Bilans (braku) zaufania

Dawno, dawno temu…

Gdy – pisząc całe lata temu o diasporze żydowskiej, przyczynach i konsekwencjach powstania państwa Izrael – mój znakomity i nieżyjący już niestety profesor zadzwonił i tonem sugerującym niemałą katastrofę zanegował, a wręcz obruszył się na ukute gdzieś u początku stwierdzenie o narodzie „wyjątkowym”…  w głowie pojawiły się w jednej chwili dwa zwalczające się jakby obozy: chaosu i pustki. Tak zresztą bywa nierzadko, bo w owym „pomiędzy” na ogół się poruszam, jak pewnie spora część z nas.

Wówczas, szukając pozytywnego wydźwięku syntezy, tego wszystkiego, o czym zdołałam napisać, nieco błądziłam, ale prawdopodobnie intuicyjnie odbierałam to, co jest podstawą wniosków dziś. Owa wyjątkowość polegać miała nie na przypisaniu jej religijnego znaczenia, czy tym bardziej nadaniu wydźwięku moralnego, ale na spuściźnie historycznej i piętnie doświadczenia indywidualnego oraz zbiorowego tego narodu. Co jak się może zdawać w pierwszych dniach 2021 r., czyli po blisko 4 tysiącach lat od jego początków, wciąż ma swoje istotne znaczenie. I stąd użyta wyjątkowość – bo z historii niektórych dziejów można wiele wywieść.

Tytuły artykułów huczą dziś: „Izrael mistrzem świata – prawie 1,8 mln obywateli tego kraju zaszczepionych”. Czyli, zgodnie z powszechnie obowiązującą narracją – to bardzo dobrze. Inne kraje patrzą zazdrośnie, a władze chcą przekuć sprawność działania w sukces polityczny.

Ale skoro mowa ma być o zaufaniu, którego bilans niezadowalający, i które implikować ma pewne zdarzenia… to może jednak optymizm związany z tym jednym fragmentem wyrwanym z całości nie powinien być rozpasły. Zanim jednak dotrzemy do clue, warto spojrzeć na rzeczy, takimi jakie nam się jawią w tym momencie na bliższym nam gruncie – polskiej ziemi. Skądś zawsze podróż się zaczyna.

Teoria też ważna

Wedle encyklopedycznego, wąskiego, tylko odrobinę rozszerzonego ujęcia  – zaufanie to przekonanie, że komuś lub czemuś (np. instytucji) można ufać, że czyjeś słowa lub informacje są prawdziwe, że ktoś lub coś (władza, autorytet, instytucja, a nawet dziedzina życia) posiada umiejętności, kwalifikacje, legalny mandat (w ujęciu politologicznym) i potrafi to odpowiednio wykorzystać. Zaufać więc oznacza „powierzyć” swoje sprawy osobiste osobie lub instytucji.

Powszechnie, w naszej kulturze, uważa się zaufanie bardziej za atrybut z obszaru przekonań i postaw, za cechę relacji, a nawet element wiary – nie zaś za wartość, co powoduje, że słowo to nie jest zapisane i wyjaśnione chociażby w stanowionym prawie jak wiele innych (sprawiedliwość, wolność, równość). Pomimo, że wiele aktów normatywnych mówi wprost o sytuacjach i sposobie powierzania komuś istotnych uprawnień na zasadzie ich delegowania, dając tym samym rękojmię na przykład dochowania tajemnicy i właściwego wykonania określonych czynności w imieniu mocodawcy, mandanta, niekiedy określając też, że owo delegowanie obejmuje osobę „godną zaufania”, to już na próżno szukać jakie kryteria ma spełniać, czy jakie cechy ma posiadać taka osoba. Nie ma o tym mowy chociażby w Kodeksie wyborczym, a w Ustawie o kuratorach sądowych jest trącające czymś z pogranicza anachronizmu i idealizmu określenie: „osoba nieskazitelnego charakteru”.

