Aby utrwalać i pobudzać, a nie deprecjonować pewien potencjał, który drzemie w naszej dobrej woli, by próbować okiełznać egocentryzmy i sztywności, chyba należałoby „rozmontowywać barykady, którymi odgradzamy się od innych (chroniąc swoje kruche ego).” Bez refleksji nad sensem tych słów dalej będziemy się odgradzać i sądzić, że to działa.
Na naszych oczach, właściwie przy niemej aprobacie, pogłębia się jednak alienowanie, odgradzanie, segregowanie. To jeden z kolejnych motylich efektów pandemii strachu, którego tak mocno obawiałam się od samego początku wprowadzania chaosu w nasze życia, jakby nie były one wystarczająco skomplikowane…
W trakcie procedowania jest kolejna specustawa (tzw. tarcza antykryzysowa 4.0), której pierwsza część obłej nazwy odnosi się do dopłat do oprocentowania kredytów bankowych (PR-owsko dobrze to więc wygląda). Na końcu cichutko wspomina jednak: „oraz o zmianie niektórych innych ustaw”. Tak na marginesie – ile sił i środków zostało władowanych w te wszystkie proceduralne machiny na przestrzeni ostatnich miesięcy. Ile czasu poświęcono i ludzi zaprzęgnięto do niemal katorżniczej pracy nad często mało adekwatnymi i potrzebnymi rozwiązaniami. Nie mówiąc już o kolejnej odsłonie przenormowania prawnego i przebiurokratyzowania, czego dowodem jest liczba powstałych i obowiązujących norm, np. art. 15zzzzzp jednej z ustaw…
Powracając do spec, czyli można rozumieć, że super efektywnej, a zatem uwzględniającej wszelkie potrzeby i prostej ustawy mamy ciekawostki. Z mojego punktu widzenia, czyli tego, co jest mi (nie tylko) zawodowo bliskie – sprawiedliwości, lub też jego wymiaru (to słowo nie jest przeze mnie lubiane, bo wbrew pozorom niekoniecznie chodzi o „wymierzanie”).
Ustawodawca przyszykował nam istotne zmiany w Kodeksie karnym w odniesieniu do orzekania o karach łącznych. Proponuje się przywrócenie, przynajmniej częściowo zapisów sprzed 2015 r. Bez wchodzenia w szczegóły, zdaje się, że zaostrzono wymiar sprawiedliwości w tej wąskiej materii. Pojawiają się więc obawy, że nowe zasady wcale nie zmniejszą liczbę osadzonych w zakładach karnych i długości okresów ich pobytu tam.
Najistotniejsze z punktu widzenia prawa i ochrony podstawowych wolności zmiany są jednak proponowane w Kodeksie postępowania karnego. Od lat jestem zwolenniczką wykorzystywania możliwości technicznych do przeprowadzania różnych czynności na wielu etapach postępowań karnych na odległość (nie raz zachęcam i pomagałam w realizacji takiej formy przez organy), ale niekoniecznie w przypadku posiedzeń co do zastosowania tymczasowego aresztowania, którego czas trwania w naszych warunkach jest i tak średnio bardzo długi. Tak fundamentalne decyzje dotyczące życia ludzkiego, chyba nie powinny zapadać „on-line”.
Nie dość, że prawo do obrony może być ewidentnie ograniczone i to nawet w stosunku do osób poniżej 18 roku życia, czy takich, wobec których istnieje uzasadnienie, że ich stan zdrowia psychicznego niekoniecznie daje gwarancje świadomego, samodzielnego uczestnictwa w takiej rozprawie (co już wychwycili adwokaci), nie dość, że nakłada się kolejne obowiązki na kolejne organy wykonawcze w całym tym procesie, to przede wszystkim o losie podejrzanego ma decydować głos z głośnika komputera, czy też wizerunek pana/pani sędzi z monitora (a w dodatku nie będzie wymagane bezpośrednie doręczenie podstawy prawnej podejrzanemu – wystarczy „ogłoszenie” decyzji).
Czy to faktycznie nie zaczyna być orwellowskie? Czy tak ma wyglądać stawianie ludzi przed wymiarem sprawiedliwości? Od pewnego czasu to się już dzieje, a rozprawy „przed sądem” penitencjarnym są już takimi tylko z nazwy. Bo sąd, od czasu pierwszego lockdown-u, proceduje w tak istotnych sprawach jak czyjaś wolność za pomocą m.in monitora.
Gdzie jest tu miejsce na ludzki wymiar… sprawiedliwości? Jak to się ma do pierwszego, podstawowego celu wykonywania kary, jakim jest współcześnie kształtowanie określonych postaw, wzbudzanie poczucia odpowiedzialności i (dodać można) – pewnej konsekwencji w pracy z człowiekiem, tak by czuł, że to on zapracował na jakieś uznanie jego starań, że to zostało dostrzeżone, zaaprobowane, że to miało sens… Wychodząc zza krat i murów poczucie, że się zrobiło coś dobrego i właściwego, że zostało to zaakceptowane przez innych ludzi (w bezpośrednim kontakcie), a przede wszystkim przez jakiś autorytet (powiedzmy, że moralny, jakim mógłby być sędzia ważący argumenty, dokonujący oceny, rozmawiający z zainteresowanym patrząc mu w oczy) jest według mnie szalenie potrzebne, by w ogóle móc mówić o sukcesach w życiu na wolności wśród innych i niepowrocie do przestępstwa… Taki mały element, ale bardzo ważny w delikatnym i labilnym zazwyczaj wewnętrznym systemie, który dopiero co został jakoś z grubsza ułożony.
E. Fromm dość pesymistycznie w długiej konkluzji swojego wybitnego dzieła napisał: „W wieku dziewiętnastym problem polegał na tym, że Bóg umarł; w wieku dwudziestym problemem jest to, że umarł człowiek (…), co oznacza schizoidalną samoalienację. W przyszłości grozi im, że zostaną robotami. To prawda, roboty się nie buntują”.
Obawy tylko się wzmagają. Niemal z każdym dniem. Że E. Fromm miał rację. Że stwarza nam się mechaniczny, sztuczny świat, w którym człowieka w człowieku będzie już tylko co raz mniej. Czy o to nam chodzi? By było tylko „szybciej”, „wydajniej”?