grupy, które to wyobrażenie jest tym bardziej odległe od rzeczywistości, im ta rzeczywistość odległa jest od realności potrzeb ludzkich – nawet jeśli zawęzimy je do uniwersalnych, ogólnoludzkich.
W Polsce wychodzi na światło dzienne coś zbliżonego do wyżej opisanych specyfik w charakterze indywidualnym i społecznym. Kłopot, dostrzeżony i sformułowany nie dziś, polega w dużej mierze na traumie społecznej , która może być zarówno przyczyną, jak i skutkiem silnego rozchwiania pomiędzy poczuciem wyjątkowości (narodu walczącego z wieloma przeciwnościami, nieszczęśliwie umiejscowionego w geopolitycznych warunkach), a zaściankowości, którą można by nazwać nowomową – gorszyzmem, który mocno się ukorzenił w charakterze społecznym gdzieś pomiędzy latami ‘80, a współczesnością. Problem polega więc na tym, że choć wielu bardzo by chciało, nie czuje identyfikacji z większą grupą, narodem, co pozbawia możliwości łagodzenia wewnętrznych „niedoskonałości” patrząc w odbicie społecznego lustra. W odbiciu tym co najwyżej można dziś dostrzec szereg negatywów, co autentycznie odsuwa jednostki od całości i spycha gdzieś daleko poza centrum wydarzeń, powodując nie tylko poczucie odosobnienia, nieprzynależności, ale i głębsze konflikty wewnętrzne, czy brak poczucia jakiegokolwiek wpływu lub sensu zabiegania o niego – w kontekście potrzeby aktywności społecznej.
I wątpić można czy kierowanie wszystkich naszych sił na rozwój i osiągnięcia, głównie technologiczne, cybernetyczne, może w jakimś rozsądnym czasie zaradzić powyższym problemom, tendencjom i zagrożeniom. W tym miejscu cisną się słowa E. Fromma z okresu zimnej wojny: „Gdyby ludzie mieli taką narcystyczną więź z ludzkością, jaką mają z własnymi dziećmi, nie byłoby broni jądrowej”.
Czy „jakoś” to będzie?
Nie brzmi to optymistycznie, zwłaszcza gdy zdajemy sobie sprawę z faktu, że powielamy pewne mechanizmy działania, za każdym razem inaczej je uzasadniając, choć zawsze w oparciu o paradygmat wzrostu, rozwoju czy wspomnianej weryfikowalności.
Słowa przewodnie niniejszego tekstu o ludzkiej potrzebie uczuciowego związku z rzeczywistością, która polegać miałaby na zbliżaniu do realności doświadczeń, ich przeżywaniu, a nie konsumowaniu, na uwzględnianiu indywidualnej unikatowości oraz poszanowaniu zasad ukonstytuowanych na przykład w formie wartości ogólnoludzkich, jak dążenie do prawdy, rozumowego, ale i prawa do intuicyjnego postrzegania rzeczywistości, pokory, bezinteresowności, otwartości oraz miłości i przynajmniej pewnego stopnia wytrwałości, postawy nie oczekującej, ale raczej dającej – nie powstały w wyniku szaleńczych bredni, czy utopijnych wizji. Są wynikiem wnikliwej obserwacji życia i powstałych także na bazie zawodowej praktyki licznych prac osoby znanego filozofa i psychologa, powielane zresztą przez gros ludzi zajmujących się po nim tą dziedziną. Mimo zmienionego nurtu określonych nauk w sposobie rozważań i rozwiązań, które mają mieć dziś charakter głównie praktyczny, użytkowy – zgodnie z oczekiwaniami społecznymi, wciąż podkreśla się silną potrzebę przywrócenia bliższego kontaktu z rzeczywistością fizyczną, materialną, ze światem przyrody, czy otaczającej natury w jej tradycyjnym kształcie, a przynajmniej ograniczenia funkcjonowania w przestrzeni wirtualnej, a tym bardziej unikania tworzenia abstrakcyjnych obszarów, w których tworzymy równie irracjonalne czy imaginatywne konflikty, mające jednak całkiem realne przełożenie na nasze życia. Nie bez znaczenia pozostaje kwestia silnego przywiązania do materialistycznych dążeń ogromnej części ludzkości, dla której ten sposób wydaje się jedynym zapewniającym poczucie bezpieczeństwa, jednakowo będący pożywką dla pewnych wciąż aktualnych tendencji naszych wewnętrznych własności psychicznych.
Owszem, jak wspomniano, są jaskółki na tym szarym niebie, jednak mając świadomość tak wielu kwestii, nawet tych najbardziej skomplikowanych i tego, że tak ogromnej, przytłaczającej liczby aspektów ludzkiego życia jednak nie znamy i nie rozumiemy, zasadnym wydaje się pytanie czy godzimy się na wciąż tak nierównomierny i najczęściej nieuzasadniony podział dóbr na świecie? Czy przyjmujemy fakt, że zaledwie 27 klanów rodzinnych i tylko niewiele ponad setka przedsiębiorstw jest w posiadaniu równowartości wszystkich dóbr materialnych, które ktoś w jakiś sposób zdołał zliczyć? Jeśli tak, to czy akceptujemy to, że skupienie pewnych dóbr, a co za tym idzie władzy w wąskich gremiach, może wymuszać bierność miliardów ludzi w najróżniejszych wymiarach, a przez to szereg nieprawidłowości w naszym funkcjonowaniu i kontakcie ze światem zarówno wewnętrznym jak i zewnętrznym?
A może to tylko stan przejściowy, kolejna faza koniecznego rozwoju na właściwej drodze, która przecież rzadko kiedy była prosta i nie pod górę?
W tekście skorzystano z niektórych treści zawartych w poniższych publikacjach:
– E. Fromm – 'Patologia normalności’, wyd. Kraków 2017,
– E. Fromm – 'Anatomia ludzkiej destrukcyjności’, wyd. Poznań 2020,
– M. W.P. Seligman, E. F. Walker, D. L. Rosenhan -’Psychopatologia’, wyd. Poznań 2017,
– D. R. Hawkins – 'Przekraczanie poziomów świadomości’, Warszawa 2012,
– K. Tarnowski – 'Polska w filozoficznej drzemce’, artykuł opublikowany w miesięczniku „Znak”, Nr 761, październik 2018,
– www.economist.com – 'Covid-19 has revealed widespread sexism in China’, artykuł opublikowany 7 marca 2021.