A zatem, zaufanie (mimo, że ujęte w katalogu nazwanych wprost wartości życiowych liczącego sobie między 70 a 90 pozycji), z jakiś powodów nie zajmuje zbyt szacownego stanowiska w naszych systemach moralnych. Jak pokazują badania na licznej grupie Polaków z 2015 r. do najważniejszych – na poziomie określonym jako „znaczenie bardzo duże” należy zdrowie, a obok niemal równoważnie rodzina/szczęście rodzinne, następnie (sporo już dalej) uczciwość, poczucie stabilności, poczucie bycia przydatnym, szacunek do innych ludzi, miłość, sprawność fizyczna, przyjaciele/przyjaźń, praca zawodowa i tak dalej… W całej plejadzie 19 wartości próżno szukać zaufania. Wprawdzie, na pierwszy rzut oka, mogłoby się zdawać, że podawana dość często uczciwość obejmuje zaufanie, to w tym ujęciu uczciwość dotyczy raczej stosunków wzajemności typu sprawiedliwej wymiany.

I zaznaczyć trzeba, że wcale nie byłoby dobrze, gdyby na siłę chcieć wtłoczyć w nasz system myślenia, a tym bardziej w sposób normatywny, od którego powinniśmy częściej uciekać, jak w niego brnąć. Bo istotnie, są pewne słowa czy określenia (nawet odnoszące się do wartości) mające „miękkie” znaczenie i takie też zastosowanie, które są niedookreślone i mocno indywidualne, a jednocześnie dają nam pewną wolność wyboru postaw. Bywają przy tym jednak niedoceniane. Może zwyczajnie nie jesteśmy uczeni zaufania, jako tego elementu, który albo sam w sobie jest wartością, albo ściśle współgra z innymi w budowaniu relacji ze światem.

Na ile mamy w sobie zaufania – też jednak zmierzono odnosząc się do podstawowych obszarów życiowej aktywności. I tak zdecydowanie największe zaufanie mamy do najbliższej rodziny (rodziców, dzieci, małżonków), znacznie mniejsze ale wciąż w ogólnym ujęciu spore do znajomych i przyjaciół oraz osób, z którymi na co dzień pracujemy. Blednie na tym tle nasze zaufanie do nieznajomych, z którymi spotykamy się w różnych sytuacjach („raczej ufam” ok. 37%, „raczej nie ufam ok. 35% przy „zdecydowanie nie mam zaufania i trudno powiedzieć” łącznie ok. 27% badanych).

Zmierzono też zaufanie do instytucji, którego wyniki (jak moglibyśmy stwierdzić i bez żadnych badań) nie potwierdzają jakobyśmy żyli w harmonii i zrozumieniu… Te w odniesieniu do podstawowego aparatu administracji, czyli rządu, sejmu i senatu kształtowało się kilka lat temu na poziomie 22-24%. Z dużą dozą pewności można byłoby przyjąć, że dziś zaufanie to nie sięgnęłoby dwucyfrowej wartości.

Charakterystyki naszych narodowych specyfik powodujących taki tan rzeczy jest zbyt wiele, by umieścić je tu, w omawianym kontekście. Zresztą znamy sporą ich część dość dobrze, a powyższe dane to tylko liczby, które interpretować konkretnie i sprawiedliwie bez oglądu szerszego również nie sposób.

A zatem co jest tam obok, dalej, i jeszcze dalej, poza granicami państwowymi, poza narodami, a nawet obszarami nieskonkretyzowanymi, również nierealnymi, co powoduje, że w zaufaniu jesteśmy raczej powściągliwi?

