Nowe uwikłanie w teraźniejszości

Czy nie jest tak, że z naszej pozycji geograficznej przyjemniej jest nam kierować wzrok w stronę południa, a nie północy? Podobnie jak z pozycji geopolitycznej, patrzeć w stronę zachodu, jak wschodu?

Północ wszak kojarzyć się może z ograniczonością, „bliższym” końcem, krańcem globu, który jest tuż tuż, niemal bezpośredniością tego zimnego, niezamieszkałego, pustego miejsca, z jakiego jakby rzut kamieniem do nicości, pustelni przestrzeni kosmicznej.

Nie to co Południe, gdzie życie nabiera kolorytu, ciepła, skąd do wszystkich krańców daleko, a wielość, różnorodność i zmienność (przy jednoczesnej adekwatności tempa) napotykają siebie w iście przypadkowych zderzeniach, nieco na wzór ruchu tego typu w naturze, mających charakter ateleologiczny, bez uprzednio założonych intencji i ściśle zarysowanych planów, o czym przypomina C. Malabou.

Czy takie przywiązanie do przeciwstawiania zjawisk, artefaktów, okoliczności nie jest wywodzącym się i głęboko w nas utrwalonym myśleniem dychotomicznym, ugruntowanym filozofią I. Kanta, a w naukach o psychice człowieka podejściem Z. Freuda? Wydawałoby się, że cały bogaty w nowe myśli, koncepcje, odkrycia naukowe oraz przeobrażenia społeczne wiek XX (mimo, że naznaczony największymi wojnami) wyrwał nas z tych okowów. Istnieje wiele na to dowodów, nie tylko w awangardowej czy postmodernistycznej sztuce, ale dokonaniach szeregu mniej lub bardziej ‘anonimowych’ ludzi, działaczy społecznych, aktywistów, którzy wiedzieni głębszą samoświadomością i świadomością innych oraz humanistycznymi hasłami naprawiali i naprawiają świat w jego skomplikowanej strukturze i różności, albo przynajmniej próbują zasypywać doły licznych niesprawiedliwości i niezrozumiałych dysproporcji, które reszta jakby akceptowała.

Jednak, z jakichś przyczyn, wciąż tkwimy w dychotomiach lub w ich bliskości (oraz innych opisanych dalej czynnikach utykających nas w ogóle) i upatrujemy w nich oczywistości, prawdy i bezpieczeństwa. Niekiedy albo bardzo często zamykamy się w przeszłości, lecz z tej racji, że od tego archaizmu (także w wymiarze politycznym czy ideowym – czego przykładem jest skrajny konserwatyzm) chcemy się oddalać (poza wyjątkami, skądinąd całkiem realnie zagrażającymi wolnościowym ramom) przy jednoczesnej obawie o przyszłość, rysowanej dziś katastroficznymi wizjami lub naznaczonej pejoratywnie postrzeganej niewiadomej, skupiamy się bardziej na teraźniejszości, w której dochodzi do nowego rodzaju uwikłania człowieka.

Stąd, może warto przemyśleć ‘odejście’ od teraźniejszości na rzecz niekoniecznie liniowego pojęcia czasu, a przede wszystkim na rzecz pewnej rozciągłości czy terminu, który zaproponowała  C. Malabou plastyczności w rozumieniu swojej własnej, jak i cudzej (lub nas jako ogółu, grupy, społeczeństwa, a może i nawet cywilizacji) perspektywy czasowej.

„Jestem” może odnosić się bowiem do całości tejże perspektywy (i obojętnie czy będziemy ją traktować, wyobrażać sobie kołowo, liniowo lub jeszcze inaczej – choćby przestrzennie na zasadzie nakładających się siatek czasoprzestrzennych), a nie tylko tak zwanej ‘chwili obecnej’ czy teraźniejszości, w której chętnie się lokujemy, do której się przywiązujemy, wypierając z obszarów świadomych istnienie ‘bycia’, które nieustannie wykracza poza stan chwili aktualnej. Można by nawet pójść dalej i stwierdzić, że teraźniejszość czasowa nie istnieje w ogóle, co implikować mogłoby myślenie otwierające zupełnie nowe drogi.

O wielu meandrach bycia uwikłanym w teraźniejszości, przyczynach i skutkach takiego stanu rzeczy traktuje ten tekst, w oparciu zarówno o dokonania psychoanalizy, jak i myśli filozofów tych z czasów dawno minionych, jak i zupełnie współczesnych oraz  w oparciu o poruszone już w innym miejscu kwestie odnoszące się do dialektyki rozwoju według podstaw systemu heglowskiego. Przyjrzyjmy się najważniejszym elementom po kolei.

Dychotomia

Wprowadzająca do naszych rozważań dychotomia jest nierozerwalnie związana z naturą człowieka, która stawia go w sytuacji wymagającej, zarówno fizycznie jak i psychicznie. To nie przypadek, że myślenie przeciwstawiające objawy rzeczywistości, okoliczności, artefaktów przewijało się od zarania dziejów człowieka i ugruntowało się w teoriach oraz praktykach nastałej po średniowieczu nowoczesności, aż po współczesność. I to żadne odkrycie, że sytuacja człowieka naznaczona jest sprzecznościami, do kategorii których bezapelacyjnie należy ograniczenie naszej egzystencji, co sprowadza się do nieuchronności śmierci. To z kolei nierozerwalnie wiąże nas ze światem zwierzęcym lub przyrody w ogóle, przy jednoczesnym niebudzącym wątpliwości przekonaniu, że jesteśmy ponad tym światem. „Dysponujemy rozumem i wyobraźnią, które pozwalają nam, nieomal zmuszają, do doświadczenia świadomości własnego istnienia jako odrębnych istot i naszego nieuniknionego końca, będącego przeciwieństwem życia” – udowadniał E. Fromm.

