„To, że czegoś nie widzimy, nie oznacza, że tego nie ma” – to jedno z najcenniejszych zdań-przypominajek, jakie ostatnio usłyszałam od znajomej osoby. Drugim jest: „Poczynania ludzkie mają na ogół skutki odbiegające od celów, którym służyły, a te nieprzewidziane skutki wytwarzają nowe pobudki do działania, nowe cele” – cóż za trafne i aktualne spostrzeżenie, ponoć nieco zapomnianego, Wilhelma Wundta.
Do tego pierwszego dodałabym, że jeśli czegoś nie chcemy dostrzegać, nie oznacza, że skutki działania tego czegoś nie odczujemy. Albo, jeśli nie chcemy czegoś pamiętać i skutecznie to wyprzemy ze świadomej części umysłu, nie oznacza, że tego nie było, a to co spowodowało tamto (wyparte) nie istniało, nie istnieje lub, że nie zaistnieje.
Rzecz się tyczy dostrzegania, analizowania, weryfikowania i wyciągania wniosków oraz podejmowania odważniejszych działań, nawet jeśli są wbrew przyjętym paradygmatom lub też (co istotniejsze) wbrew naszemu dotychczasowemu sposobowi pojmowania.
Temu „wbrew” może być analiza, nawet najbardziej pobieżna, przyczyn i skutków decyzji, które ktoś kiedyś podjął, historii tak wielu tragicznych ludzkich losów, jak te wynikające z rzeczywistości powojennej czy samego zrywu Powstania Warszawskiego, którego upamiętnienie zawsze wzbudza powszechne emocje.
Nie chodzi o rozstrzyganie kwestii słuszności, zasadności, sensowności chociażby tego powstania, bo to jest rolą historyków.
Chodzi raczej o to, że nadawanie zbyt wielkiej wartości symbolom powoduje promowanie martyrologii oraz braku refleksyjności nad przyczynami ludzkich postaw i działań w powiązaniu do ich skutków – co dotyczyć ma naszych zachowań w ogóle. Zarówno dziesiątki lat temu, jak i obecnie.
Efektem jest stawianie pomników bohaterom walk i przedstawianie „zła” jako dyspozycji właściwej tylko wrogowi, przeciwnikowi, sile nam obcej. Natomiast nigdy nam. Tworzymy więc iluzje, że to co „nasze” jest z gruntu dobre i niezdolne do błędów, nie mówiąc już o tym, że niezdolne do „zła”. A zatem tworzymy w swoich umysłach skrajnie nierealistyczną wizję nas (jako grupy, narodu, państwa), tak jakby w oderwaniu od bardzo skomplikowanej ludzkiej (i nie tylko) natury. A to powoduje, że z raz wybranego celu, nie chcemy zrezygnować… Albo nie chcemy go zmieniać… Albo nie chcemy zejść z raz obranej drogi. Jak bardzo to widać w działaniach różnych władz, tych politycznych, jak i administracyjnych. Jak bardzo to widać w naszych życiach osobistych.
I w tym kontekście, za W. Wundtem, warto przypomnieć, że w życiu nie ma celów stałych, a te powstające jako często niechciane, niezamierzone, uboczne efekty uprzednio podjętych działań, tworzą pewną aktualną rzeczywistość, na przykład kulturę, w której wzrastamy, i właśnie bezrefleksyjnie gloryfikujemy. Bez cienia krytycyzmu.
Czyli, wspomniane „pomniki” są często wytworem kultury – są jej częścią. I to jest zupełnie wporządku. Gorzej jednak, jak stają się celem samym w sobie. A właściwiej, jeśli nadbudowa na przykład martyrologiczna staje się tym celem. Wątpię, by bohaterom o to chodziło. Ich czczenie, upamiętnianie jest dla wielu cenne, lecz jeśli staje się rytuałem na zasadzie spełniania „obywatelskiego obowiązku” w poczuciu zaspokajania potrzeby przynależności (a odnoszę wrażenie, że głównie tak jest), może to być niebezpieczne, bo zamykające drogę do wolnego, samodzielnego i wieloaspektowego myślenia.
Bo skoro cele są płynne, a w dodatku często są wynikiem błędów z przeszłości, lub po prostu niechcianych skutków, może warto przy podejmowaniu różnych decyzji i wkraczaniu na nowe ścieżki uważniej przyglądać się stanowi rzeczy i czynionym kolejno krokom. To wymaga jednak ciągłej uważności w tym co robimy i refleksji nad efektami działań. Nie chcemy przecież tkwić w błędach albo niechcianych stanach. Nie chcemy, a w jakiś sposób jednak wciąż tkwimy.