Równią pochyłą  – w dół, czyli pogrążanie w deficycie

Nie jest chyba zaskoczeniem, że przyczyn upatrywać można w procesach powstałych w kilku ostatnich dekadach, jeśli nie nawet dwu stuleciach. Występujące po sobie wydarzenia historii powodowały upadek (jeden po drugim) bastionów, o które psychologicznie opierali się ludzie w tych obszarach życia lub momentach, jakie z pewnych względów były dla nich trudne, niezrozumiałe, irracjonalne, niewytłumaczalne, amorficzne. Do tych bastionów z pewnością należały u zarania i jeszcze całkiem niedawno religia, wiara, przynależność do określonej grupy, rodu, potem najczęściej klasy społecznej – to z tych konstruktów, które sami jako ludzkość sobie stwarzaliśmy. Patrząc z innej perspektywy bastionami tymi mogły być przekonania, wartości, również wiedza na przykład o tym, czym jest zagrożenie, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem (czyli ogólne rozeznanie środowiska, w którym człowiek żyje, o jakie kiedyś było całe lata świetlne łatwiej jak dziś), aż w końcu szeroko pojęta metafizyka z różnymi jej odmianami i osobliwościami, której również, tym razem dość mocno na własne życzenie i nieco arogancko – pozbyliśmy się.

W galopującej rzeczywistości zmian tu i teraz, tracimy następne (nazwijmy je już znacznie węziej) punkty odniesienia. Zaczyna brakować autorytetów (kolejne badania ukazały, że zaufanie do profesorów polskich uczelni spadło z 90% w 1970 r. do 80% w ostatnich latach i dostrzega się dalsze tendencje spadkowe), a osobiste doświadczenia poczucia „zawodu” spowodowane na przykład nierozstrzygnięciem problemu przez kogoś kto był do tego powołany, upoważniony, kto wydawał nam się wiarygodny, bo wykwalifikowany, potencjalnie wiedzący więcej w danym zakresie, w tym doświadczenia pozostawienia (przez kogoś, coś, system) na polu poszukiwań chociażby pomocy – czego zdaje się większość z nas w życiu doświadczyła stykając się z różnymi instytucjami państwa czy publiczną opieką zdrowotną – tylko spychają po równi z napisem ‘deficyt’.

Utraciliśmy więc poczucie stabilności na każdym gruncie. W chwili obecnej zaczynamy więc dryfować tratwami skleconymi na prędko, co w sumie jakoś się udaje. I nawet daje pewną satysfakcję niejednemu – być może w wyniku przypadkowego odnalezienia pewnej formy wolności w postaci nieograniczania się dookreślanymi, grubo wyrysowanymi konturami dróg do ściśle określonych celów. Zwyczajnie przestajemy ściśle planować, wyznaczać, wytyczać, co ma swoje dobre strony, ale i ma też te ciemne obszary, w których nie widać już marzeń, ani punktów odległych, w kierunku których chciało by się zmierzać. Nierzadko też po prostu zastygamy, przeczekujemy, przyzwyczajając się do tego, że świat zewnętrzny nie da już żadnych satysfakcjonujących odpowiedzi. Zatem i ufać przestajemy, tym wszystkim spoza kręgu naprawdę najbliższych nam osób. Każda z metod przystosowawczych, o ile z punktu widzenia biologii jest skuteczna – jest dobra. Ale czy o biologiczną efektywność tu chodzi?

Tempo zachodzących na naszych oczach i z naszym udziałem zmian zdaje się wyprzedzać nawet bardzo zdolne przystosowawczo, otwarte i zuchwałe ludzkie istnienia. Wszystko dzieje się dużym psychicznym kosztem. Co nie pozostaje bez echa. Dostrzegają to najróżniejsi specjaliści i mówią jasno o potrzebie zwolnienia, bo sami, choć posiadając wiedzę na ten temat nie mogą już znaleźć języka porozumienia z wieloma grupami ludzi. Ale musiałby zwolnić cały świat, systemowo – nie jednostka. Dlatego nieskuteczne mogą być w tym obszarze zabiegi psychologii pozytywnej, a przynajmniej w odniesieniu do dzisiejszych obywateli kilku pokoleń.

Ponadto jest spora liczba ludzi drwiących z potrzeby, o której mowa powyżej, wyciągając pejoratywnego „technofoba”, czy „płaskoziemcę”. A ci wszyscy po prostu poddają pod wątpliwość sens pewnych zmian albo wprost ich wartość, o czym totalnie zapominamy. Nieszczęśnie opierając się przy tym niejednokrotnie o argumenty nieprzystające do faktów, zamykające drogę do jakiegokolwiek porozumienia. Nieprzystające do realiów, a przede wszystkim rzeczywistych potrzeb człowieka, są jednak także kwestie wynoszone na sztandary przez drugą stronę.