Kolejną, skorelowaną z powyższą, egzemplifikacją dychotomiczności, w którą człowiek został wepchnięty, jest fakt emergencji ludzkiej świadomości, w tym,  w początkowej fazie – odrębności „ja” i człowieczego „ego”, co miało nieodwracalne skutki i wpływ na sposób odbioru siebie w kontakcie ze światem zewnętrznym. Jak już wspomniano w innym miejscu, najpierw przebłyski świadomości i wyodrębnienie siebie ze świata oraz życia grupowego (gromady osobników) zaczęło powodować konflikty interesów, ponieważ uświadomienie pociągało za sobą silną chęć podążania własną, odrębną drogą, stawiając na szali poczucie ładu, stabilnej pozycji, względnego bezpieczeństwa i szansy przetrwania. Takie symptomy realizacji życia były w ewolucji człowieka obecne i są takie do dziś. Twierdzi się bowiem, że współczesny człowiek poddany jest walce jego świadomości z pierwotnymi instynktami, a w dodatku, na drugim froncie, całym danym światem zewnętrznym, z jego kulturą, presjami społecznymi, prawnymi, ideologicznymi, religijnymi, co powoduje napięcia psychiczne o bardzo dużym natężeniu, a zatem i oczywistych konsekwencjach. Narzucony porządek dychotomiczny jawi się więc jako pełna realność ludzkiego istnienia, stąd tak trudno ją chwytać w przejawach wielu patologii normalności (za sformułowaniem E. Fromma) życia jednostki, jak i społecznego. A nie uchwycenie w porę określonych i ważnych symptomów rodzi niebezpieczeństwo bardzo niepożądanych efektów odłożonych w czasie.

Nauczyliśmy się wielu środków zaradczych na taki stan rzeczy, jednak bardzo wiele ma charakter mechanistyczny i nieświadomy. Elementy afirmatywne, tłumienie świadomości egzystencjalnych, stosowanie ucieczek i wypieranie pewnych dążeń czy motywów lub nie dopuszczanie ich do świadomości nie rozwiązuje jednak problemów, lecz znów tylko odkłada ich emanacje (tylko w niektórych okolicznościach możliwe jest, że wyparte motywy prawdopodobnie nigdy nie powrócą). Jest to zamykanie ich w miejscu, do którego ma nie być dostępu – jednak to tam istnieje. To pierwsza oszukańcza metoda, jaką stosujemy niezmiernie często wobec samych siebie, ale także w sferze spraw publicznych, wobec innych. Druga, także mająca źródło poznania w myśli Z. Freuda, polega na „trzymaniu” w nieświadomości określonych motywów niejako z premedytacją, co oznacza, że sfera nieświadoma nie jest taką, jaką się powszechnie wydaje – jako coś istniejącego zupełnie poza naszą intuicją. „Nieświadome motywy pozostają nieświadome, ponieważ w naszym interesie jest, żeby ich sobie nie uświadamiać” – wykazywała K. Horney. I dodawała: „Stanowi to klucz zarówno do praktycznego jak i teoretycznego zrozumienia zjawisk psychicznych (…). Poznanie tego pozwala wytłumaczyć fakt, że gdy próbujemy odsłonić nieświadome motywy, to zaczynamy z tym walczyć, ponieważ niektóre nasze interesy są zagrożone. Określamy to zjawisko oporem”.

Nic zatem zaskakującego, że człowiek z jego „interesami” funkcjonował i funkcjonuje w rzeczywistości walki i konfliktu, a w niej dychotomia, przeciwstawianie obozów tych interesów, wydaje się zupełnie naturalne lub nieodzowne. Ta konieczność może być jednak zaledwie pozorna, bo choć mocno ugruntowana w historycznym układzie i ewolucji człowieka, to nie wydaje się, aby zupełnie abstrakcyjna czy utopijna była wiara w dokonania i ich znaczenia dla nadawania sensów i pobudzania rozwoju w sferze nauk o człowieku, w tym neurobiologii, psychologii, psychiatrii, w końcu też filozofii jako tej, która spinać może wszystkie inne dla lepszego zrozumienia określonych zjawisk i całych procesów, przy jednoczesnej twórczej roli w zakresie choćby języka.

Dychotomiczność należy zatem, podążając za heglowską metodą dialektyki, uznać za istniejącą, obowiązującą jak do tej pory, mającą kardynalne znaczenie dla ludzkiego życia (choćby tylko w przeszłości) i dokonać jej negacji w swoistym procesie, który rozpoczyna się i bazuje na podmiocie (uznaniu podmiotowości). „Punkt widzenia podmiotu nie uważa za stosowne zajmować się tylko i wyłącznie nim jako tym, co prawdziwe, a całą resztę uznać od razu za nic nie znaczący pozór. Przeciwnie, Hegla interesuje właśnie proces znoszenia tego, co nieprawdziwe”. Przypomnieć tu trzeba, że owo znoszenie dokonuje się tylko poprzez uznanie zjawiska jako części całości, w procesie zapośredniczenia, a także, stosując XX-wieczną terminologię – dekonstrukcji, która rzecz jasna nie jest destrukcją, lecz elementem procesu twórczego. I tak należy podchodzić do kwestii dychotomii, jeśli chcemy z jej udziałem dokonać przekształceń.

Bez uświadomienia powyższej metody i jej przyjęcia z całym dobrodziejstwem inwentarza (w tym z akceptacją rozciągłości czasowej i niepewności co do rezultatów oraz przy zgodzie na odejście od teleologii) ugrzęźniemy na długo na przykład w dyskursie osądów, sytuujących się najczęściej gdzieś na skraju, zamiast pomiędzy.

