Niech nie będzie wyważaniem drzwi dawno otwartych, lecz tylko przypomnieniem, że ludzkie dążenie do wzrostu, rozwoju, doskonalenia się, polepszania życia swojego oraz innych jest unikatową własnością naszego bytu i nazywane nie raz było (szczególnym) darem wolnej woli – oraz jedną z zasadniczych cech odróżniających nas od istot nieludzkich, będąc jednakowoż „zadanym darem” tejże woli, z zaznaczeniem, że dobrze by było, jakby była ona rzeczywiście wolna. Nie komplikując sprawy licznymi i rozległymi rozważaniami nad realnością wolności woli umiejscowionej w stworzonym przez nas samych obrazie świata, który pojmujemy ściśle deterministycznie i praktycznie, warto w tym miejscu odnotować, że w dyskusjach na ten temat pojawiają się głosy o istnieniu całkowicie nieuwarunkowanych zewnętrznie motywach działań ludzkich, prezentujące się w tym świetle jako ‘optimum’ sytuacji, w której podjęte przez daną jednostkę działania, czyny jawią się jako zupełnie i tylko własne, wypływające jakby wprost z własnego ‘ja’. Życie codzienne oraz nauka pokazują jednak, że człowiek urzeczywistnia swoje bytowanie najczęściej w warunkach bardzo dalekich od optymalnych (jeśliby takimi nazwać niczym nieskrępowane i świadome sięganie do źródła ulokowanego tylko we własnym wnętrzu). Paradoksalnie jednak wiele wskazuje na to, że warunki te tworzą najbardziej przyjazne miejsce dla niego. Lecz przez tą nieoczywistość praktyczny umysł człowieka XXI wieku przestał dostrzegać ten walor swojego istnienia.
Co należy do mnie, a co nie
To oznacza, że faktycznie, nie we wszystkich sferach życia może podejmować decyzje jako tylko własne, niezdeterminowane zewnętrznie. W zależności od sytuacji i warunków, a także rozwoju człowieka – pole ‘działania’ jego wolności woli jest szersze lub węższe. Jakże trafnym w tym kontekście jest twierdzenie Romana Ingardena: „Między jednym wypadkiem granicznym, w którym sfera własnych decyzji i działań rozpościera się możliwie szeroko, a drugim, w którym kurczy się ona do zera, znajduje się mnogość sfer jego ‘własnych’ decyzji i czynów o różnym stopniu ukształtowania i zasięgu”. Chciałoby się powiedzieć, że znów – umiejscowienie człowieka pomiędzy skrajnościami jest najbardziej naturalnym lub też pożądanym żerowiskiem dla jego życiowej aktywności i prawdopodobnie ma najwięcej zalet z punktu widzenia ewolucyjnego rozwoju, na przykład mózgu, od podstawy, czyli pnia, do skomplikowanie połączonych ze sobą struktur płatów skroniowych i czołowych – wskazujący na to, że dziejowe poruszanie się w bardzo szerokim spectrum stymuluje rozwój.
Jednak wiele przykładów podpowiada, że świadomość zarówno zdeterminowania, jak i (nawet jeśli tylko hipotetycznie) istnienia ‘czystej’ wolnej woli nie zaprząta dziś naszych umysłów przy podejmowaniu najróżniejszych decyzji i życiowych aktywności. Pomimo powszechnego poczucia zagubienia w tworzonej niemal każdego dnia nowej odmianie cywilizacji współczesnej, dawno przestaliśmy doszukiwać się przyczyn pewnych stanów (także psychicznych i psychospołecznych) w zamian za podane rozwiązania problemów ‘tu i teraz’, dla ‘świętego’ spokoju wierząc w możliwość wykreowania własnego życia poprzez niczym nieskrępowaną inicjatywę własną (co jest przejawem spolaryzowanego stanowiska wiary w sprawczość wynikającą tylko z własnego ‘ja’ i co jednocześnie pochodzi od podejścia scientycznego i praktycznego życia). Od jednego do drugiego pola biegunowego mkną więc nasze postawy życiowe, bez naszego udziału ani nawet już bez obserwacji tego zjawiska.
