Na gorzko. Po słodkich biesiadach.

Przy okazji świąteczno-noworocznych podsumowań, na które zawsze jest czas i miejsce… Na gorzko. Po słodkich biesiadach.

Powracają do głowy te, będące wynikiem rozważań na temat kondycji moralnej człowieka dziś. Kondycji nawet najbardziej szeroko pojmowanej, bo opierającej się na różnych paradygmatach – celowo używam tego określenia bo wydaje mi się najbardziej adekwatne do oglądu tej sfery życia obecnie.

Otóż, podsumowania te, albo raczej ich próby, wzbudzają głębokie rozterki. Nawet więcej – rozczarowanie. Być może sama sobie winna jestem, bo niewykluczone, że oczekiwałabym od pewnej cząstki ludzkiej natury więcej. Kto wie, czy to nie kardynalny błąd, jaki mamy tendencję na ogół popełniać, rzutując na świat zewnętrzny nasze własne wolnomyślenie.

Ale skoro takie uczucie pojawia się w określonym kontekście u bardzo wielu ludzi, skoro jest jakby co raz większa świadomość rozczarowania tym, w jaki sposób się zachowujemy i jakie ma to konsekwencje – cząstka ta nie wydaje się bez znaczenia. Tym bardziej, nie wydaje się być godną pomijania, czy potraktowania arogancko, z jakim to współczesna cywilizacja traktuje to, co jej niewygodne.

Moralność, etyka, normy, zasady – to przymioty które odnosimy głównie do świata ludzi. Głównie, bo przecież co raz częściej bywa, że obejmujemy nimi to co lubimy lub kochamy bardziej, na przykład nasze domowe zwierzęta… „plus”. Ten dodatek w postaci „plusa” to poszerzenie naszą postawą pełną dorobionej gęby miłosierdzia – kręgu lubości o istoty nieczłowiecze, którym ze względów kulturowych naleciałości daliśmy immunitet. Jednym tak, innym nie. Na tym być może polegać ma wiara w ludzkie władztwo i mądrość. Choć to śmieszne bywa, gdy zdajemy sobie sprawę, z tego jak liczna jest grupa nas wierzących w to, że rządzimy, czyli panujemy. A skoro tak jest, to celowość i skuteczność działania wymusza działania metodą kija – to mało powiedziane. Wykluczyć nie można, że w stosunkach międzyludzkich miewa uzasadnienie. Ale niekoniecznie w stosunkach z całą resztą świata pozaludzkiego, poza granicami relacji homo-sapiens.

Owo panowanie i rządzenie – w kontekście relacji do świata jest intrygujące i od bardzo dawna wzbudza szereg pytań o zasadność tak głęboko osadzonego antropocentryzmu. Na marginesie, w astronomii i geografii mówi się na przykład o północnopółkulowym szowinizmie, co pokazuje, jak wiele zależy od ludzkiej percepcji i co z nią robimy.

Nie będę się tu zagłębiać w argumenty, których w powszechnym dyskursie cała plejada jeśli chodzi o kwestie naszego stosunku do zwierząt i świata natury w ogóle, czy ochrony praw istot inne niż ludzkie.

Omówienia wymagają aspekty, o których już napomknięto wyżej, a właściwiej na dwa konkretne konteksty utrwalonych w naszych głowach sposobów percepcji pewnych zjawisk.

Pierwszy

Ks. Rodzaju – 1.26 „A wreszcie rzekł Bóg: Uczyńmy człowieka… Niech panuje nad rybami morskimi, ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi (…).

1.28 – „Po czym Bóg im błogosławił (…) abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną (…)

1.29 – „Oto daję wam wszelką roślinę przynoszącą ziarno ziemi, wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem.”

1.30 – „A dla wszelkiego zwierzęcia polnego i dla wszelkiego ptactwa (…) i dla wszystkiego, co porusza się po ziemi i ma w sobie pierwiastek życia, będzie pokarmem wszelka trawa zielona”.

Bez wnikania cośmy uczynili  jako ludzkość ze słowami zawartymi w 1.29 i 1.30. Albo raczej co chrześcijaństwo i jego kościół z tym zrobił, bo byłoby to wchodzeniem w dyskusje o argumentach, na którą nie ma tu miejsca. Dookoła jest ich naprawdę pod dostatek.