Szczecin jest znacznie piękniejszy jak kilkadziesiąt lat temu. Jest pięknym miejscem, bo wolnym. Dla mnie w XXI wieku jednak wolnym nie od okupacji, nie od wojny, nie wpływów obcych kultur i nie dlatego, że jest polski, ale dlatego że jest przestrzenny, otwarty i kolorowy oraz, że jest w nim wciąż wiele bioróżnorodności. Ta wolność ma także wymiar mentalny. A jeśli tak nie jest, to życzyłabym sobie i innym, by tak było. Byśmy nie zamykali się w swojej projekcji rzeczywistości. Byśmy chcieli i umieli zmieniać nasz sposób życia, tak by przykre skutki działań, o których doskonale wiemy, że miały miejsce w przeszłości, nie powracały. Albo, by możliwie unikać ich powrotu.
Żeby tak było, najpierw trzeba by spojrzeć w przeszłość, przeanalizować dlaczego coś wyszło, albo nie wyszło, przyjrzeć się mechanizmom, które nieustannie powodują naszym indywidualnym odbiorem rzeczywistości i działaniem. Bo to, co kierowało ludźmi kiedyś, kieruje i dziś. Niby jesteśmy mądrzejsi, bo mamy więcej wiedzy, albo dostępu do niej. To jednak nic nie znaczy, jeśli nie potrafimy z tego skorzystać. A niestety nie potrafimy, skoro wciąż, w bardzo ważnych ogólnospołecznych kwestiach podejmujemy działania nieadekwatne i źle skierowane.
Nie inwestujemy w edukację dzieci, taką prawdziwą, nie dla ocen i nie dla statystyk. Nie inwestujemy w ludzi dorosłych, jeśli nie widzimy zysków materialnych. Nie wkładamy naszej energii w poszerzanie horyzontów myślowych osób, które tego potrzebują, a jedynie ich socjalizujemy lub resocjalizujemy… dając narzędzia jedynie takie, aby instrumentalnie byli wydolni w stworzonym przez nas świecie wartości materialnych. Na przykład dajemy im pracę. Tak, aby zająć ich czas czymkolwiek. Nie zważając przy tym, czy ma to sens i czy niesie jakąkolwiek wartość dla ich życia, poza trwaniem. Nie inwestujemy w zmiany systemów. Nie podejmujemy odważnych kroków w najistotniejszej moim zdaniem dziedzinie obecnie – zmian klimatycznych.
Na powyższym zdjęciu satelitarnym widać obszary wzrostu poziomu mórz i oceanów rocznie. Zaczerwienione pola oznaczają roczny wzrost od 6 do ponad 10 milimetrów. Nie wydają się to wielkie wartości. To jednak jest bardzo pozorne. Tak samo, jak to, że na naszym rodzimym podwórku, wielu ludzi nie dostrzega bezpośrednich negatywnych skutków zmian klimatycznych. A one są i będą co raz bardziej widoczne. A nawet jeśli niektóre z nich nie przyczynią się w sposób bezpośredni do spadku jakości życia tutaj (chociażby tylko w najbliższych 15 latach), to ich skutki społeczne, ekonomiczne, ekologiczne i tak odczujemy, bo odczują je masy ludzi w wielu innych miejscach, na ogromnych obszarach globu.
Analiza danych z różnych źródeł i na przestrzeni wielu już lat udowadnia, iż wzrost poziomu mórz i oceanów jest ciągły i niepokojąco szybszy jak sądzono jakiś czas temu. Tak jak czapy lodowe na biegunach kurczą się znacznie szybciej. Wszystko postępuje szybciej… A my prawie nic z tym nie robimy.
Prawie, bo naukowcy biją na alarm, podjęto wiele debat, przyjęto wiele dokumentów o charakterze multilateralnym, powstało wiele organizacji, które mówią, propagują, promują… Lecz to za mało.
Bo chyba nie chcemy widzieć i nie chcemy zmieniać naszego sposobu życia i wielu naszych celów… A te są (moim zdaniem) tylko częścią projekcji rzeczywistości, a zapewne są ubocznym skutkiem bardzo wielu uprzednich działań, w myśl cytatu ze wstępu… Albo braku działań, zgodnie z dostrzegalną tendencją do zamykania się w swoich konstruktach i opierania się o raz postawione przez nas ściany, filary, symbole…
Może warto odważniej stawiać kroki i nie bać się zmian, porażek, tych swoich własnych także? Nie bać się życia i jego kruchości.