Poza zasadą przyjemności – istnieje coś jeszcze

słowa klucze: uwikłanie, przyjemność, umysł, ciało, natura, człowiek, kultura, intra-akcja, neurotyczność, lęk, wartości, cele życia, miłość

Tekst składa się z szerokich fragmentów pracy o tym samym tytule.

Poza zasadą przyjemności – za tytułem słynnej pracy Z. Freuda, lecz wbrew jego znaczeniu – wcale nie leży to, co można by nazwać bazą instynktów pierwotnych i niezmiennych, ale istnieją tam zasady istotniejsze, motywy szerzej traktujące ludzką egzystencję, zarówno biologiczne jak i psychiczne,  w wymiarze indywidualnym i społecznym, a współczesność wypacza wymienione oraz ich nieustanne na siebie oddziaływanie. To znaczy tak samo lekko, a nawet niepoważnie traktuje materię i procesy fizyczne, jak i ludzkość z jej zasadami, wartościami, możliwościami, ale i brzemiennymi sprzecznościami wyniesionymi znacznie ponad tak zwane pierwotne instynkty.

Egzemplifikuje to dzisiejszy prymat zasady łatwo dostępnej, szybkiej przyjemności i lekkości, zamiast świadomego przeżywania niedogodności i nieuniknionego ciężaru, bezpośredniości poczucia satysfakcji i zaspokojenia zamiast trudu zdobywania, w końcu uległości i receptywnego nastawienia, zamiast szczerej, aktywnej oraz obdarzającej postawy. To wszystko nie pomniejsza, lecz powiększa i pogłębia sferę uwikłania człowieka w sobie i teraźniejszości. Mechanizm ten prowadzi dziś do postaw i tendencji neurotycznych, nie w mniejszym stopniu, jak działo się to w kulturze społeczeństw pierwszej połowy XX w., a może nawet i większym. Przyczyna pozostaje bowiem ta sama – lęk, który współczesność wzmaga szeroko otwierając wiele dróg ucieczki przed nim, jak choćby w infantylne przyjemności reklamowane i oferowane jak na wielkim targu lub wręcz wpychane niemal na siłę, czy wielości spłaszczonych relacji międzyludzkich, a przede wszystkim w tylko ‘swoje’ miejsce. W nim chcemy czuć się bezpiecznie, a przy tym gromadzić i czerpać maksymalną przyjemność, której wszakże źródła nie są w nas, lecz pochodzą z przestrzeni, od jakiej się właśnie odgradzamy. Ucieczki te, jak z zasady żadne, nie prowadzą jednak do rozwoju, a częściej regresu i kurczenia się osobowości oraz utraty rzeczywistego kontaktu ze światem zewnętrznym. Zdaje się, że zjawisko podsyca wciąż dominujące wśród ogółu przekonanie, że świat i rzeczywistość (zarówno wewnętrzna jak i zewnętrzna) składa się z niepodzielnych, w określony sposób zdeterminowanych części i cząstek, stanowiących trwały budulec całej natury, wytworów ludzkich, czy w końcu nas samych. Silne przekonanie o trwałości, niezmienności, niepłynności i istnieniu nieprzekraczalnych granic tym łatwiej zamyka budowany (często z mozołem i przez lata) obszar „tu i teraz” swojej egzystencji.

Ta wstępna konstatacja, lub (nawet jeśli) subiektywna ocena, obecnego stanu rzeczy nie musi jednak oznaczać żadnego krańca, bliskości nieokreślonego zresztą (choć ferowanego chętnie) końca ludzkości, czy też jego historii. Końca oczywiście być nie może (kto wie, czy krytykowany za swój „Koniec Historii” F. Fukuyama nie miał na myśli właśnie nowego otwarcia człowieka na świat nieogarnialny tak prostolinijnie, jak zdawało się to odbywać do nie tak dawna, co sugerowałoby, że i on dostrzegł pewne elementy uwikłania człowieka jedynie w historyczno lub historycystyczno-politycznych dyskursach) bo oznaczałoby to uznanie, że człowiek istotnie jest w centrum zdarzeń, a zatem potwierdzałoby to tezę o przyjęciu uwikłania człowieka w sobie i teraźniejszości jako faktu danego, oczywistego, jako rzeczywistości zastanej i jedynej możliwej, albo reakcji całkiem adekwatnej. A temu chcemy się sprzeciwiać.