Mkną tak szybko, że trudność w dostrzeżeniu jest naturalna, lecz szkoda, że naszą reakcją jest odwrócenie się od tego zjawiska (mimo odczuwania efektów działania). Dlaczego? Jest to pytanie fundamentalne, na które nie znajdziemy w tej chwili jednej odpowiedzi, a jedynie zarysy hipotez. Należeć może do nich na przykład taka przychodząca do głowy, że w pewnym momencie historii, oderwawszy się (w naszym mniemaniu) od świata natury nas otaczającej (i nie tak znowu dawno) bezpowrotnie wybraliśmy określoną drogę rozwoju człowieka – drogę cywilizacyjnego postępu rozumianego jako naukowego w ścisłym znaczeniu, technicznego, medycznego. Droga ta ma mieć też cel życia maksymalnie długiego i komfortowego. I ma to uzasadnienie oraz sens pod warunkiem jednak zachowania umiaru w zatracaniu się we wszystkich ludzkich wytworach rzeczy, wartości materialnych i niematerialnych, w końcu całej kultury, które to wszystkie – stwarzane przez człowieka gnającego za wyodrębnieniem się od pierwotnego bytowania, nadają życiu codziennemu wyniosłego znaczenia dla jednostki. Człowiek zdobywa więc w wykreowanym świecie różne zasługi, spełnia rolę w ludzkim świecie, sprawdza się, wykonuje, jest akceptowany, doceniany – a jeśli nie to bezpardonowo do tego dąży, co wyraźnie wytrąca go z obszaru umiaru, wielorakości, akceptowalności zmiennych i spycha na stanowisko skrajne. Przy okazji człowiek dawno zapomniał, że dzieli go od potężniejszej od niego natury bardzo cienka warstwa – i to też implikuje szereg nieporozumień w tym jak postrzegamy nasze miejsce w świecie.
Pozorne odcienie wyjątkowości – w życiu praktycznym
Powracając do samego początku – wspomniana unikatowość niebezpiecznie rozumiana jest w sposób wartościujący i stawiający człowieka ponad otaczającym go światem. Bywa nawet i jakby co raz częściej jest tak, że zadany dar wolnej woli staje się przyczyną nieszczęść, które często potem nazywane są samoistnymi, nieprzewidzianymi zdarzeniami, do których (co równie niebezpieczne) przywykamy – znowuż w imię pojmowanego rozwoju cywilizacyjnego poprzez nadawanie szczególnej wartości biologicznej cesze przystosowawczości. Tymczasem maszyny i całe systemy powoływane przez człowieka do życia wymykają się jedne po drugich z ludzkich dążności nawet, gdy te wynikają z jak najbardziej chwalebnych, szlachetnych pobudek. Można sobie wyobrazić, że faktycznie pierwsi użytkownicy komputerów byli ludźmi niezwykle ciekawymi i nie stronili od myślenia, na przykład o możliwościach wykorzystania nowej technologii dla usprawnienia niektórych aspektów życia nie tyle dla wygody, ale z realnej potrzeby lub w przypadkach nie stanowiących standardu (na przykład sytuacje kryzysowe), tak jak pierwsi kierowcy samochodów prowadzili je ostrożnie i rozsądnie, ponieważ (podobno) sami naprawiali powstałe w wyniku kolizji szkody.
„Dopiero jako zjawisko masowe samochód zaczął wymagać przepisów drogowych, tak samo komputer stał się zagrożeniem dla umysłowego rozwoju dzieci, gdy stał się podstawowym wyposażeniem domu, z oprogramowaniem służącym grom i zabawom. I dokładnie tak samo jest w przypadku mediów społecznościowych. Dopiero zastąpienie ogromu rzeczywistych spotkań towarzyskich i rozmów kontaktami za pośrednictwem mediów sprawiło, że media społecznościowe mogą w pełni rozwijać swoje niszczycielskie działanie na rozwój empatii u młodych ludzi” – twierdzi prof. psychiatrii i neurobiologii Manfred Spitzer.
U dorosłych wiele badań mierzących stres współczesnego człowieka dokumentuje jak silny wpływ na podniesiony jego poziom ma używanie smartfonów w najbardziej przyziemnych czynnościach dnia codziennego, a lęk że coś nas ominie (nazywany FoMO od ‘fear od missing out’) jest przypadłością co raz bardziej powszechną – wyniki jednej z ankiet sprzed kilku lat na próbie przeszło 2 tysięcy Amerykanów pokazały, że 56% użytkowników mediów społecznościowych ma objawy tego lęku, a ponad jedna czwarta odwiedza najpopularniejszy portal bezpośrednio po przebudzeniu.