Porusza co innego – poczucie, że na wielką skalę dopuściliśmy się, wręcz dokonaliśmy albo: zaniechania interpretacji całości tekstu 1.26 Ks. Rdz. poprzez pominięcie słowa „panuje”, albo jego ogromnego nadużycia. Nie jestem pewna, które z tych przewinień (mówiąc dzisiejszym językiem) właściwiej opisuje ciąg ludzkich przekonać w tym temacie. Znamienne też, że jedno jak i drugie – mimo, że teoretycznie przeciwstawne, mogą występować jednocześnie w tym kontekście…

Tak czy inaczej, efekt jest jeden – arogancja, pycha, skrajny antropocentryzm. I znów, wydaje mi się, że taka postawa dzisiejszego homo-sapiens niekoniecznie jest wynikiem celowych działań czy prawdziwych zamierzeń, które możnaby przypisywać słowom zawartym w księdze mającej stanowić źródło dobra, pocieszenia i mądrości. Znów efekt uboczny ludzkiego zaniechania, nadużycia, a w obecnych czasach – NADdziałania i NADaktywności, przyćmiewa wszystko inne, w tym sens, którego niejeden próbuje poszukiwać chociażby w przywołanych wyżej słowach.

A przecież panowanie jest kluczowym czasownikiem (niedokonanym – co też może mieć swoje interpretacyjne znaczenie) użytym w całym tym, wielokrotnie tłumaczonym na przestrzeni wieków, fragmencie. Nie może być więc mowy o przekłamaniach. Podobnie, jak z „ziemią sobie poddaną”.

No dobrze. Czym zatem jest „panować”. Według słownika języka polskiego oznacza: królować, być władcą, rządzić. I tak też je powszechnie przyjmujemy. Można więc królować, władać, rządzić w sposób najogólniej mówiąc dobry lub niedobry. Można czymś lub kimś władać roztropnie, sprawiedliwie, empatycznie, miłosiernie, a można też to robić nieroztropnie, niesprawiedliwie, bez skrupułów, nienawistnie, uprawiać makiawelizm…

I być może mieści się to nawet w chrześcijańskiej wolności do wyboru między dobrem, a złem. Być może też istnieją stany pośrednie w tym władaniu, czyli takie, które bardziej odpowiadałyby skomplikowanej ludzkiej naturze i wszelkim jej dyspozycjom, przedziwnemu miejscu człowieka w świecie i rozterkom, którym poddawany jest niemal w każdej chwili życia. Co można nazwać jego realizmem i prawdziwością. Tego życia.

Obojętnie które z podejść do władzy samej w sobie, czy wizji samego siebie w miejscu człowieka, który ją sprawuje, jest nam bliższe – owo „panować” nie może oznaczać: niszczyć, eksterminować, anihilować, świadomie zadawać ból i cierpienie. To nie może mieścić się w słowie „panować”. Dlaczego?

Odpowiedź przychodzi łatwo. Może zbyt łatwo, więc kto wie, czy nie jest jednak obarczona znaczącym błędem poznawczym. Niemniej brzmi ona mniej więcej: Bo ostatecznie takie panowanie doprowadza do stanu braku przymiotów i przedmiotów panowania, a więc w konsekwencji do niepanowania. Co nie może być w żadnym interesie panującego. Unicestwiania dokonywały już przecież bardzo różne systemy społeczno-politycznie, nie mówiąc wiele o totalitaryzmach, zamordyzmach i innych dyzmach ludzkiej wiary w swoją niczym nieograniczoną wolność, spryt i legitymację do rządzenia.

Katastrof więc było całkiem sporo. I nadciągają kolejne, nie wiem czy nie bardziej ‘spektakularne’. Bo nie zrobiliśmy z pewną wiedzą tak naprawdę niczego. Od paru setek lat, a dziś jakby szczególnie, wykorzystujemy wprawdzie człowieczy rozwój intelektualny i myśl – lecz nie do rozwiązywania problemów, o których tu mowa, ale do rozwiązywania kłopotu naszego radzenia sobie z konsekwencjami zaniechań, nadużyć, czy naddziałania. Nic poza tym. W tym miejscu pojawia się następne pytanie. O to, czym wobec powyższego ma rzeczywiście zajmować się władza jako taka, czy po prostu ludzkie „panowanie”, któremu przypisujemy tak doniosłą rolę.