Co więcej, z dostrzeżenia, że człowiek popadł w uwikłanie z różnych przyczyn i które to ma wielorakie konsekwencje, nie może wynikać zgoda na utkwienie i bierność. Być może bowiem, jest to jedynie etap w rozwoju ludzkości czy świadomości (na przykład dialektycznie pojmowany) lub bardziej dobra przyczyna dla uznania elementów wielu teorii psychologicznych i filozoficznych (oraz konieczności ich łączenia), jak na przykład te posthumanistyczne, wspierane przez wyniki współczesnej nauki opierających się między innymi na skądinąd starej już zasadzie nieoznaczoności Heisenberga, zupełnie aktualnych doniesień co do istnienia cząstek elementarnych, które nie ‘mieszczą się’ w modelu standardowym wszechświata, czy również całkiem nowego realizmu sprawczego, z jego fenomenami opartymi na intra-aktywności lub intra-akcji materii, zamiast popularnego interakcjonizmu. Intra-akcja to głęboka zmiana myślenia pojęciowego i sprawczego o przedmiotach i materii polegająca na założeniu, że ta ostatnia za każdym razem wchodzi w ‘nowe’ uczestnictwo w danych warunkach, a poprzez swoją dynamikę i aktywność współtworzy nowy, unikalny układ oraz dokonuje „cięcia sprawczego” oznaczającego dostarczanie lokalnego rozwiązania w obrębie określonego fenomenu ontologicznie nieoznaczonego, co dość szczegółowo wyjaśnia K. Barad. Teorie te, jak się zdaje, mogą wspomóc wydobycie człowieka z owego uwikłania (…)

Uwikłanie człowieka w sobie i teraźniejszości – wielorodzajowe

Uwikłanie człowieka w sobie i teraźniejszości, nawet jeśli poniżej będziemy rozpatrywać to pojęcie w kontekście głównie regresu postaw i osobowości, jest zupełnie uzasadnioną i wytłumaczalną reakcją na splot wielu czynników wewnętrznych i zewnętrznych, który to splot zresztą całkiem dobrze dowodzi o potrzebie innego jak dotychczas postrzegania determinizmu w naturze i kulturze. Już E. Fromm zauważył, że człowiek nie może żyć statecznie z racji wewnętrznych sprzeczności, które popychają go ku poszukiwaniu równowagi  w miejsce utraconej harmonii z przyrodą. Przypomnijmy, że ta utracona harmonia prawdopodobnie ma swe początki w emergencji ludzkiej świadomości, a obecnie w raptownym wyjściu poza obręb natury, z której pochodzi, oraz przekroczeniu granic, które ten sam człowiek przez kilka ostatnich tysiącleci ustanawiał. „Wszystkie namiętności i pragnienia człowieka są próbami znalezienia odpowiedzi na jego egzystencję, albo, mówiąc inaczej, są próbą uniknięcia szaleństwa” – twierdził E. Fromm. Przy czym ten filozof i psycholog uznawał, iż prawdziwym problemem życia umysłowego jest nie to, dlaczego pewni ludzi popadają w szaleństwo, lecz raczej dlaczego większość szaleństwa unika. A zatem pytanie pojawia się co czyni, że na ogół unikamy określonych reakcji oraz czy jest to na pewno zgodne z dyspozycjami natury, jej zmienności, których być może nie chcemy uznawać.

Uwikłanie, o którym mowa, ma wiele przyczyn i jest wielorodzajowe oraz polega przede wszystkim na aspektach psychiki ludzkiej, czy szerzej konstrukcji umysłu oraz skomplikowanej korelacji we współpracy umysłu właśnie i ciała – nie na zasadzie dychotomiczności czy odrębności tych systemów, ale na zasadzie ich ścisłej współpracy, a nawet przenikalności. Nie bez znaczenia jest kultura, którą człowiek tworzy. (…) Na te wymiary ludzkiej egzystencji spróbujemy rzucić tu światło jednej barwy.