Osąd

Osąd jest zarówno oceną dokonaną w procesie całkiem logicznego poznania (jeśli odbyło się ono poprzez co najmniej zaznajomienie z przedmiotem czy zjawiskiem na podstawie pojęć o nim oraz zakładając określoną ważność) jak i oceną bardzo subiektywną, albowiem często opierającą się na upodobaniu (przysługującemu każdemu z osobna w niezliczonej liczbie i różnych jakości oraz wariacji tych dwu specyfik odniesionych do sposobu odbioru oraz interpretacji rzeczywistości, w tym za pośrednictwem zmysłów) lub jak pokazują praktyki życia, w zależności od rodzaju przyjętych postaw konformistycznych (uległość, identyfikacja, internalizacja), nie mającym nawet zbyt silnego związku z upodobaniem, zwyczajnie biernym przyjmowaniem określonych twierdzeń innych. W skrajnym wydaniu, zwłaszcza to ostatnie, przybiera formę transpasywności, czyli odczuwania radykalnych reakcji rozpaczy, agresji, odwetu za niesprawiedliwości i innych tego rodzaju postaw. Jest to przyjmowanie sposobu odczuwania innego, lecz nie o empatię czy współodczuwanie tu chodzi, ale receptywne doznawanie negatywnych odczuć innych: „To połączenie doświadczenia emocji przede wszystkim rozkoszy i strachu oraz pasywności przypomina sytuację podmiotu we śnie. Wszystko dzieje się jakby samo, poza podmiotową władzą, która polega na poczuciu sprawstwa swoich czynów, a które nazywa się wolą” – opisał A. Leder.

Niekiedy trudno zatem uznawać osąd za rozstrzygnięcie absolutnie pewne, niepodlegające dalszym rozważaniom czy wątpliwościom. Lepiej jest przyjąć, że jest on pewną decyzją co do oceny zjawiska, zwłaszcza mając na względzie ludzkie upodobanie do stawiania rzeczy versus. Ma to wszystko duże znaczenie w indywidualnych sądach o nas samych lub okolicznościach zewnętrznych, ale kto wie, czy nie większe konsekwencje wynikają z sądów wytwarzanych w sferze spraw międzyludzkich, publicznych, ogólnych. J. Derrida poddał krytyce tak zwaną opinię publiczną, która produkuje szereg artefaktów, a przecież żadne sądy zawarte w tejże opinii nie mogłyby funkcjonować w obiegu poza przedstawicielstwami politycznymi, związkowymi czy innymi grupami interesów. Miejsca na różnorodność, a nie jednolitość, osądów jednostkowych jest tam niewiele.

„Opinia nie jest związana z systemem wyborczym, lecz jak sama jej nazwa wskazuje, jest powołana do tego, by wyrażać się za pomocą sądu. Osąd nie jest jednak wiedzą, ale zaangażowaną oceną, aktem wolicjonalnym. Zawsze przyjmuje formę osądu (tak lub nie), który musi sprawować władzę (…). Wszystko to nie należy do porządku osądu decyzji, a szczególnie przedstawicielstwa, wymyka się zarówno istniejącym instytucjom demokratycznym, jak i opinii publicznej jako takiej.” Derrida stawia pytania o to, co umyka obiegowym opiniom w przestrzeni publicznej, a co wynikałoby z trendów, obyczajów, gust, rezerw doświadczenia, które nie należą do porządku osądu i określonej ich reprezentacji. Pojawia się więc następne pytanie –  o autonomię opinii, których ścisłość i tak jest już zawężana przez sam język. Co za tym idzie, dyskusyjne jest bezkrytyczne traktowanie opinii publicznej jako narzędzia tłumaczącego rzeczywistość. To co zadziało się we współczesności z opiniami  w sferze spraw międzyludzkich to już nawet nie „kierowanie” nią, lecz poprzez środki techniczne pozwalające być na bieżąco ze sprawami i tendencjami – jej kreowanie i nawet nie tyle przez grupy interesów ile przez samą formę ich przedstawiania za pomocą środków komunikacji, które nakładając kolejne filtry informacyjne zniekształcają przekaz. Opisany mechanizm może mieć zarówno efekt włączający określone środowiska, grupy czy indywidua w dyskurs, jak i efekt wyłączający, wykluczający albo zniekształcający. „Technika (…) może udzielać głosu mniejszościom pozbawionym przedstawicielstwa instytucjonalnego, może naprawiać błędy i niesprawiedliwości, ale tego rodzaju demokratyzacja nigdy nie reprezentuje opinii publicznej w sposób uprawniony i pozbawiony kontroli oraz cenzury. Wolność prasy jest najcenniejszym dobrem demokracji, ale – przynajmniej w tej mierze, w jakiej postawione przez nas pytania nie znajdują miejsce w sferze praw i obyczajów – ta fundamentalna wolność wciąż pozostaje do wynalezienia. Każdego dnia. Co najmniej.”

W krytyce opinii publicznej jest jeszcze coś istotnego, co znów umyka. Chodzi mianowicie o rozum, czy też rozumowe pojmowanie, co dziś postrzegamy głównie poprzez prymat zdolności intelektualnych, a przecież opierają się one na dość wąskich właściwościach i z rozumowym pojmowaniem całości, totalności nie mają za wiele wspólnego. Ideałem nowoczesności byłoby dążenie do tego, by w sferze publicznej używano rozumu w jego pełni we wszystkich dziedzinach, jednak rozumu nie redukującego się do „opinii” własnej, ale takiego, który sam siebie krytykuje. Wydaje się to jednak tylko marzeniem idealistów, a według realistów ponowoczesnych jawi się jako błąd w dyskursie, którego osnową jest wiara w jakąś absolutnie istniejącą mądrość wyrażającą się w ściśle określonych ramach, w tym etycznych, moralnych, prawnych, w imię racjonalności – bez uwzględnienia wielości, przypadkowości, różności, w końcu też relacjonalności zjawisk i konsekwencji wynikających z ludzkich spotkań, a które mogą sprzyjać pojawianiu się zdarzeń zupełnie wyjątkowych, rzadkich, wymykających się powszechności, jakie są przejawem lub wyrazem określonych i jednocześnie ukrytych prawd albo jakie przełamują skostniałe, ugruntowane tło zdarzeń.