Działania i ich skutki
W poruszonym wątku istotnym wydają się intencje ludzkich działań. Co ciekawe jednak, wedle neurobiologów, z natury rzeczy (a właściwiej z zamierzchłej przeszłości) mamy tendencję do przypisywania działaniom innych najrozmaitszych intencji, czyli w skrócie ludzki umysł wymaga czynnika sprawczego i jest w tym nadwrażliwy. Podczas, gdy wiele wydarzeń wcale nie musi mieć konkretnego sprawcy, albo sprawcy działającego z konkretną intencją. Owa nadwrażliwość na „wykrywanie czynników sprawczych” powoduje z kolei brak umiejętności przyjęcia jednej z prawdopodobnych życiowych prawd o przypadkowości wielu zdarzeń lub przyjęcia wariantu zakładającego splot tak wielkiej liczby czynników wpływających na zdarzenie, że nie podobna jest doszukać się tego o najdonioślejszym znaczeniu dla sprawy. Przypadkowości, której przez to, że jej nie pojmujemy – odrzucamy ją radykalnie próbując tworzyć bardziej przyswajalny nam ład w świecie, czyli konstrukty, w których ‘coś’ możemy wstawić w sposób chciany i zaplanowany, albo zaprogramować. A jeśli i to wymyka się w końcu spod kontroli, tworzymy mikroświaty naszego bytowania obrażając się na rzeczywistość wokół.
Intencje zatem, często są podwaliną konkretnych ludzkich działań i świadomość tego czyni z nas wyjątkowymi, natomiast pamiętać należy, że nie każde działanie wolicjonalne jest takim jakie sobie wyobrażamy, nie każde też spełnia funkcje, które określonym aktywnościom przypisujemy, nie mówiąc już wiele o efektach, które zazwyczaj są bardzo odmienne od początkowego stanu wyobrażenia. W końcu, jest cały zastęp zdarzeń, których określenie jednego początku czy definitywnego końca nie jest możliwe, co oczywiście daje podporę tezie o linearnym lub chaotycznym porządku wszechrzeczy.
Powyższe skutkować winno większą uważnością człowieka na procesy zachodzące w świecie natury, a przede wszystkim powściągliwością w ocenie swojego znaczenia w świecie i wpływu jednostki na otoczenie, pomimo, że on faktycznie istnieje. Mając przy tym na uwadze upływ czasu, poprzez który jednostka działając w pojedynkę nie ma możliwości oddziałania w sposób, jaki daje przynależność do grupy, większej całości. Tak jak mrówka, która w jednym z przykładów na szczególne (na przykład ontyczne) rozumienie czasu mogłaby spowodować katastrofę wieży Eiffla podkopując jej fundamenty – gdyby ‘tylko’ miała na to czas.
Gdy pomyślimy więc o wolności woli jako tym, co jest nam istotnie ‘zadane’ i co odróżniać ma człowieka od świata zewnętrznego koniecznym jest przywołanie słów J. J. Rousseau: „Zwierzę wybiera lub odrzuca kierując się instynktem, człowiek – aktem własnej woli; dzięki temu zwierzę nie może wyłamać się spod ustalonych dla niego prawideł, tam nawet gdzie byłoby to dla niego korzystne, człowiek zaś robi to często i na swoją szkodę”.
To krótkie zdanie popełnione w jednym z dzieł sprzed 260 lat jest kwintesencją działania człowieka współczesnego, a konkretniej jego aktywności nieopartej na świadomej woli, nie brnąc już w wolę która miałaby być w pewni wolna. Innymi słowy, człowiek najczęściej działa dziś nieświadomie, niewolicjonalnie, co przekłada się na lichą jakość lub kruchość jego uczynków, a jeśli nawet działa wolą, to zdaje się, że w dużej mierze czyni to ze skrajnych pozycji – pojmowania jej wolności jako zupełnie i niczym nieskrępowanego istnienia i urzeczywistniania siebie w świecie albo częściej oddawszy wolność i swoją wolę zupełnie warunkom zewnętrznym. We wszystkich tych przypadkach prawdopodobieństwo niepożądanych efektów jest wysokie i ni jak ma się to do rozwoju człowieka w każdym z wymiarów w których funkcjonuje lub z których się składa (cielesny, intelektualny, duchowy).