Wybrane konteksty uwikłania prowadzące do wzmocnienia mechanizmu poszukiwania przyjemności

Jeden z nich odnosi się do indywidualnego poczucia ‘przynależności’ czasowej swojego własnego istnienia lub też sposobu odczuwania ‘trwania’ w czasie, które to zazwyczaj jest fragmentarycznie ujmowane w tym, co obecne. Choć J. Tokarski kontrowersyjnie podaje miejscami negatywnej krytyce nowoczesne projekty emancypacyjne, zdaje się, że trafnie ujmuje umiejscowienie człowieka dziś: „Żyjąc wiecznie (w wiecznym teraz), żyje jak roślina: nie przekształca się, ale ulega ewolucji; nie obrabia po ludzki swego bytu, ale potwierdza jedynie to, czym już jest. Nie staje się, ale znajduje samego siebie zawsze już gotowego i kompletnego – przedmiot tyleż radosnego, co bezmyślnego samo potwierdzania”. Wskazuje to na brak otwarcia na życie z jego zmiennością i niestatecznością oraz obawę przed przyszłością, a także brak wartości, o które jednostka może opierać swoje wewnętrzne własności i wewnętrzną siłę. Obawa przed przyszłością jest jedną z kluczowych kwestii, albowiem wydaje się konsekwencją nie tyle (jak powszechnie może się nasuwać) całkiem obiektywnych zagrożeń zewnętrznych, jak te ekonomiczne, ekologiczne i inne natury społeczno-politycznej, ale nieumiejętności wychodzenia naprzeciw wyzwaniom, brakiem nie tylko sił, ale i chęci, by to robić. Skoro przecież tak wiele współczesny świat daje, oferuje nie angażując i nie wymagając nawet większego zainteresowania, nie ma potrzeby kształtowania reakcji odważnej otwartości i sięgania po cokolwiek, co wymaga wysiłku i cierpliwości, a zatem dłuższej perspektywy czasowej (wychylania się w przyszłość, nawet jeśli jest ona mglista i zupełnie niepewna co do możliwości realizacji wielu stawianych sobie celów). Jest to też neurotyczna, czyli silniej występująca, jak w pożądanym stanie,  skłonność do pozostawania w pewnej słabości wobec tendencji do myślenia o świecie jako miejscu pełnym zagrożeń, czy rzeczywistości zewnętrznej jako konstrukcji o sile przemożnej, wobec której jednostka jest bezradna. W poczuciu tym jednostka przyjmuje (a wzmagają to kulturowe zasady), że słabość jest czymś zupełnie akceptowalnym, normalnym, potrzebnym, bowiem świat istotnie jest mocniejszy, a na większość zdarzeń wpływ mamy niewielki, jeśli jakikolwiek. Takie podejście nie jest pozbawione podstaw, lecz w jego natężeniu czy neurozie, sprowadza do uwikłania, przywiązania do zadowolenia płynącego w zatracaniu się w przyjemnościach, które konsumujemy w swoim bezpiecznym „tu”. „Ta gotowość do wiecznego uciekania od trudności i mówienia bezradnie ‘nie mogę’, zamiast przyjąć je jako wyzwanie, to następny dowód przemawiający za skłonnością do słabości” – twierdziła K. Horney. Co ciekawe, celem tych słabości, takiej postawy jest zdobywanie zadowolenia lub co najmniej satysfakcji w mechanizmie utwierdzania siebie o swojej własnej racji. Horney jeszcze mocniej to podkreślała mówiąc o pogrążaniu się w niedoli jednostek w określonych przypadkach: „Pogrążanie się w nieszczęściu jest przejawem ogólnej zasady, zgodnie z którą człowiek osiąga satysfakcję, zatapiając się w czymś, co go przerasta, zatracając swoją odrębność, pozbywając się własnego ‘ja’ wraz ze wszystkimi jego wątpliwościami, konfliktami, ograniczeniami i izolacją. Słabości tego typu mają też swe źródła w kulturze, i są tego dość jaskrawe przejawy w codzienności.

Wracając i podsumowując czasową perspektywę życia, mamy tu do czynienia z utkwieniem wynikającym z obawy przed zdarzeniami przyszłości, co powoduje przymus wykorzystywania wszystkiego, co się przydarza aktualnie, afirmowania wszelkich okoliczności dla obrony swoich interesów, dla celu jakim jest wygoda i przyjemność trwania, bo jutro może nie nadejść, albo jutro będzie znów tym, z czym być może trzeba byłoby się zmierzyć, a czego chcemy bardzo uniknąć.