Osąd jako przejaw, czy to subiektywnej, czy ‘zobiektywizowanej’ oceny ogółu nie jest miarodajny i przeszkadza w postrzeganiu rzeczywistości takiej, jaką ona jest. W świecie spraw publicznych osądy pokrywają liczne prawdy dotyczące mechanizmów oddziałujących na masy. Dokładnie tak samo, jak dzieje się to w osądach  o samym sobie. „Sądy takie przeważnie oparte są na systemie wartości, które przyjęte zostały od otaczających ludzi. Czy jeśli patrzysz na cokolwiek okiem sądu, aprobaty lub potępienia, nie jest to największą przeszkodą w rozumieniu i widzeniu rzeczy takimi, jakie są? Dlaczego chcesz być kimś szczególnym dla kogoś i podlegać tego rodzaju aprobacie i osądowi?” – pytał A. de Mello.

Rozważania jak powyżej, odniesione do osobistych przejawów życia zawierają kwintesencję krytyki prymatu osądów w ogóle, a zatem stawiania rzeczy i spraw w kontrze, rywalizacji, na biegunach.

Konflikty wewnętrzne

Poruszony obszar życia wewnętrznego wymaga bardziej wnikliwego spojrzenia, ponieważ wpływa nań w sposób fundamentalny to, co wydarza się w całej sferze spraw międzyludzkich i co powoduje nowego rodzaju uwikłanie człowieka współczesnego – uwikłanie w sobie i w teraźniejszości, pojmowanej tradycyjnie i, co ciekawe, przestrzennie, a nie czasowo, jako pewien etap życia, który toczy się „tu” (gdzie akurat jesteśmy). Owo „tu” wydaje się popularną i wygodną kategorią, bo określa miejsce i zarazem jego status w życiu człowieka XXI wieku. A do miejsca, tym bardziej „swojego”, przywiązujemy nie lżejszą wagę jak kiedyś, ale sporo cięższą. „Tu” wyznacza dziś granice „swojości”, własności, (zawłaszczonego) obszaru, jest atomicznym wymiarem bezpieczeństwa. Teraźniejszość została rozciągnięta, lecz nie czasowo, (nawet jeśli tylko liniowo), ale obszarowo. Nic w tym szczególnie zaskakującego, obserwując utrzymujące się tendencje do wyniosłego traktowania kategorii posiadania – przedmiotów, dóbr, a nawet i innych ludzi „na własność”. Jest to także związane z nadawaniem wyjątkowego znaczenia bycia „tu i teraz”, co propaguje się w przestrzeni publicznej, wzmaganiem poczucia kaironicznego ‘przymusu’ wykorzystywania wszystkiego, co się przydarza, afirmowania okoliczności dla obrony swoich interesów, jednak nierzadko przy użyciu środków materialnych, posiadających obecnie wartości ekonomiczne zupełnie abstrakcyjne i niewspółmierne. Dodać należy, że te niekiedy heroiczne zabiegi o zachowanie lub wzrost jakości życia w teraźniejszości, „tu i teraz” (bo jutra przecież może nie być) mogą wynikać z tego, co już się rzekło, mianowicie obrony jednych interesów wewnętrznych kosztem tych, które z jakichś względów zostały zepchnięte do podziemia nieświadomości.

Mało refleksyjne afirmowanie dość dobrze ukazują pozornie (co dalej będziemy wykazywać) paradoksalne wyniki badań opinii publicznej w Polsce. Jak się okazuje, na przestrzeni ostatniej dekady wzrosło „ogólne zadowolenie z życia” naszych rodaków, a porównując wyniki ankiet w tym obszarze z 2011 i 2020 r. można by dojść do przekonania, że już 10 lat temu owo zadowolenie sytuowało się na zaskakująco dobrym poziomie, mając na względzie kulturowe tendencje tego społeczeństwa do zaniżania samooceny oraz oceny jakości swojego życia. Otóż, w 2011 r. 34% Polaków uznało, że są zadowoleni z życia, a 55% odpowiedziało – „różnie z tym bywa”, natomiast „ogólną satysfakcję z życia” zadeklarowało 68% badanych. W podsumowaniu opisu tychże badań skonstatowano, że większość Polaków jest zadowolona z życia i czerpie z niego satysfakcję, głównie w sferze relacji rodzinnych, przyjacielskich i koleżeńskich. Z kolei w 2020 r. z tożsamych badań wynika, że aż 78% Polaków uznaje się za ogólnie zadowolonych, 17% średnio zadowolonych, a tylko 4% niezadowolonych. Zatem, jakby sugerować miały wyniki tych badań, 96% Polaków jest na ogół zadowolonych z życia. Co ciekawe, w 2021 r. odsetek respondentów czerpiących zadowolenie z relacji z przyjaciółki i najbliższymi znajomymi sięgnął aż 97%, z miejsca zamieszkania 96%, podczas gdy w tym samym zestawieniu zadowolenie ze swoich dzieci zadeklarowało ‘tylko’ 76%, a z małżeństwa lub związku partnerskiego 71%. Już tylko te przytoczone wyniki budzą szereg pytań, zwłaszcza co do sporo niższych wartości zadowolenia, jakie przypisano relacjom z członkami najbliższej rodziny (w odróżnieniu od wyników z w 2011 r., kiedy ‘rodzinne zadowolenie’ było na czele stawki).

Nie ma tu miejsca na dokładną analizę poszczególnych obszarów tych badań, jednak jest coś, co zdecydowanie narzuca się spoglądając tylko na wskazane liczby w aspekcie ogólnego zadowolenia. A właściwie nasuwa się zasadnicze pytanie. Skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Można by podjąć się próby odpowiedzi, jednak nie wiemy, czy nawet w najszerszym możliwym ujęciu udałoby się temat wyczerpać i trafić w jakieś sedno z uwagi na skalę zjawisk i ich skorelowanie.