Co tracimy?
Co gorsza jednak, bytując gdzieś na skraju (z powodu niezrozumienia tego, czym jest jego wola), człowiek budujący dzisiejszą rzeczywistość albo po prostu wtłoczony w tryby współczesnej cywilizacji zatraca dwie ogromnie ważne cechy warunkujące człowieczeństwo w pełni – litość i empatię. Ta pierwsza jest cechą również świata zwierząt, a tą drugą bardziej przypisujemy nam – ludziom, ponieważ zakłada wysoką świadomość. Jest nawet umiejętnością, która nie jest dana sama z siebie, a której należy się nauczyć, szlifować i dbać o nią. Tylko poprzez bezpośrednie relacje człowiek jest w stanie zachować empatię do drugiego, czyli zwracać się ku niemu niejako rozumiejąc niemal nieskończoną gamę mimik i gestów mówiących o jego wnętrzu. Nie trzeba długo rozwodzić się nad tym jak brzemienne w skutkach dla relacji bezpośrednich ma wszechobecna dziś technologia, która w teorii przybliża, ale w praktyce oddala ludzi od siebie.
Zatem, wraz ze wzrostem znaczenia rozumu, a właściwiej, jak można by dziś to nazwać – rozumu praktycznego, który niezbędny jest w tworzeniu cywilizacji takiej, jaką widzimy ją teraz, maleje nasza troska o cechy litości i empatii.
I tutaj, znalazłoby się pewnie bardzo wielu, którzy zaprotestowaliby na takie stwierdzenie. Mamy bowiem przykłady ogromu cennych i efektywnych działań pomocowych, humanitarnych, jesteśmy przy tym co raz bardziej wrażliwi na krzywdę, którą ludzkość zadaje zwierzętom, lecz wiele wskazuje na to, że spora część z nich niweluje jedynie skutki pewnych działań, zaniedbań albo zdarzeń losowych lub niezrozumiałych efektów funkcjonowania systemów, nie rzucając światła na przyczyny danego stanu rzeczy. Kolejna kwestia polega też na tym, że dziś aktywność człowieka w tej materii wcale nie musi opierać się na empatii, lecz bardziej osadzona może być w obszarze spełniania społecznej roli, kreowania pożądanego (przez samego siebie) wizerunku i wcale nie trzeba o tym mówić głośno, żeby w samym sobie budować taki swój obraz – a to wszystko powodowane bywa poszukiwaniem sensu na drodze wybranej przez cywilizację, która mocno odbiega od realnych potrzeb realnego człowieka.
Cywilizacja skażona
To, że wspomniane wartości kulturowe (poza wieloma sprzyjającymi własnościami dla rozwoju zarówno intelektualnego, jak i duchowego) bardzo często przybierając postać utylitarnych powodować mogą deficyty moralne – to rzecz dość jaskrawie rzucająca się w oczy. Ogół, choć jest nam do życia potrzebny, nierzadko ‘skaża’ jednostkę wartościami użytecznościowymi tegoż ogółu właśnie, co powoduje następstwa w postaci reakcji na przykład histerycznych i wielkie wybuchy tłumionych emocji w określonych wypadkach. Przynajmniej dopóki ludzie nie są do końca ‘stępiali’ cywilizacyjnym ostrzem, które sukcesywnie wykrawa nam uczucia, emocje, nieprzewidywalność, rzeczywistą ciekawość świata, chęć poszukiwania prawdy, w końcu wspomnianą litość, czy empatię do drugiego człowieka.