O zasadzie współczesnej przyjemności

Innym kontekstem jest zasada przyjemności. Jest najszerszym, albowiem zawiera jawne  (jak się narzuca) sprzeczności. Choć te występują, charakteryzują i determinują rzecz jasna również inne aspekty życia, w tym psychicznego, jednak w takim ujęciu objawy tego są bardziej zinterioryzowane i nie tak łatwo dostępne w porównaniu do emanacji przyjemności rozumianej jako podstawowa potrzeba odczuwania oraz jako to, co jest i powinno być człowiekowi dostępne. Zasada ta, albo inaczej, jej artykulacja i ‘stosowanie’ współcześnie wzbudzać może zatem największy dysonans.

Wiąże się z wieloma zachowaniami i dążeniami, jak te skierowane na potwierdzanie siebie, swojego miejsca w świecie, swojej figury, lub też kurczowe trzymanie się ‘projektu’ siebie, który może nie być naszym, a jedynie i aż wzorem z odległej przeszłości. Również uwydatnia i utrzymuje tendencje do wyniosłego traktowania kategorii posiadania – przedmiotów, dóbr, a nawet i innych ludzi niejako na własność. Kwestie te odnoszą się do głębszych zagadnień psychologicznych czy wręcz psychoanalizy i są kluczowe. Zanim jednak je poruszymy, warto zwrócić uwagę na behawioryzm, biologiczną, fizjologiczną, cielesną stronę zagadnienia. Czym jest zatem przyjemność i jej zasada?

Według Z. Freuda celem, do którego dążą wszyscy ludzie jest osiągnięcie szczęścia rozumianego jako unikanie cierpień i przeżywanie silnych uczuć przyjemnych. Zgodnie z twórcą psychoanalizy: „Tym, co określa cel życia jest po prostu program zasady rozkoszy. Zasada ta od samego początku rządzi działaniem aparatu psychicznego; nie można wątpić w celowy charakter tej zasady, a jednak jej program pozostaje w konflikcie z całym światem i to zarówno makroskopowym jak i mikroskopowym”. Jak wiemy, według Freuda właściwie jedynym sposobem osiągnięcia tego celu życia była miłość płciowa, czyli popęd seksualny będący wzorcem wszelkiego szczęścia, natomiast to, co stało naprzeciw jego spełnianiu to kultura hamująca pierwotny, podstawowy  popęd, z czego wynikać miały nerwice i jej różnorakie implikacje. Zatem szczęście w ujęciu Freuda polegać miało na aspektach fizjologii ciała, motywach, które możemy nazwać instynktami pierwotnymi w takim właśnie znaczeniu, a które dawno uległy modyfikacji, a współcześnie są nawet negowane przez niektórych neurobiologów jako to, co istotnie nazwać można instynktami. Co więcej, negowana jest ludzka seksualność i jej określoność nawet co do ukierunkowania, jako instynkt lub potrzeba pierwszego rzędu. W ujęciu filozoficznym już E. Husserl podał pod wątpliwość wewnętrzną spójność pozycji fizjologicznych i biologicznych argumentując, że fizjolog i biolog podczas obrony redukcjonistycznej ontologii z konieczności jest uwikłany w naukowe praktyki komunikowania. Chodzi często zatem o kwestie deskryptywne i komunikacyjne w danej nauce – na potrzeby tejże. Co więcej, w świetle fenomenologicznej analizy cielesności, a zatem i seksualności, z którą nierozerwalnie wiążemy (zwłaszcza od nowoczesności) przyjemność zmysłową, pojęcie płci biologicznej nie jest wystarczające dla filozoficznej teorii różnicy płciowej, ponieważ pojęcie to nie uwzględnia, czy też pomija bogatą przestrzeń doświadczenia osobowego, bardzo osobistego i unikalnego, w którym ciała jawią się jako motywacyjne, intencjonalne i ekspresyjne.

Szczególnie zwraca uwagę to ostatnie pojęcie, albowiem ciało istotnie nie jest zwyczajnym „zbiorem” czy zamkniętym systemem organów na przykład rozrodczych i reprodukcyjnych, lecz jest „jednością stylu, który składa się z dynamicznych momentów odnoszenia się do rzeczywistości w świecie”, i choć funkcjonuje w sieciach relacji, jakie znamy, przyjmujemy i tolerujemy lub wręcz ugruntowujemy (kulturowo) łatwo dostępnymi praktykami, to jednak ciało stanowi także ekspresyjne odnoszenie się do innej i innych jednostek poprzez (co wydaje się szczególnie istotne) wewnętrzne relacje sensu, motywacji i komunikacji.