Tymczasem twierdzi się (co wiedzieć muszą PR-owcy koncernów i wszelkich przedsiębiorstw produkcyjnych), że istnieje kilka wykazanych przez socjologów czynników wpływających na „dobre” przyjęcie produktu przez szerszy ogół ludzi. Dobre, czyli w sposób zaufany do tego produktu, do nowej lub ulepszonej technologii, do motywów czy intencji jego wprowadzenia. Należą do tych czynników dwa warte szczególnego oświetlenia: zgodność z normami i wartościami społecznymi oraz możliwość wprowadzania stopniowo i zrozumiale dla odbiorcy.

Dlaczego te dwa są tak ważne? Bowiem odwołują się do głęboko osadzonego rezerwuaru naszych dyspozycji. Nie chodzi już tylko o udogodnienie życia (bo jest ono już na ogół dość wygodne, albo takowe jest bardzo dostępne – z czego w Europie zaczynamy sobie zdawać sprawę) czy modę (której reflektory są jakby słabsze, a światło bledsze jak jeszcze do niedawna). Zaczyna też chodzić o sens, którego poszukujemy, utraciwszy te wszystkie bastiony i punkty sensowności, o których mowa była wcześniej, na czele z wszelką metafizyką czy (znowuż) zaufaniem do intuicji (czyli niejako zaufaniem do samego siebie). Domiar tego, ogromna część dzisiejszych zjawisk, reakcji na nie, decyzji, działań – tak jak w przypadku produktu rynkowego – nie jest zrozumiała bo nie jest wprowadzana z uwzględnieniem wykazanych dwóch czynników „dobrego odbioru” tego, co zaserwowane.

Co z tym Izraelem?

Dość dobrze wiemy już na czym polega trauma dziedziczona i że ona w ogóle istnieje oraz, że często nieświadomie oddziałuje, a nawet „kieruje” życiem dorosłego, zupełnie ukształtowanego człowieka. Bezpośrednio sięgać ma trzeciego pokolenia, a pośrednio znacznie dalszego. Warto przy tym napomknąć, że znów na te najciekawsze pytania, jakie często sobie zadajemy bo dotyczące nas samych i całej skomplikowanej, niemożliwej póki co do odkrycia sfery wewnętrznej, najwięcej ciekawych odpowiedzi lub podpowiedzi może dawać wgląd w pewne rozłożone w długim czasie procesy psychospołeczne.

Po tej długiej, niekończącej się być może, linii czasu na krótką chwilę, tylko na moment wglądu, przesuńmy się o jakieś 3900 lat wstecz – do pragenezy narodu żydowskiego. Abraham i jego ojciec Terech żyli w czasach istotnych zmian stosunków społecznych starożytnej Mezopotamii, gdzie powstałe znacznie wcześniej państwa-miasta (wówczas liczące od 2 do 8 tys. mieszkańców) stały się w relatywnie krótkim czasie prężnie funkcjonującymi ośrodkami rzemiosła i redystrybucji żywności. Rozwijały się – stwarzając dobre warunku do podnoszenia jakości życia i powodując wzrost zamożności wielu grup, ale przez to straciły na spokoju i bezpieczeństwie. Osiadające chętnie na obrzeżach ludy biedniejszych Amorytów i innych, przybywały z terenów dzisiejszej Syrii, najeżdżały, łupały i niszczyły to, co od dłuższego czasu budowano. W końcu doszło do zdobycia niektórych ważnych ośrodków i upadku tym samym dynastii, w której czasach żył protoplasta narodu żydowskiego. Nie tylko jednak z uwagi na niestabilność czasu i miejsca, ale także z powodu niezgody Abrahama na przykaz nowych zwierzchników kultu boga księżyca, spowodowała znane, pierwsze, tak znaczące dla całej historii świata wyjście, czyli opuszczenie Ur. Jak zapisano w Biblii Tysiąclecia, to Bóg skłonić miał ostatecznie Abrahama do odejścia, opuszczenia, które nie sposób przyrównywać do zmian podobnego typu, jakie podejmuje współczesny człowiek.