Wedle nieco naiwnego, idealistycznie zabarwionego sposobu rozumowania – panowanie to dobre zarządzanie, polegające na odpowiedzialności i dbaniu o to co podległe. Ale odpowiedzialności nie tyle za czyjeś działania czy skutki aktywności, ale za stwarzane warunki dla życia zgodnego z naturą tego, co na zewnątrz, ze światem, którego bardzo nie rozumiemy (zatem winni jesteśmy mu szacunku i powściągliwości). I wcale nie oznacza to utopijnej wizji krainy mlekiem i miodem płynącej lub kompletnego zahamowania rozwoju technologicznego/naukowego.

Rzeczywistość i prawda, w tym nasze kruche i krótkie życia, nie są bowiem idealne. Być może właśnie to miał na myśli chociażby Max Weber sankcjonując, w swoim systemie, użycie przez władzę siły, ale jako „ostateczność” (czego moralnie i ideowo nie rozstrzygam, bo to poważna rzecz na nieco inny temat).

A codzienność nie może być ostatecznością. Tymczasem ludzkość dziś tak się zachowuje. Sięga po ostateczności, po środki drastyczne i skrajne. A co gorsza, zaczęła już dawno traktować je ‘jak swoje’, ‘naturalne’, w końcu ‘normalne’. Zarówno w celu unicestwiania istot innych jak ludzkie dla wygód fałszywych, jak również (i tu czai się ogromne niebezpieczeństwo) w celu zagłuszania tego, co w nas krzyczy, że coś nie tak. Robi to ludzkość skutecznie. Niestety. Bo jest inteligentna i sprytna. Robi to dla wygody i szczęścia, które jednak nie mają dziś wiele wspólnego ze wspominaną realnością i prawdziwością.

Podsumowując – dobre panowanie nie jest, bo nie może być, okrutne. I zasada ta dotyczy wszystkiego nad czym człowiek rzeczywiście lub tylko rzekomo rozpościera swoje władanie.

Drugi

W naszej kulturze piętno odcisnęły prace, dzieła, całe dorobki naukowe, systemy filozoficzne, religijne wielu ludzi, których uważa się za autorytety w swoich dziedzinach. I twierdzić, że nie zgłębiali oni wątków przez siebie poruszanych w sposób oddany, przemyślany, ideowy, intelektualny byłoby niestosownością. Szacunek do włożonej pracy nie może jednak przesłaniać tego, co dziś wiemy, co dostrzegamy, a co może powodować sprzeciw, albo rodzić ważne pytania. Podobno prawdziwa cnota krytyki się nie boi. A zatem…

Krytyka ta odnosi się do twierdzeń i przekazów osławionego Kartezjusza (którego popularność dziś nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem) czy wielkiego skądinąd myśliciela chrześcijańskiego – św. Tomasza z Akwinu. Zarówno oni, jak i wielu innych swojego czasu, nadzwyczaj łatwo, zaskakująco wręcz prostolinijnie, jak na myślicieli tego kalibru, tłumaczyć mieli „panowanie”, o którym mowa wcześniej, a które to powodowało degradację istnienia innego jak człowiecze do przedmiotu. W systemie św. Tomasza można znaleźć tego źródła (analizując jego ontologię), a co do „myślącego” Kartezjusza, to pewnie trochę inna sprawa.

Tak czy inaczej, degradacja żyjącej istoty, to instrumentalne ujęcie stworzenia innego jak człowiek (chociaż jego zresztą też), spowodowało, że zwierzęta (a w przypadku ludzi na przykład niewolnicy) stały się nie tyle tylko przedmiotami (o które dobry gospodarz winien dbać), ale maszynami, czyli jakby były konstrukcjami zbudowanymi ze śrubek, stali, żelaza, ołowiu, blachy czy plastiku – przez człowieka. I choć wprawdzie człowiek XVIII wieku doskonale wiedział, że nie on je do życia powołał, to dynamiczny rozwój nauk, techniki, technologii spowodował sposób myślenia oderwany od rzeczywistego, biologicznego życia. To chyba dość oczywiste i znane wszem i wobec fakty. Które jedynie przypominam w tej prostej formule.