Na to wszystko co wyżej wskazane zwróciła uwagę bardzo wcześnie K. Horney, która odeszła od myślenia mechanistycznego (i to był jej ogromny wkład w rozwój nauk o psychice człowieka), skupiającego kwestie genetyczne i ewolucjonistyczne w zasadzie ścisłego determinizmu, któremu wtórował Freud. Według tej badaczki niemechanistyczny sposób myślenia podkreśla, że wzrost ilościowy niesie z sobą zmiany jakościowe i całkiem nowe problemy, czy dyskursy. „Zgodnie z niemechanistycznym punktem widzenia, w rozwoju organicznym nigdy nie jest możliwe wprost powtórzenie lub cofnięcie się do poprzednich stanów”. Na gruncie psychologii przykładem tego mogą być tendencje do dążenia człowieka dorosłego do spełnienia fantastycznych marzeń ze swojego własnego dzieciństwa, o których on sam wie (bo ma świadomość), że z różnych względów nie mogą być zrealizowane. Jednak upieranie na ich spełnienie jest co najmniej zabarwione poczuciem beznadziejności lub rozpaczy takiego człowieka. W tym względzie zrekonstruowane teorie wczesnej psychoanalizy są dość zbieżne ze współczesnym rozumieniem dynamicznej i nieokreślonej deterministycznie roli materii w intra-akcji, o której mowa była we wstępie, a także roli jaką ów materia wraz ze skomplikowanymi przejawami ludzkich działań, w tym działań ludzkiego umysłu (opartego na biologii oraz chemii ciała i tzw. trzecim czynniku – woli, co subtelnie i trafnie opisał K. Dąbrowski jako „czynnik świadomego wyboru określonych wartości we własnym psychicznym środowisku wewnętrznym”) odgrywa w dążeniach.

A zatem, odnosząc się do sprzeciwu wobec mechanistycznego, można przyjąć, że zgodnego z tłem historycznym i społecznym czasów pierwszej połowy XX w., obrazu rzeczywistości Horney wysunęła swój katalog celów życia, oparłszy go na uznanej tezie, że to, co rzeczywiście nadaje niektórym popędom ich szczególną siłę to fakt, że służą one zarówno zaspokajaniu, jak i bezpieczeństwu. Według Horney człowiekiem nie rządzi jednak sama zasada (instynktowna) przyjemności, ale dwie kierujące nim zasady: bezpieczeństwa i zaspokojenia (w korelacji ze sobą), przy uwzględnieniu, że dysponujemy (jak wiemy już teraz) ogromnymi możliwościami decyzyjnymi (o czym będzie dalej), oraz że chociażby lęk jest odpowiedzialny za uporczywe dążenie do bezpieczeństwa. To ważne rozróżnienie, bowiem wskazuje na czynniki niemechanistyczne i nieinstynktowne, na wagę i znaczenie korelacji zachodzących w życiu psychicznym i siłę oddziaływania emocji, a przede wszystkim lęku podstawowego. W prostym przykładzie można przedstawić człowieka, który jest w stanie zrezygnować z określonych dóbr, na przykład z jedzenia, pieniędzy, szacunku i miłości, dopóki jest to jedynie rezygnacja z zaspokojenia, lecz nie jest w stanie zrezygnować z tych rzeczy, jeśli bez nich czułby się zagrożony nędzą, głodem, bezradnością, czyli gdyby miał stracić poczucie bezpieczeństwa. Istotne jest tu podkreślenie poczucia zagrożenia, albowiem człowiek przepełniony permanentnym strachem i dużą niepewnością, czy wprost neurotyk, to osoba, która ma w sobie znacznie większy ładunek lęku niż jednostka psychicznie zdrowa, a zatem musi wkładać wiele większą energię w umacnianie swojego poczucia bezpieczeństwa w każdym niemal kroku życia.

Jedno i drugie ujęcie zaproponowane przez prekursorów dzisiejszej psychoanalizy, poza wątkami archaicznymi, zawierają szereg trafnych intuicji, jak ta, że przyjemność wiąże się z biologią ciała i funkcjonowaniem umysłu. W tym miejscu przytoczyć zatem należy to, co wiąże pęd ku przyjemności, rozumianej zwłaszcza instynktownie, popędowo, kompulsywnie z wynikami badań nad funkcjonowaniem mózgu.