Ten kawałek opowieści, jak sami historycy odnotowują, to przede wszystkim legenda, a te mają do siebie, że tworzą postacie mityczne, symboliczne, mające dawać tożsamość całym plemionom, ludom. Niemniej niektóre z takich legend, w tym biblijne, traktuje się jako wskazówki na archeologicznych mapach, a badania w tej dziedzinie ponoć potwierdzają zaistnienie pewnych zdarzeń. Tutaj, gwoli uczciwości należy stwierdzić, że pierwsza część powyższej historii posiada spory potencjał prawdopodobieństwa. Ostatnie zdania z kolei  to już mitologia, jednakże mająca znacznie większy wpływ na dzieje świata niż to, co moglibyśmy z czystszym sumieniem nazwać prawdą. I taka jest przedziwna sprawa z ludzkimi wierzeniami, przekonaniami, budowanymi na tej podstawie systemami i dogmatami, za które obcinano głowy, palono na stosie, dręczono na kołach tortur, za które ludzie wysadzają swoje liche ciała w powietrze…

Tak czy inaczej coś powstało – podwalina złożona z indywidualnego przeżycia, czy traumy, wtłoczona w koleje dziejów danego czasu, pełnych niebezpieczeństw, chaosu, życia pod przymusem, co dziś, w Europie i wielu innych częściach globu, miewa postać życia niezgodnego z własnym systemem wartości lub szeroko akceptowalnymi normami społecznymi. Kamień węgielny polegał jednak głównie na historycznym wyjściu, odważnemu zamanifestowaniu niezgody na coś, co przedstawiono jako religijny przymus,  w poszukiwaniu bezpieczeństwa, miejsca sprawiedliwego, godnego szlachetnego i bogobojnego (w wydaniu monoteizmu) życia. Wyjście było początkiem tragicznej, ale i poetycko romantycznej wędrówki przez wieki i tysiąclecia, która stała się osnową powieści, zapoczątkowanej w czasach nam najodleglejszych. Któż by nie chciał się odwoływać do korzeni tak starych?

Następne zdarzenia kolejnych etapów historii diaspory są już szerzej znane i niestety naznaczone wielką skalą nieszczęść, ludzkich tragedii, tak trudno zrozumiałego holocaustu. Od masakry w 1648 r., przez pogromy z 1881 r., po XX wiek. A wszystko to na kanwie narodowo-rasowej. Żydzi stali się spadkobiercami tej najdłuższej historii jednego narodu, czy tego chcieli, czy nie. Przekaz wielopokoleniowy był jednak dla większości z nich (wbrew pozorom – nie wszystkich, bo wśród diaspory funkcjonowały również spore koła antysyjonistyczne) jednakowy, a polegać musiał na wyuczonych mechanizmach obronnych poprzez wytworzenie silnych więzi społecznych grupy, jej hermetyczności, konsekwencji, powinności wobec swojej społeczności (chociażby podatkowych, a nawet filantropijnych), głębokiej wiary, pielęgnowania dziejowych relacji z przeszłości i tworzenia szczególnych form przekazu potomnym, bo tylko to nie mogło im być odebrane przymusem, gdziekolwiek by się znaleźli. A w odniesieniu do relacji z otoczeniem polegać musiał na niechęci do głębszej asymilacji, na braku zaufania, potęgującym się, co oczywiste, w dalszym biegu historii, na takiej percepcji świata, który musiał być egzystencjalnie beznadziejny dla znacznej części z nich.