Wobec głośnych od wielu już lat doniesień o co raz bardziej chwiejnej kondycji psychicznej, niemalejących problemach neurotycznych, zagrożeniu depresją, którą WHO wpisało na listę chorób cywilizacyjnych czy niebezpiecznie wysokim odsetku aktów suicydalnych młodzieży w krajach wysoko rozwiniętych, w tym w Japonii, Stanach Zjednoczonych Ameryki, jak również w  Polsce, które ostatnia pandemia wcale nie wywołała (co najwyżej podsyciła pewne tendencje), jedno narzuca się wszakże samoistnie i całkiem dużą siłą. Tym czymś jest wiarygodność deklaracji Polaków na temat ich życiowego zadowolenia. I wcale nie musi chodzić tutaj o błędy metodologiczne, jakie oczywiście przysługują tego typu badaniom ankietowym, ani nawet o świadome, czy intencjonalne udzielanie odpowiedzi niezgodnych z myślą, czy odczuciem.

W naszych rozważaniach dostrzegamy istotny związek między rozbieżnością deklaracji, jak powyższe, a tym, co nazwaliśmy nowym uwikłaniem człowieka. Jego życie zostało zepchnięte do wymiaru atomu, jeśli przyjmować skalę społeczną, przy jednoczesnym wzroście znaczenia sfery, już nie tylko prywatnej (bo jak sugerują przytoczone wyniki badań z 2021 r. nie o najbliższą rodzinę chodzi – chyba, że problemy stąd wynikające też mają swoje znaczenie dla wzrostu wsobnych tendencji) ale sfery osobistej. W niej mówimy o życiu psychicznym, w którym nastąpiła regresja uczuć – być może przez co raz częściej toczone tam konflikty, których niemym świadkiem jesteśmy my sami. To przykra konkluzja, ale zdaje się wiele tłumaczyć, zwłaszcza sprzeczności, o jakich tu mowa. Co więcej, wsobność taka raczej nie jest osobistym i świadomym wyborem – wynika z szeregu tendencji i uwarunkowań społecznych, które nasadzają się na jeszcze nie uregulowane ludzkie sprawy z dalekiej przeszłości, w tym nie przepracowanie, jak określa się to    w naukach o psychologii, oddziaływania niektórych pierwotnych instynktów, ulokowanych w ludzkim ego.

Kolejnym aspektem jest wyprzedzający owy rozwój psychiczny i świadomościowy człowieka postęp technologiczny, cywilizacyjny, jaki zbyt szybko wywindował oczekiwania, co do rychłego uzyskania życia wygodnego, łatwego, przyjemnego zmysłowo, z odroczoną na czas nieokreślony perspektywą choroby i śmierci. „Wraz z rozwojem cywilizacji, życie staje się mniej niebezpieczne, ale też mniej ekscytujące. W miarę jak myślenie strategiczne zastępuje natychmiastowość ekspresji, następuje kompromis między przyjemnością płynącą ze spontaniczności, a bezpieczeństwem cechującym kontrolowanie planowania. Jedną z konsekwencji tego stanu rzeczy jest to, że popędy i pasje, które nie mogą już być bezpośrednio wyrażone wśród ludzi, często toczą równie brutalną walkę wewnątrz jednostki, wymierzoną przeciwko kontrolującym częściom jej samej (…). Ilość przemocy w życiu codziennym została być może zredukowana, ale teatr wojny zostaje w pewnym sensie zinterioryzowany”.

Przy takim opisie współczesnych zjawisk oddziałujących na życie psychiczne człowieka, a co za tym idzie wytwarzających nowej specyfiki mechanizmów obronnych, nie sposób nie sięgnąć lub powrócić do klasycznych wątków psychoanalizy. Zanim jednak chwilę przy nich pozostaniemy, należy wzruszyć jeszcze jeden istotny element w naszej skomplikowanej układance pod tytułem nowego uwikłania. Jest nim cielesność. Materializm późnych lat XX wieku czy też nowy materializm słusznie podkreśla istotę, znaczenie ludzkiego ciała dla odbioru świata, siebie samego, jako łącznika między tymi dwoma sferami życia. Ciału należna jest uwaga i troska oraz wolność wyrazu – to już zasadniczo wiemy i rozumiemy. Należy przy tym nie zapominać, że ludzkie ciało (jak chyba zawsze było w historii) jest wykorzystywane dla potrzeb i celów grupowości, w której funkcjonuje w określony sposób dla podtrzymania rytuałów, zasad, norm,  a dziś bardziej trendów, mody i celów ekonomicznych (niekiedy jeszcze politycznych) różnych grup interesów – i nie wiadomo co gorsze lub mniej sprzyjające rzeczywistej wolności w wyrazie ludzkiej indywidualności poprzez ciało. Ciało było i jest socjalizowane, racjonalizowane, a w procesie cywilizowania może osiągać pewien stopień indywidualizacji wespół z jaźnią: „Jednostki mają w zwyczaju konceptualizowanie siebie samych jako odrębnych od innych, a ciało jako opakowanie na jaźń”. Takie podejście odegrało znaczącą rolę w przebiegu indywidualizacji, znoszenia niektórych uciskających norm, czy zyskiwaniu autonomii jednostki. Jest też jednak druga strona medalu, która wyryta jest w dużej mierze przez okoliczności zewnętrzne, nałożone na emancypacyjne tendencje. Na niej dostrzegamy budowę emocjonalnego muru pomiędzy ciałami swoimi i innych. „Między ciałami powstał dystans, a biologiczność człowieka stała się czym krępującym. W rezultacie, ciałem w co raz większym stopniu zarządza się poprzez odniesienie do społecznych norm zahamowania”.