Myślenie na przykład kartezjańskie owszem miało miejsce, czyli „było”, konstytuując jego własne istnienie. Ale czy rzeczywiście było ono logicznie spójne z dzisiejszej perspektywy? Skoro mechanizm w traktowaniu zwierząt miał być logicznie uzasadniany tym, że istoty inne jak ludzkie powodowane są jedynie instynktami, prostymi biologicznie regułami (z których człowiek wyrosnąć miał dawno) – to nasuwa się pytanie o granice, które rysujemy pomiędzy tym, co faktycznie kierowane instynktami, prostymi regułami, a tym co wyższe, bo dostępne ludziom?

Dostępne owszem jest. Można mieć jednak ogromną obawę, że ludzkość tam nie sięga. Że jeśli istota mechanicznie postępująca ma mieć mniejsze prawo do obrony przed odczuwaniem cierpienia tylko z tego względu, że postępuje „mechanicznie” lub „instynktownie”, w sposób uwarunkowany genetycznie, środowiskowo – to wkrótce może okazać się że szersze kręgi ludzkości ta zasada obejmie.

Przecież ludzie, co raz bardziej postępują jak maszyny, jakby byli zaprogramowani, na przykład na określony styl postrzegania, percepcji. To tak, jak opisywał A. Huxley w pierwszej połowie XX wieku: „Nasza cywilizacja wybrała maszyny, medycynę i szczęśliwość”.

A nie realność i prawdę. Bo te są trudne, często niezrozumiałe, wymagające, niekiedy bolesne i nie sposób ich kontrolować. A kontrolować lubimy i chcemy. W dążeniu do szczęścia, które dziś, nota bene, nie potrafimy zidentyfikować. Często więc się wydaje, że wygoda, łatwy dostęp do najróżniejszych dóbr, wizja życia długiego, jak najdłużej młodego, bezbolesnego, spokojnego, może nawet sielankowego lub też luksusowego – po prostu, jest tym szczęściem. I może istotnie tak jest.

Ale co z tym zrobiła współczesna cywilizacja? Spowodowała „percepcyjną bierność”, która utrwala schematy, znieczula i otwiera drzwi temu, co jest jawnie złe. Nazwę to tutaj powszechnie akceptowanym lenistwem umysłowym z nielekką nutką arogancji.

A jeśli na poważnie traktować definicję ludzkiej percepcji, na przykład autorstwa prof. M. Marleau-Ponty jako „aktywną interpretację danych zmysłowych z wykorzystaniem wskazówek kontekstualnych i wcześniej zdobytej wiedzy” to zdaje się, że my dziś na ogół tego nie robimy.

Co najwyżej poprzestajemy na niektórych „wskazówkach kontekstualnych”, a wynikających najczęściej ze spuścizny kulturalno-religijnej, a z biologicznego, epigenetycznego i psychologicznego punktu widzenia, spuścizny genów i traum, którym jednak za dużo oddaliśmy pola naszej świadomości. Mimo… świadomości tego.

A zatem, pojmowanie pewnych faktów, na przykład tego, że każdego tygodnia i miesiąca, tylko w naszym kraju, stwarzamy okrutny los, cierpienie i śmierć milionom stworzeń po to tylko, by połowę efektu produkcji wyrzucić do kosza, a drugą połową zapełnić i tak uginające się od asortymentu żywieniowego półek marketów wciąż nazywanych „super” albo „hiper” (może dla podtrzymywania ludzkiego mniemania o swojej wielkości) w sposób dość bezczelnie afirmujący, by żyć w przekonaniu, że czynić inaczej nie sposób i nie podobna – powoduje dalszą degradację. Degradację humanitaryzmu, człowieczeństwa, co powoduje, że w istocie schodzimy ze szczebli drabinki, lub stopni schodów, skąd faktycznie nie sposób sięgać wysoko. A ambicje są niemalejące, wręcz postępujące, czyli jakby wymagające, czego mamy świadomość. Wymyśliliśmy na to sposób. Na przykład windę. I wymyślimy kolejne. I kolejne. Aby tylko już się nie wysilać.

To znamienne, że boimy się stawiać czoła czemuś, co wcale nie wymaga na ogół heroizmu. Mówić prawdę, gdy cenzura nie powoduje nagłego rezonu i konsekwencji dotyczących bezpośrednio naszego bezpieczeństwa… Jesteśmy w innej rzeczywistości, jak wielu przed nami. Może bardziej skomplikowanej. Ale innej. A mimo to, fałsz kieruje naszymi życiami.

Dodaj komentarz