Splot wielu zdarzeń, cech nabytych i wyuczonych w połączeniu z silną wiarą w swoją mitologię wyłonił jednak również i tych, których aktywna działalność w ruchu syjonistycznym doprowadziła do powstania państwa Izrael, wciśniętego na siłę (wedle opinii wielu) w geopolityczną, wrzącą i w dodatku mało smaczną miksturę. Czyli znów niebezpiecznie, znów w ciągłej obawie przed jutrem, w nieustannym czuwaniu, a właściwiej oczekiwaniu na najgorsze i nastawieniu na walkę, co po 1948 r. wielokrotnie miało miejsce. Choć, jak mniemają niektórzy badacze tematu, historia mogłaby się potoczyć nieco inaczej. Jak twierdzą, istnieją grupy mniejszości arabskiej, które uważają, że ich przywódcy przegapili moment, w którym mogli doprowadzić dyplomatycznymi zabiegami do proklamowania państwa arabskiego w tym samym czasie, w którym powstała republika Izraela. Jeśli jest to prawdą, znów skrajny brak zaufania co do intencji obcych, wrogość, aż wreszcie nienawiść na tle religijnym wzięła górę.

Można sobie imaginować, przy niemałej drobinie naiwności i wielkiej wierze w siłę ludzkiego dobra oraz pomijając kwestie wpływów, opłacalności ekonomicznej ruchów politycznych na mapie świata, że losy tej jej części potoczyłyby się odmiennie – gdyby elity polityczne zechciały zrezygnować z określonych przekonań i obdarzyć choćby minimalnym zaufaniem tych, których uważali za wrogich, obcych, zagrażających i którym fundamentalnie odmawiali i odmawiają prawa istnienia. Są pewne wątki historyczne, a nawet okresy całkiem długie, które pokazują, że to co powyższe nie było (i nie jest?) niemożliwe, a bardzo wiele zależało od sposobu sprawowania władztwa w danym miejscu i czasie – czyli de facto decyzji podejmowanych wobec ogromnych rzesz ludzi jednoosobowo, lub przez bardzo wąskie grono ich przedstawicieli. Okres taki miał miejsce i w literaturze pojawia się pod hasłem „złotego wieku islamu”, który datuje się na 750 – 1250 r. n.e.

W czasie tym, w najróżniejszej formie życie muzułmanów oraz wyznawców judaizmu, na wielu obszarach południa Europy, północy Afryki i Bliskiego Wschodu toczyło się na zasadach współistnienia, tolerancji, prężnej wymiany nie tylko handlowej, ale i pewnych dóbr kultury, wymiany myśli. Powstawały uniwersytety, powstała też algebra. Miało pojawić się pojęcie ‘idżtihadu’, które wedle pewnej tradycji oznaczało: „Niezależne myślenie, pozwalające wyznawcy islamu, bez względu na to, czy ktoś jest mężczyzną, kobietą, heteroseksualistą, homoseksualistą, młodzieńcem czy starcem, unowocześnić swoje praktyki religijne, dostosowując je do wymogów społecznych”. W hiszpańskiej Kordobie natomiast kobieta organizować miała spotkania literackie, na których otwarcie omawiano problemy tamtej epoki, kwestie nakazów moralnych, praw kobiet i mężczyzn, a wynikających ze sposobów interpretacji Koranu. Działo się to przeszło tysiąc lat temu i miało obopólne korzyści. Muzułmańscy przywódcy pozwalali rabinom upowszechniać swoje nauki wśród Żydów, sami natomiast korzystali z ich wykształcenia i doświadczenia w zarządzaniu dworami, czy w dyplomacji. Nie bez znaczenia było tło polityczno-religijne Europy, która w tamtym czasie (także z uwagi na wzmagające tendencje do fundamentalizmu i imperializmu chrześcijańskiego) mogła wydawać się ludziom Bliskiego Wschodu, a zwłaszcza Żydom tam żyjącym, jako brutalny, fanatyczny, zacofany skansen.

Ten sposób funkcjonowania jako przyjmowany i akceptowany dość szeroko w końcu jednak upadł z hukiem, po kolejnych odsłonach szyicko-sunnickiego konfliktu i obaw przed całościowym rozłamem religii. Tak jak i bywało w przypadku chrześcijaństwa, tak i w islamie ceną utrzymania jedności, jednolitości, było skrajne odrzucono wszelkiej tolerancji, wolnego dyskursu religijnego, światopoglądowego. Bardzo niewielkie grupy ludzi zadecydowały o kierunku dalszych dziejów, a obrana droga polegała na negacji możliwości pokojowego porozumienia i współistnienia. Spuścizna tego sposobu myślenia, które ostatecznie pogrążyło zaufanie do innych, jest widoczna i dziś – po obydwu stronach barykady konfliktu ludzi islamu i judaizmu.