W skrócie i tylko pobieżnej konkluzji tego akurat wątku można rzec, że dziś, choć zwłaszcza wśród młodzieży dostrzega się przejawy sporej niezależności (wydawałoby się) kulturowej, lub bardziej wyrazistej odrębności pokoleniowej w niektórych aspektach kultury, silny zdaje się wciąż konformizm różnych stopni i rodzajów, a kreowane wizerunki ciała bardzo często odbiegają od rzeczywistości świata wewnętrznego, który nie jest budowany na jakimś trwalszym gruncie, a raczej bardzo ruchomym, chwiejnym lub bardziej nie uchwytnym bądź nie dostrzegalnym dla jednostki. Może mieć to związek z brakiem poczucia tożsamości i oscylowania w ramach pewnych punktów odniesienia, co oczywiście powoduje, że konformizm pokolenia przełomu wieków oparty jest bardziej (wbrew pozorom nadbudowy wizerunkowej) na zachwycie i uległości wobec grup, chwilowych idoli czy sytuacji – niż identyfikacji lub internalizacji, jaka miała miejsce w przypadku poprzednich pokoleń. Być może i to jest pewnym etapem transformacji lub ewolucji świadomości, lecz póki co obraz taki mocno wpisuje się w zjawisko anomii społecznej, która może być niekorzystna czy niebezpieczna, nie z powodu występujących tam niewiadomych (których oczywistość nawet postulujemy), ale z powodu ludzkiej postawy wobec takiej sytuacji – postawy apatycznej, niezaangażowanej, niezainteresowanej.

W tym miejscu wrócić należy do wspomnianych już konfliktów w ujęciu podstawowych kategorii psychoanalizy. Bazową tezą, która legła u podstaw dekonstrukcji freudowskiej koncepcji popędów, jest ta autorstwa K. Horney, znakomitej psychoanalityczki i wyjątkowo wnikliwej psychiatryczki: „Kiedy odejdzie się od wyjaśnienia tendencji charakteru jako ostatecznych efektów instynktownych popędów, jedynie modyfikowanych przez otoczenie, wówczas główny akcent pada na warunki życia kształtujące charakter i od początku musimy szukać środowiskowych czynników odpowiedzialnych za tworzenie neurotycznych konfliktów – tak więc decydującym czynnikiem w powstawaniu nerwic stają się zaburzenia w stosunkach międzyludzkich.” Ta zmodyfikowana jeszcze w pierwszej połowie XX wieku myśl w rozważaniach nad życiem psychicznym człowieka do dziś jest kluczowym motywem i punktem odniesienia w procesie rozumienia nie tyle przyczyn zjawiska, czy skonkretyzowanych motywów, ale wariacji zachodzących w zachodzących między ludźmi stosunkach, które to rzutują na rozbudowaną zarówno poziomo jak i pionowo strukturę psychiczną, oddziałując na poszczególne jej części i piętra w sposób różnorodny i wytwarzający korelacje o często nie dających się przewidzieć efektach. Choć oczywiście, to utrwalone mechanizmy, jeśli przebiegają w dodatku przez wiele pięter i dotykają licznych gałęzi struktury, decydują ostatecznie o pewnym wyniku, czy powtarzalności jakiejś reakcji. Wciąż jednak badać to można lepiej zaczynając nie od genezy, prapoczątków danej tendencji, ale od „góry”, czyli poruszając się po wewnętrznych, acz dość świeżych śladach aktualnej struktury osobowości.

A w niej, zgodnie z dynamiczną koncepcją, postawy i zachowania motywowane są bezpośrednio przez czynniki emocjonalne, w tym popędy o charakterze konfliktowym. A jak już wspomnieliśmy, konflikty wewnętrzne nie wynikają z przyczyn genetycznych wprost, ale napięcia jakie wytwarza starcie ludzkiego ego ze światem zewnętrznym – i jest to teza utrzymywana przez współczesnych badaczy.

Należy zatem w skondensowanej formie przypomnieć, że konflikty te są zarówno przyczyną jak i skutkiem rozmaitych relacji, działań ego, lęków oraz czynników kulturowych. Nie jest możliwe tu przyjrzenie się im wszystkim, ale kilka aspektów kultury wydaje się szczególnie ważne i interesujące dla naszych rozważań. Kultura, czyli szeroko ujmując, całokształt wzorów, norm, znaczeń, języka i praktyk charakterystycznych dla danej grupy są niesione i przekazywane przez najwcześniejsze w rozwoju człowieka środowisko – rodzinę. Tam wydarza się bardzo dużo, lecz wiele z tego to poleganie na normach, prawach i zasadach zapośredniczonych z kultury. Przykładem tego jest przenoszenie niektórych ambicji lub wyobrażeń (opartych na fantazmatach funkcjonujących w obiegu publicznym) dorosłego na dziecko. W XX wieku plagą było traktowanie chłopców jako małych geniuszy (gdy tylko wykazał nawet najmniejsze zainteresowanie czymkolwiek, albo i nawet bez niego) i ukierunkowywanie ich na zdobywanie celów, a dziewczynki jak księżniczki, przez co rozwijały się w dzieciach mechanizmy bycia kochanym i akceptowanym za wyobrażone zalety, niż za to jakie są naprawdę. Rzecz jasna, ukierunkowanie odczuwania akceptacji i miłości „za” pewne, określone często dość ściśle cechy, zniekształca obraz siebie, a co za tym idzie powoduje powstawanie rozmaitych mechanizmów obronnych o silnym oddziaływaniu, takich jak tendencje narcystyczne, czy (posługując się tradycyjnym nazewnictwem) masochistyczne – w każdym razie bardzo wsobne.

I znów, nie ma tu miejsca na ich charakterystykę oraz opis potencjalnego znaczenia w strukturze, ale trzeba podkreślić istotę narcystycznego stwarzania siebie, które (jak już powiedzieliśmy) zachodzi w jeszcze bardziej wyizolowanym środowisku wewnętrznego mikrokosmosu – bardziej jak jeszcze miało to miejsce kilkadziesiąt lat temu. Całkiem sporo na to wskazuje. W narcystycznym podejściu nie chodzi o to, że alienacja człowieka powoduje odejście od życia rzeczywistością, ale że rzeczywistość staje się dla niego czymś tymczasowym i prowizorycznym. „Wyobrażenia takiego człowieka stają się substytutem naruszonego poczucia własnej wartości, stają się one jego ‘ja’ rzeczywistym.”

