Racjonalność (w) rzeczywistości

Zastanawiając się nad obrazowością współczesności i jednocześnie nad pewnym głodem racjonalności, trafne i nader aktualne okazuje się stwierdzenie S. Sontag, że w epoce obrazu „od rzeczywistości wymaga się czegoś więcej”. To myśl implikująca niesamowicie dużo. Tutaj i w tym momencie chcę zwrócić uwagę tylko na jeden aspekt owego wymogu.

Na poszukiwaną (w życiu społecznym, politycznym, prywatnym) racjonalność. Z jednej strony bowiem od rzeczywistości wymagamy, że będzie dawała możliwość nieskrępowanego, dostępnego wszystkim spełnienia (czyli najprościej ujmując: pewności i przyjemności), a z drugiej racjonalności, czyli pewnych ram, dzięki którym nazywamy i rozumiemy określoną znaczeniowość w dziejach naszego własnego istnienia – przynajmniej w granicach pola symbolicznego, czyli oględnie mówiąc kultury, w jakiej funkcjonujemy i której wzorce są nam bliskie (co nie oznacza, że dla wszystkich tak samo dobre, jeśli w ogóle dobre).

Jedno i drugie (spełnienie i racjonalność) wydają się stronami tego samego medalu. Jednak co raz częściej strony te przestają być cechą jednego obiektu lub jednej rzeczywistości. Dowodem na to jest zapytywanie o racjonalność (czym ona jest, jakie posiada atrybuty, komu lub czemu przynależy, albo od czego zależy, jakim wartościom przysługuje „z urzędu”, a jakim z nadania przez nas, w końcu kto może lub ma prawo o niej decydować) – tak często zadawane w różnych dyskursach publicznej wymiany.

Zamiast jednak je zadawać  – zastanawiam się: po co je zadajemy (w jakim celu)? Oraz, bardziej ontologiczne – dlaczego (z jakiego powodu)?

Po pierwsze. Podaję pod wątpliwość zasadność zadawania pytania o racjonalność (celowość tego pytania), skoro posiedliśmy pewne przekonanie, że unicestwiając kruchość ludzkiego życia oraz wszelką mityczność czy metafizykę, raz na zawsze uporaliśmy się z przeszłością, zostawiliśmy ją (w końcu) za nami. Podążając za I. Kantem – po prostu wyszliśmy ze stanu niedorosłości lub „zawinionej przez siebie niedojrzałości”. Zatem, skoro osiągnęliśmy oświeconą dorosłość i sprawczość, bo wszystko jest w zasięgu naszych rąk, a ich wytworem egzaltowana innowacyjność, produktywność, efektywność i operacyjność (lub operatywność – cecha przypisywana dziś ludziom „sukcesu”) nasuwa się, że racjonalność już jest z nami. Na dobre. Przekonanie o tym, że możemy (niemal) wszystko naprawić lub zepsuć, a na pewno mamy ku temu zestaw odpowiednich narzędzi musi oznaczać, że jesteśmy istotami primo: racjonalnymi, secundo: tymi, którzy osiągnęli dziejowy stan racjonalności. To w ujęciu krytycznym i negatywnym.

Po drugie. Chodzi o przyczynę, o powód. Co sprawia, że zasad, immanentnych cech, racji czy norm w ogóle chcemy poszukiwać? Może dlatego, że mają czemuś służyć? Czy zatem racjonalność jest dziś tym określeniem albo stanem, w którym rzekomo jesteśmy, dlatego że jest funkcjonalny, a my chcemy być funkcjonalni? Jeśli rozumiemy racjonalność w sensie użytkowym, czyli jako umiejętność stosowania, posługiwania się jakąś paletą cech (wrodzonych oraz nabytych) czy inteligibilności – to najczęściej mamy na myśli sposób wnioskowania ze zdarzeń bezpośrednio po sobie następujących i wytłumaczalnych według znanych nam reguł w tym naukowych – matematycznych, logicznych, ale i prawnych, społecznych.

Pojawia się tu następne pytanie – jeśli istotnie racjonalność odnosi się do sfery wytwórczej, jeśli jest operacyjna, czy możemy tu w ogóle mówić o poszukiwaniu zasad, czy własności jednostkowego życia, od jakich zależymy, które można by określić jako podstawowe (być może niezmienne lub na które wpływu nie mamy)? Kolejne pytanie niestety przywołuje konkluzję z wątpliwości o zasadność zadawania pytania o racjonalność – a brzmi ono: Czy w ogóle jest sens poszukiwań instancji podstawowych, skoro nie o nie nam chodzi? To w ujęciu równie krytycznym i negatywnym.