Człowieczeństwo, w tym niesamowita zdolność do rozwoju w wielu obszarach, nie może polegać na tym, że w większym stopniu jak inne zwierzęta człowiek ‘ujarzmił’ przyrodę, zapanował nad jej częścią. A konkretniej, nie powinno to powodować postrzegania swojej roli w świecie jako tego, który ‘zapanował’. Przywiązanie się bowiem do takiej wizji człowieka powoduje – w konfrontacji z trudną i bolesną niekiedy rzeczywistością, na której różne choroby recepty nie ma – niemałe konwulsje. Prawdą wydaje się, że człowiek w swej unikatowości ma piękną zdolność wytwarzania rzeczy i wartości nie tylko użytkowych, co wyraźnie stanowi odrębność człowieka od świata natury. I dobra te pomagają mu konstytuować swoje istnienie w przestrzeni pomiędzy światem przyrody, a niezrozumieniem sensu swojego bytu lub też światem zupełnie duchowym, spirytualistycznym, do którego chętnie się odnosi. Można więc rzecz – pewien zasób dóbr i wartości nieużytecznościowych jest niezbędny dla możliwości szczególnie duchowego i moralnego spełniania się na różnych życiowych drogach. Im jednak ich więcej, tym bardziej pochłaniają ludzką aktywność, powodując oddalanie się od miejsca pomiędzy, w którym zdaje się, że jest w teraźniejszości.
W tym świetle nie może być zatem prawdziwe twierdzenie o celu 'uświęcającego środki’, a które tak mocno przylgnęło do cywilizacji, w której prymatem jest nieokreślone dobro wspólne, albo bardzo często ‘dobro’ wykreowane przez nieliczną grupę ludzi, nie rozwodząc się szeroko o dobrach o charakterze materialnym, będące często głównymi motywatorami działań wielu. Człowiek potrzebuje wartości nienamacalnych, niejasno określonych, czyli też takich, nad którymi nie ma de facto kontroli, a które jednocześnie są przyczynkami do życiowej aktywności, do poszukiwań i wydeptywania swoich ścieżek. Jest to efekt wydobycia się człowieka ze świata przyrody, od której się niestety mocno odżegnuje, aspirując jednocześnie do świata mu jeszcze bardziej obcego, nieco abstrakcyjnego, któremu nadaje form idealistycznych. Bo przecież o wiele łatwiej jest myśleć czy marzyć o przyszłości, która zawsze stoi jakby szerokim otworem (choćbyśmy czuli, że pokładamy w niej głównie imaginacje i utopie), niż konfrontować się z rzeczywistością dziś z uwzględnieniem przeszłości.
Konkludując, nie podobna, by zaprzeczać swojej przeszłości, negować ją i deptać, albo nawet tylko odcinać grubą kreską, nie wyciągnąwszy z niej pewnych lekcji, tak samo jak niemożliwym jest wytworzenie świata idealnego bo ten jest wytworem umysłu (w szerokim znaczeniu obejmującym duszę), który nie ma sposobności do zmaterializowania w świecie obiektywnie naturalnym i rzeczywistym – tym otaczającym człowieka na przeciąg jego życia, tym który zna z doświadczenia bardziej lub mniej bezpośredniego. Bo przecież nie człowiek stworzył naturę i może dlatego ta bywa niewzruszona na jego sny o potędze, przypominając o tym regularnie.
W dodatku, ten nieosiągalny świat, do którego człowiek współczesny dąży z uporem wielkim i pomimo czynionych szkód, wyobrażany bez skazy, bólu, śmierci czy zwykłej niewygody jest dla każdego inny. Bo inne jest postrzeganie rzeczy pozornie takich samych, co zalicza się do – jak nazywają to naukowcy – świata wrażeń i stanów psychicznych, o których innych ludzi jesteśmy w stanie tylko informować w dostępny nam sposób, na przykład poprzez przyjęte formy umowy społecznej, język czy symbole, które przynajmniej podobnie interpretujemy. Przykładowo, obraz jakiegoś konkretnego przedmiotu w naszym umyśle (czyli tym co nazywamy mózgiem wraz z duszą, lub tymi sferami, których działania zwyczajnie nie znamy) wpływa na zmianę odcienia tysięcy postrzeżeń i wspomnień (mając tu charakter tylko pozornie retrospektywny, a bardziej dialektyczny), przenikając przez nie niepostrzeżenie. Upraszczając, prawdopodobnie każde znaczące zdarzenie w życiu teraźniejszym wpływa na sposób postrzegania tego, co już się wydarzyło, a tym samym tego, co tuż przed nami. Pewnie za sprawą niewiarygodnie wielkiej liczby połączeń neuronowych, które wylicza się obecnie na tysiąc bilionów (jedynka z piętnastoma zerami).