Czy właśnie to nie przyczynia się do tendencji nawet odwrotnej, jak sugerowała K. Horney, odnosząc się do okoliczności jej czasów? Przyrównywała ona postawę takiego człowieka do chrześcijanina, który spodziewa się, że swoje życie rozpocznie dopiero w niebie. Dziś wydaje się, że człowiek nie ma już takiej perspektywy, a nawet często nie ma nawet myślenia o żadnej dającej się wyobrazić przyszłości. W zamian za to następuje skoncentrowanie spraw życiowych na sobie, albo w bardzo ciasnym obszarze „tu i teraz”, powodujące uwikłanie w sprawy tylko aktualnie się rozgrywające i to bardzo często w samym sobie. Zdaje się, że nie tylko anomia w społeczeństwie sama w sobie do tego zdąża, ale wielość nawarstwionych przyczyn wzorców konsumpcyjnych, mechanistycznych, prymatu wartości ekonomicznych czy prymatu nowych technologii, jak również deprywacji spontaniczności uczuć. „Stosunkowo rzadko ludzie okazują się zdolni do prawdziwej przyjaźni czy miłości. Na ogół są egocentryczni, tj. skoncentrowani na własnym bezpieczeństwie, zdrowiu czy uznaniu. Czują się niepewnie i przeceniają własne znaczenie. Nie potrafią ocenić własnej wartości, bo kierują się sądem innych ludzi. Te typowe narcystyczne cechy wcale nie obejmują tylko tych osób, które są dotknięte nerwicą.”

W skrócie można określić, że stoją za tym standaryzacja uczuć, myśli, zachowań, ocen, a konsekwencją jest neurotyczna tendencja polegająca na próbie poradzenia sobie ze sobą jak i innymi poprzez wyolbrzymianie własnej wartości czy znaczenia. A że dzieje się to z wykorzystaniem zapośredniczonych wzorców tandetnych przejawów kultury, nie może być mowy o trwałości, jakości czy identyfikacji z tym co zinternalizowane.

Nuda

To znamienne dziś, że osobowość narcystyczna, przez jeszcze silniejsze uwikłanie w sobie może przejawiać skłonności do mniejszej jak by się wydawało aktywności w relacjach z innymi. I niech nie myli nas pozór nadaktywności behawioralnej, z  jaką powszechnie się stykamy, bo postawy takie zazwyczaj nie są zbudowane na solidnym pniu, ani nie posiadają wewnętrznej konstytucji. Niekiedy jej elementami należy zatrząść  w jakiejś uczciwej dekonstrukcyjnej pracy ze sobą, jednak żeby móc cokolwiek tworzyć nowego lub przekształcać, dobrze jest mieć do czegokolwiek się odnieść – podążając za heglowską negacją negacji. I tak jest z mechanizmami obronnymi z psychologicznego punktu widzenia. Lepiej posiadać jakieś (nawet jeśli po latach odkrywamy, że kiepskie, niesłużące osobistemu dobru albo wypaczające jakość obszary życia) niż nie mieć ich wcale. Stąd tak istotna jest cała nauka i doświadczenie, w tym bolesne oraz przykre, które nabywamy w pierwszym okresie życia, do okresu adolescencji. Później, wszelkie trudy, owocują i pomagają w otwarciu na przygodność zdarzeń, a przede wszystkim konstruktywne negowanie oraz poszerzanie perspektywy życia – jeśli będziemy wciąż zakładać, że życie ludzkie jest jednak ograniczone i skończone. Dialektyczne podejście, zakładające to co powyżej, odsuwać winno wszelką apatię i nudę, charakterystyczną zarówno dla tendencji narcystycznych jak i masochistycznych, w których uległość, oczekiwanie, wytwarzanie patologicznych zależności w relacjach międzyludzkich przybiera trwały sposób na funkcjonowanie w świecie – a jest on oczywiście destrukcyjny. Osoby tego typu, głównie cechujące się tendencjami masochistycznymi, które spowodował lęk, trauma, chroniczny stres albo długotrwały brak satysfakcji życiowej, bywają „zatrzymujące”. Jednostki takie nastawiają się na przyjmowanie z otoczenia wszelkich przejawów ich akceptacji na zasadzie zaborczości wobec nich. Gromadzą one nie tylko dobra materialne (jeśli tylko mogą), ale i wiedzę, relacje, zatrzymują wokół siebie tylko tych, którzy oferują im nieustanny dopływ tylko pozytywnych wrażeń na swój własny temat – a gdy tego brakuje natychmiast pojawia się emocjonalna huśtawka i powrót do lęku. Co więcej, jednostki takie mogą mieć problem z budowaniem relacji nie tylko dlatego, że bywają emocjonalnie ‘wymagające’ dla innych, ale też dlatego, że czują silne zagrożenie przed wtargnięciem w ich życie innych ludzi – podkreślała K. Horney. Moglibyśmy dodać, że w dużej mierze z obawy o ujawnienie czy odkrycie przez nich tego, co same skrzętnie ukrywają przed samym sobą.

Osoby przyjmujące i zatrzymujące uwikłane są dziś zatem w sobie i teraźniejszości jeszcze silniej, bo tylko ona, owo „tu i teraz”, zapewnia im pozór zadowolenia, chwilowe zastrzyki szczęścia, momenty satysfakcji z wizerunku, jakie stworzyły o sobie. Rzeczywiste „ja” i wiele motywów pozostaje jednak w ukryciu.

Ciekawe jest również to, że w świecie tylu wrażeń pojęcie nudy nie zniknęło z naszych umysłów. Co więcej, nabrało na znaczeniu, ale w swoisty sposób. Teoretycznie nie ma dziś miejsca ani czasu na nudę, lecz faktycznie to lęk przed nią determinuje ludzkie działania. Jest to z jednej strony zupełnie naturalne, albowiem człowiek, w którego życiu nie dzieje się nic poza standardem, planem czy rutyną naraża swoje zdrowie psychiczne, a wieloletnie utkwienie w takim sposobie życia może w konsekwencji wywołać stagnację. W drodze do niej ‘pomaga’ wygoda i komfort, który najczęściej utożsamiamy ze wzrostem jakości życia, a to wydaje nam się oczywistą zasługą zdobyczy techniki.  Problemy współczesnych wysoko rozwiniętych krajów z pozornie niezrozumiale dużą liczbą podejmowanych prób samobójczych, autoagresji, osób cierpiących na depresję i inne dolegliwości natury psychicznej, wynikają w dużej części z poczucia nudy, pustki, spłyconej i mniej rozumiejącej relacji ze sobą i światem zewnętrznym. Problem ten dotyka częściej, jak wspomniano, społeczeństw wysokorozwiniętych, niż tam, gdzie kontakt z rzeczywistością jest jakby bliższy, bardziej realny, namacalny. A dzieje się tak, ponieważ „smutek i tragedię łatwiej znieść, aniżeli nudę, która nie jest niczym innym, jak wyrazem braku związku ze światem i miłością” – twierdził E. Fromm.