W tym momencie warto pochylić się jednak nad przyczynami, skoro zaczęliśmy od tego, że pytania o racjonalność padają co raz częściej. Co może je powodować?

W dyskursie psychologicznym moglibyśmy powiedzieć, że wypieranie jako zjawisko znane w życiu psychicznym nie tylko występuje, ale i postępuje w szerszym ujęciu. Wypieranie poczucia braku lub pustki, również znaczeniowej (lecz nie chodzi tu o same znaki rzeczywistości, bo je wytwarzamy i kopiujemy z nawiązką) i zastępowanie tego poczucia systemem, w którym możemy reprodukować zminiaturyzowane, przeformatowane obiekty lub wyrwane z kontekstu obrazy albo jednostki pamięci prowadzi do wytwarzania pewnej alternatywnej albo neorzeczywistości – rzeczywistości nieskończoności. Co więcej, wizja rzeczywistości nieskończoności sama z siebie jakby angażowała do bycia w nurcie wytwórczości. Dochodzi tym samym do pewnego paradoksu, albo zaprzeczenia niektórych teorii. To skończoność i kruchość, na przykład ludzkiego życia, powinna dawać asumpt do działania – i tak często się dzieje. Tymczasem wychodzi na to, że to wyjście ze stanu „zawinionej niedojrzałości” i wejście w obszar pełnej dojrzałości, racjonalności, w sferę gdzie wszystko jest dość klarowne, zrozumiałe lub oczywiste, albo co najmniej osiągalne, powoduje niepohamowane poczucie sprawczości i wytwarzania rzeczywistości modelowej, w jakiej minimalizowanie, rozmywanie różnic ma spowodować: a) komfort życia, b) szczęśliwość wszystkich, c) skuteczną ucieczkę przed tym, co skończone. Ale czy jednocześnie wspólna sfera zunifikowana i zestandaryzowana (dziś globalna), w jakiej wszystko co powyższe jest jakoś dostępne,  w tym bezczasowość i nieograniczoność, nie odbiera wspomnianego asumptu do działania? Czy to nie sprzeczność w jaką daliśmy się uwikłać?

Działamy bowiem już nie dlatego, że mamy rzeczywiste doświadczenie, świadomość lub jakikolwiek kontakt z dwoma elementarnymi, jak się wydaje, własnościami naszego życia – negatywną i idealną, czyli: kruchością, śmiertelnością (negatywna) oraz mitycznością, sferą wyobrażeń, wiary, marzeń, miłości i nadziei (idealna), ale działamy dlatego, że nie chcemy mieć z nimi zbyt wiele do czynienia.

J. Baudrillard explicite twierdzi coś właśnie takiego, że obecna hiper lub neorzeczywistość racjonalna być nie musi, ponieważ nie odnosi się do żadnej idealnej bądź negatywnej instancji. Człowiek więc nie powinien chcieć owej racjonalności. W tym ujęciu nasuwa się, że racjonalność, o jaką chodzić powinno, jest czymś zgoła innym od tej opisanej nieco wyżej, a właściwej współczesności. Byłaby ona nie tyle funkcjonalna i nakierowana na cel (choć może to zakładać), ale raczej nakierowana na takie pojmowanie rzeczywistości, w której pozostawiamy różnicę między tym co nieuchronne, a tym co stworzone w pewnej symulacji. Pozwolenie na istnienie różnicy utrzymuje urok abstrakcji, to co możemy nazywać „magią pojęcia i powabem rzeczywistości” (za Baudrillardem). Jednak to właśnie takiej racjonalności się dziś nie pożąda.

Wymaganie czegoś więcej od rzeczywistości pozostawia zatem otwartym pytania o jaką racjonalność nam chodzi i dlaczego jej poszukujemy oraz jaką funkcję spełniają dziś obrazy, przedstawienia, te wszystkie formy przekazu wizualnego, jakimi jesteśmy otoczeni, i jakie jednocześnie nas przetwarzają i wytwarzają…

Hasło baneru reklamowego z jednej z najbardziej znanych galerii handlowych w Polsce pokazuje sprzeczność neorzeczywistości, o jakiej w tekście jedynie napomknięto. Oczywisty fakt doznań uczuciowych, których nie da się „zapakować” ma utwierdzać klientów w ich poczuciu samowiedzy i świadomości. To jednocześnie zachęcać ma do udziału w spektaklu, w którym oświecony klient galerii XXI wieku, nie jest jedynie przedmiotem czy elementem w procesie kupna-sprzedaży, ale jest „wytwórcą”. Niestety nie wytwórcą swoich własnych przeżyć, ale raczej przetwórcą wyobrażeń standardowego modelu o przeżyciach, których staje się zaledwie świadkiem.

Dodaj komentarz