Co więcej, to się dzieje w wielu innych obszarach globu, w różnych dziedzinach życia, nie tylko walki o wpływy polityczne czy władzy, choć ta ostatnia stanowi jedną z najsilniejszych pobudek destrukcyjnych działań homo-sapiens końcówki poprzedniej i znacznej części naszej ery.

Cóż się dziwić temu, że świat jawi się (czy to realnie, czy niekiedy tylko w naszych głowach) jako przestrzeń niebezpieczna, pełna zewnętrznych zagrożeń. Nie wynikają one jednak z sił natury, czy tego, czego jeszcze nie wiemy, nie pojmujemy, ale z powodu relacji międzyludzkich i form relacji społecznych, które przecież sami tworzymy. Paradoksem jest, że wcale nie były one tak silnie, jakby się zdawało, oparte o wartości (przyjmując  je – skoro ludzkość do czasów współczesnych była znacznie bardziej oddana wierze w bóstwa, wszelkie teizmy i inne – jako byty samoistne lub ofiarowane czy nakazane przez boga), zwłaszcza wartości jednostki ludzkiej, ale na przekonaniach, mitach, mitologiach, fantazjach o tym, czym jesteśmy, lub czym możemy być. Oparte na wyrosłych także traumatycznych doświadczeniach z przeszłości i ich przekazach, przyjmujących formę dogmatów i nakazów, które odmawiają autonomicznego, krytycznego myślenia, czyli tej ludzkiej aktywności, która jest konstruktywną formą naszego istnienia, nie zaś niszczącą. Owszem, mimo ciemnej odsłony ludzkiej natury, czynionych często kroków wstecz, do przodu nieustannie gnamy i to nawet z dużymi sukcesami, ale dzieje się to bardzo wielkim kosztem. Czy adekwatnym do potrzeb zarówno realnych, cielesnych, zmysłowych, jak i duchowych?

A może ulokować  by to wszystko, co należy do historii, a co jest jej trudną częścią, albo niezrozumiałą, albo niedopowiedzianą lub też inną romantyczną, tragiczną, sentymentalną jedynie w mitach i mitologiach, baśniach i opowiadaniach, które mogłyby spełniać rolę metafizycznego katalizatora ludzkich ułomności, by wykorzystywać je w sztuce, metaforze, legendach opowiadanych ku przestrodze, pocieszeniu czy by przeżyć stan bliski katharsis…

Bardzo przyziemna rzeczywistość

Czy może kogoś dziwić, że państwo Izrael jest obecnie „mistrzem świata” szczepień? Brzmi trochę groteskowo, ale taki obraz rzeczywistości dziś sobie fundujemy. A poważniejszym, może bardziej stosownym do wymogów sytuacji lub też głównej narracji, tonem niektórzy próbują nadrabiać, że to wynik pracy osławionego wywiadu wojskowego, albo że to wiedza, którą Żydzi („jak zwykle”) posiedli wyprzedzając resztę ludzkiej społeczności. Czego wykluczyć wszakże nie można  A, że prawda nie jest na ogół silniejsza od niektórych wartości i bardzo wielu przekonań, próba wyjaśnienia niektórych zdarzeń czy całych ich ciągów bywa szczególnie trudna. Poza wskazanymi tu kwestiami bazującymi na podbudowie psychologicznej, a nadbudowie martyrologicznej, nie należy zapominać o jakże istotnych elementach judaizmu, powodujących wyraźne odróżnienie od chrześcijańskiego podejścia do powinności, czy wspólnotowości. Nauki Tory wiążą bowiem ze sobą wiernych „w jedno ciało i jedną duszę”, a całościowa idea świata ich wiary implikuje zasady bardzo daleko posuniętej odpowiedzialności zbiorowej, społecznej, gdzie nawet najmniejszy grzech pojedynczej osoby wpływa na wszystkich: „Źli są wstydem dla wszystkich, święci są naszą dumą i radością”, a fundamentalny brak zaufania do jednostki ludzkiej (siebie samego) podsumowuje zasada głoszona przez jednego z mojżeszowych mędrców: „Nie ufaj samemu sobie, aż po dzień swej śmierci”.