Dychotomie, osąd, konflikty wewnętrzne, nuda – to przyczyny narcystycznej kultury społecznej, w której narasta problem alienacji, braku kontaktu z rzeczywistym „ja”, aktywnego i zaangażowanego stosunku do świata, a postawa receptywna, jaka „wspomaga” co raz większe przywiązanie do wygody życia zaplanowanego i bezpiecznego – powodując nowe uwikłanie człowieka w jego teraźniejszości. Być może obecny stan „szoku” na dziejące się zmiany w świecie (jak również szoku iluzji odnoszących się do niektórych „zdobyczy” ludzkości) jest w wielu obszarach frommowskim „godnym pożałowania”, ale koniecznym etapem w naszym rozwoju? W tego rodzaju hipotezie skrywa się wciąż pytanie o koszty dziejowych zmian. Do nich niewątpliwie należy to, że człowiek dziś szuka przede wszystkim ulgi i ukojenia wobec odczuwania permanentnego niepokoju, w tym spowodowanego konfliktami uwewnętrznionymi, co powoduje sprzężenie zwrotne i jeszcze większe popadanie w siebie – utkwienie w tworzonym tylko przez siebie świecie wewnętrznym.

Obawa, lęk, wstyd – przed zdemaskowaniem swojej publicznej figury, a także brak perspektyw, któremu sprzyja wąskie ujęcie teraźniejszości przyczynia się do nasilenia zjawiska sprzeczności wobec oceny nas samych, ale i tego, co się wokół dzieje. Można by rzec, że poziom infantylizacji, idiosynkrazji, absurdalnych rozwiązań, jakie przyjmujemy w wielu obszarach życia, a przede wszystkim samooszukiwania i wypierania swoich własności jest już bardzo wyśrubowany.

To niezbyt optymistyczna konstatacja, lecz nie musi być ona traktowana jako krytyka tylko negatywna. Być może, jak już się rzekło, obecny stan jest jedynie kolejną fazą rozwoju człowieka we wszechświecie, a ludzkość musi ją przebrnąć pomimo uczestnictwa w tylu „godnych pożałowania” historiach. Uczestnictwo to można jednak, powracając do początków naszych rozważań, realizować w sposób co raz bardziej świadomy – ukierunkowany, lecz nie zamykający w abstrakcyjnej przestrzeni wewnątrz, czy uwikłaniu w czasie teraźniejszym. Otwarcie na to, co niezdeterminowane, niecelowe, na przygodność oraz wyobrażanie łączenia możliwego z niemożliwym i aktywny w tym udział może być odpowiedzią na dzisiejsze problemy egzystencjalne. Aktywność ta (wraz z uważnością) miałaby rozpościerać się na pierwsze efekty określonych działań czy zdarzeń, nawet najbardziej wysublimowanych, przy podejściu metodą dialektycznej negacji, dekonstrukcji, krytycznego przemyślenia samego siebie i swoich wytworów. „Dobra muzyka rodzi tradycje interpretacji, dobry tekst rodzi czytelników dziedziców. Dobór powinien więc wydarzać się po tym, jak wyłoni się i rozkwitnie różnica, tak samo jak zmienność poprzedza dobór naturalny.”

A dobór, zaznaczmy, w ludzkim świecie naznaczony jest tożsamością jednostki, która w spotkaniu z inną tożsamością wytwarza różnicę.

Twierdząc o nowym uwikłaniu człowieka i kwestionując prymat teraźniejszości, warto przytoczyć G. W. F. Hegla, który twierdził, że „niebyt tego co skończone, jest bytem tego co absolutne”, a ma to odniesienie do całej jego filozofii i podejścia rozwojowego, jakie w kontekście podjętych tu wywodów można spuentować w następujący sposób: „to, co uległo zniesieniu w swojej określonej samoistności rzeczywistości, zachowało się natomiast jako moment tej rzeczywistości, która stanowi rezultat i która tym samym jest wszystko sobą ogarniającą totalnością.”

Ważkie jest zwrócenie uwagi na ów „moment”. Wydaje się, że tak należało by interpretować perspektywę czasową życia człowieka, by ten nie bazował na zagnieżdżającym „tu i teraz”, ale rozciągał ją jedynie z uwzględnieniem momentów, z których każdy ma jakieś znaczenie dla przyszłości – nawet najbardziej odległej, w przestrzeń daleko rozpostartej, lecz przez to fascynującej, do której warto zmierzać.

 

Tekst inspirowany treściami zawartymi m.in w poniższych publikacjach, a cytowane fragmenty pochodzą tylko z nich:

 

C. Malabou – „Dokąd zmierza materializm”

E. Fromm – „Patologia Normalności”

K. Horney – „Nowe drogi w psychoanalizie”

G. W. F. Hegel – „Encyklopedia nauk filozoficznych”

J. Derrida – „Inny kurs”

A. Leder – „Prześniona rewolucja”

A. de Mello – „Wezwanie do miłości”

C. Chilling – „Socjologia ciała”

 

Dane statystyczne z:

www.cbos.pl – Centrum Badań Opinii Społecznych, BS/5/2012, „Zadowolenie z życia”, 2011

www.cbos.pl – Centrum Badań Opinii Społecznych, Nr 5/2021, „Zadowolenie z życia”, 2021

 

Dodaj komentarz