Wiemy, że odczuwanie przyjemności odbywa się z udziałem określonych części mózgu, jak zachowują się one w procesie autoreferencji w przypadku ‘emocjonalnego’ wzburzenia, ekscytacji, napięcia i utkwienia w czymś co jest nierozstrzygnięte, a co wzmaga nasze pobudzenie i niepokój, a tym bardziej lęk, lub odwrotnie – kiedy następuje wyciszenie organizmu, skupienie albo kontemplacja. Wiemy, że za pomocą urządzeń możemy dziś mierzyć aktywność tylnego zakrętu obręczy kory mózgowej, który silnie reaguje na wyżej wskazane uczucia. Przy użyciu skanera fMRI (obrazowanie metodą rezonansu magnetycznego) w wielokrotnie powtórzonych badaniach rejestruje się wyraźne spadki aktywności tylnego zakrętu obręczy w trakcie, gdy badana osoba poddawała się ćwiczeniom głębokiej medytacji. Badania w podobnym zakresie na większej grupie osób doświadczonych w medytacji potwierdzać miały, że osoby badane odnotowywały uczucia przeciwstawne do skurczonej ekscytacji, tj. ciepło, otwartość, łagodną miłość, co potwierdzać miały wcześniej odnotowane wyniki ukazujące spadek aktywności tej części kory mózgowej u matek (miłość rodzicielska, bezwarunkowa) oraz zakochanych (lecz bez obsesji). Warto w tym miejscu na chwilę zatrzymać się nad tą istotną życiowo kwestią i podkreślić, co też ważne dla dalszych wątków, że wysoka aktywność tylnego zakrętu obręczy, który jest częścią kory limbicznej i lokuje się w tzw. starej części mózgu, uznawana jest za przejaw dążeń egoistycznych, tj. takich, które zapewniać mają organizmowi przetrwanie i poczucie bezpieczeństwa lub powrót do poczucia stabilizacji dla przetrwania. Są to oczywiście motywy pierwotne, dlatego obszary, gdzie odnotowuje się aktywność mózgu w trakcie odczuwania wskazanych uczuć lokują się w okolicach „starego mózgu”, czyli kory limbicznej, pnia mózgu, podwzgórza. Zarówno pień jak podwzgórze ściśle współpracuje z mechanizmem układu limbicznego, a ten (jak już dość precyzyjnie określono) odgrywa szczególnie istotną rolę w odniesieniu do emocji i uczuć, przy czym prawdopodobnie część układu limbicznego zawiera zarówno obwody tzw. wrodzone, jak i te, które ulegają w ciągu życia modyfikacjom pod wpływem doświadczeń nieustannie rozwijającego się organizmu. Jak to się odnosi do kwestii uczucia miłości w jej rozróżnieniu na romantyczną (ekscytującą, namiętną) – z greki eros i bezinteresowną, obejmującą ogólne poczucie miłowania – agape?

Miłość zracjonalizowana

Ta pierwsza zazwyczaj wywołuje silne wzburzenia emocjonalne, które odzwierciedla aktywność na przykład tylnego zakrętu obręczy, co oznaczać ma de facto silne ukierunkowanie działań jednostki na zaspokojenie swoich potrzeb       (nie trzeba dodawać, że chodzi głównie o motywy dość pierwotne, na przykład związane  z poczuciem bezpieczeństwa jako zachowania zdrowia, fizycznego dobrostanu lub mocnym poczuciem konieczności doznania ulgi, ukojenia w przypadku osób neurotycznych lub będących w trakcie silnych przeżyć albo tuż po nich). Jeden z autorów badań, o których mowa powyżej, napisał na ten temat artykuł i twierdzi: „W miłości nie musi chodzić wyłącznie o nas. Prawdę mówiąc, możemy przegapić głęboki, rozległy i wyrazisty wymiar miłości, jeżeli będziemy ciągle starać się, aby skupiona była wyłącznie na nas. Wyniki badań były spójne z koncepcją Arona i Fisher, że wzmożona aktywność tylnego zakrętu obręczy może określić różnicę między zakochaniem i ‘uzależnieniem’ od miłości. Co ciekawe, nasze badanie odkryło, że szlaki nagrody w mózgu, które wcześniej okazały się aktywowane podczas miłości romantycznej (oraz w badaniach osób uzależnionych od kokainy), były nad wyraz wyciszone podczas ćwiczeń miłującej dobroci (rodzaj ćwiczeń medytacyjnych – pod. autorka)”. Poza kwestią i zasadą nagrody, z którą uczucie miłości bywa nierozerwalnie związane, a o jakiej jeszcze wspomnimy, wątek tego szczególnego uczucia jest istotny z następnego względu. Jako, że naszym celem jest ukazanie, iż przyjemność (zwłaszcza ta sensualna) nie jest i nie musi być naczelną zasadą kierującą ludzkimi poczynaniami, albowiem te wynikać winny ze współpracy starej części mózgu i wysokiej aktywności nowej jego części, tj. rejonów przedczołowych, w tym układów w okolicy brzusznoprzyśrodkowej czy grzbietowobocznej, ważne jest przypomnienie jak bardzo bagatelizujemy i nie dostrzegamy istoty tego, co nazywamy miłością oraz jak określone przekonania w tym obszarze implikują zdarzenia osobiste i społeczne. Istotny jest tu także wymiar tego, czego wciąż nie da się zbadać, a zatem (wolnej) woli ludzkiej oraz wymiaru i ważności określonych wartości niematerialnych w życiu jednostki.