Życie jednostki nie ma zatem znaczenia w konfrontacji z pewną całością. Pojawiać się więc może pytanie o rodzaj postulowanej wolności. To już jednak wątek na inny wywód.

Zwraca uwagę raz jeszcze wartość zaufania, która zdaje się mieć swój pozytywny pierwiastek w społecznościach tego typu tylko w odniesieniu do swoich braci w wierze. I to jest jedna z głównych przesłanek sprzeczności w moralnym ujęciu tej problematyki.

Owa sprzeczność, czy niespójność moralna jest nam jednakże wszystkim bardzo dobrze znana, a budowanie zaufania kompletnie nie wychodzi w świecie silnej konkurencji wżartej niczym rdza w blachę w cały system myślenia o zachodzących relacjach w kategoriach bilansu ekonomicznego. Sensu w wytwarzanych konstruktach wspólnotowego życia jest całkiem niemało, a rozwój z całym upodobaniem do praw logiki jest nam potrzebny, jednak nadawanie temu pierwszeństwa wytwarza (można wierzyć, że niechcący) fikcyjne, choć bardzo poważne w skutkach, problemy oraz pola starć o nierzeczywiste, bo nie wynikające z ludzkiej natury potrzeby.

Chyba nie należy zazdrościć obywatelom Izraela tego, że są dziś mistrzami świata. I nie chodzi tu o dystansowanie się do problemu epidemii, czy innego, który za chwilę może wyniknąć na skalę globalną. Chodzi o drugą przesłankę sprzeczności systemu fałszywego dobra i wyrafinowanej formy odpowiedzialności zbiorowej, którą nagle wszyscy na ustach mają. Otóż, system myślenia wspólnotowego w Izraelu jest pełen zaufania do władzy jako zbiorowej jedności i vice versa – władzy do obywateli. Ale podkreślmy raz jeszcze – swoich obywateli, którym jako jednostkom jest skłonna odmówić bardzo wiele w imię dobra wspólnego. A to systemowe podejście (być może) właściwe na czasy kryzysu, nie jest podejściem właściwym na okresy pokoju i spokoju, w których na ogół życzymy sobie realizować nasze istnienia. Zdyscyplinowanie, dobra organizacja, równa musztra, jedność, albo może adekwatniej wielość identycznych kopii  zachowań i postaw to idealna recepta na fantomową rzeczywistość, której przejawem jest albo brak zaufania, a zatem odgradzanie się, izolowanie, niezrozumienie, albo infantylna ugrzecznioność i wyuczona jak reporterski uśmiech uprzejmość, powodująca mdłości, choć gorzej – potęgująca niemożność nawiązywania jakichkolwiek nici porozumienia w świecie, który (no cóż) jest różnorodny i być może wersji rzeczywistości jest tak naprawdę jakieś 7,8 miliarda.

Dodać wypada, że władze państwa Izrael – zapewne w imię odpowiedzialności i dobra rodzaju ludzkiego – palestyńskiej mniejszości szczepić nie chcą…

 

W tekście skorzystano z treści, danych i cytatów zawartych m.in. w poniższych publikacjach:
– P. Johnson – ‘Historia Żydów’, Kraków 2004
– I. Manji – ‘Kłopot z islamem’, Warszawa 2005
– L. Cohn-sherbok – ‘Historia cywilizacji żydowskiej’, Warszawa 1999
– M. Skowrońka – ‘Idzie nowe. Stare się boi’, artykuł opublikowany w dwumiesięczniku ‘Psychologia’ nr 6/2020
– Główny Urząd Statystyczny – ‘Wartości i zaufanie społeczne w Polsce w 2015 r.’ – na podstawie badań spójności społecznej obejmujących grupę badawczą 14 tys. osób., Warszawa 2015

Dodaj komentarz