Świat ten (wrażeń), który w sobie niejako przetwarzamy pozyskując informacje z jednej strony genetyczne oraz każde inne z zewnątrz za pomocą możliwych środków (na przykład zmysłowych) i przyjmując prawa fizyki czy biologii, a z drugiej czerpiąc z wytworów człowieka, w tym wszelkich koncepcji, kultury właśnie, sposobów komunikowania się – jest tym szczególnym miejscem człowieka, w którym może realizować w pełni swoje istnienie, w tym wolną wolę i rozwój na wielu płaszczyznach.
Co z tym rozwojem?
Czyli, wychylanie się zbyt mocne do przodu i traktowanie rozwoju poszczególnych ludzi jak i całych społeczeństw w pryzmacie konieczności postępu maksymalnego (któremu nadano wartość szczególną), poszukiwanie asumptów do wzrostu człowieka jedynie w przyszłości, która miałaby zapewniać mu dobra nie dość, że niezrozumiałe dla niego (stąd potrzeba reklamowej, PR-owskiej machiny), to i trwale przynależne, jest fantazją i iluzją, do której usilne dążenie może powodować powstanie światów jak u Huxleya czy Orwella – a zmierzamy do nich co raz szybciej. Znamienne przy tym, że twórcy, myśliciele i naukowcy tworzący co najwyżej do trzeciej dekady drugiej połowy XX wieku, wykazywali się znacznie większą przenikliwością, jak dzisiejsi, którzy ‘zatopieni’ w sposobie funkcjonowania człowieka ‘specjalisty’ w fachu, bywają silnie odseparowani od całości rzeczy, a przez to nie posiadają możności dostrzegania konsekwencji działań, które wykraczają poza ich strefy zainteresowań. Ci z kolei, którzy widzą więcej i szerzej nie cieszą się uznaniem ogółu hołdującego praktyczności życia. Co najwyżej są artystami lub niedostrzegalnymi pracownikami pozostałości szkolnictwa wyższego, których dzieła jedynie konsumujemy i traktujemy rozrywkowo.
Przypomnijmy, że człowiek ma niepokojąco wielką ambicję kreatora wszechrzeczy, lecz rzeczywistość wytworzona tylko przez człowieka, z pominięciem zasad i reguł obowiązujących w przyrodzie, z której jedynie on pochodzi, nie wydaje się być wizją szczęśliwą. Tym bardziej, że przecież chcemy czuć się wyjątkowi w różnorodności i zaradni w niekiedy niebezpiecznym otoczeniu, które (chyba od zarania dziejów naszej planety) było przyczynkiem wszelkich ludzkich dążności. Czy bez tego jesteśmy w stanie poradzić sobie z darem wolnej woli i wszelkimi osobliwościami natury psychicznej jednostki ludzkiej?
I nie chodzi tu również o wieszczenie schyłku cywilizacji współczesnej. Człowiek prawdopodobnie przetrwa jeszcze bardzo długo, obojętnie w jakiej formie ustroju współbytowania. Pytanie jednak jakie nasuwa się nie od dziś brzmi mniej więcej, czy przypadkiem tempo rozwoju cywilizacyjnego nie wyprzedza możliwości przystosowawczych naszych umysłów i czy wszystko, co stwarzamy jest nam istotnie potrzebne do rozwoju? I czym on tak właściwie jest dla każdego z osobna?
W tekście wykorzystano treści, dane i cytaty zawarte m.in. w poniższych publikacjach:
– R. Ingarden – 'Książeczka o człowieku, wyd. Kraków 1998
– H. Bergson – 'O bezpośrednich danych świadomości’, wyd. Kraków 2017
– K. Hałupka – praca doktorska – 'Wartości życia a problem wolności i odpowiedzialności w cywilizacji współczesnej’, Katowice 2006
– M. Spitzer – 'Cyberchoroby’ – wyd. Słupsk 2016
– K. M. Heilman, R. S. Donda – 'Duchowe życie mózgu’, wyd. Warszawa 2019
– M. Kaczmarzyk – 'Unikat. Biologia wyjątkowości’, Warszawa 2018