Otóż w późnej nowoczesności i ponowoczesności dostrzega się problem spłycenia relacji międzyludzkich, w tym tych najbliższych, najbardziej intymnych w procesie uprzedmiatawiania drugiej osoby oraz konsumowania relacji, zupełnie na zasadzie konsumowania rzeczy materialnych, przyjemności, spędzania czasu, rozrywki, a nawet konsumowania sztuki czy innych tzw. wyższych form kultury. Miłość, uczucie szczególne, jakby się zdawało, nie uniknęło tego co powyżej, a co dość skrupulatnie i wprost opisuje koncepcja tzw. miłości współbieżnej A. Giddensa. Ów przejaw miłości charakteryzować ma się pewnym uwarunkowaniem lub nawet koniecznością, a polega w dużej mierze na wyborze obiektu miłości w oparciu o zasadę transakcji (być może ściśle odnosi się to do modelu podziału ludzi na przyjmujących, transakcyjnych i dających, przy czym dwie pierwsze kategorie liczebnie znacznie przeważają trzecią), wymiany pewnych dóbr, racjonalności instrumentalnej. Ta ostatnia polega głównie na: „Identyfikacji swych indywidualnych potrzeb i dążeniu do ich zaspokajania w relacji, która trwa dopóty, dopóki każdy z partnerów uznaje ją za satysfakcjonującą, czy zaspokajającą potrzeby. Zdolność do identyfikowania, a następnie zakomunikowania partnerowi swoich potrzeb jest jedną z zasadniczych kompetencji waloryzowanych przez kulturę terapeutyczną (system ekspercki nowej średniej klasy), a wynikać ma z odpowiedniego poziomu autorefleksji i jednostkowej samoświadomości. Czysta relacja w tym ujęciu jest zatem swoistym kontraktem, często determinowanym.” Relacje takie, oczywiście, mają szanse być satysfakcjonujące, o ile spełniają podstawowe dla danej jednostki cele, w tym bezpieczeństwa oraz zaspokojenia, ale nie tylko, bo także te wyobrażeniowe, które w kulturze obrazu, dość ściśle określonych modeli funkcjonowania społecznego, jakie oddziałują na wielu zasadach konformizmu i poczucia silnej potrzeby przynależności oraz uznania, odgrywają niebagatelną rolę i mają (znów wyobrażeniowe) znaczenie dla jednostki. Co ważne dla naszych rozważań, spłycone relacje międzyludzkie, w tym miłość współbieżna czy innego rodzaju kontraktowa mają zasadniczą cechę – nieprzypadkowość. Ów brak przypadkowości, spontaniczności relacyjnej sprowadza nas znów do uwikłania człowieka w sobie samym i teraźniejszości (która jeśli ‘uwiera’ z pewnych przyczyn oznacza natychmiastową potrzebę ulgi, a zatem usilnego dążenia do zaspokojenia). Człowiek (wbrew pozorom otwartej i akceptującej współczesności) nie jest dziś gotów na żadne porywy nowości, uczucia miłości ogarniającej jego całego i odnoszącej się nie do zaspokajania popędów pierwotnych, lecz wyższych, opartych o pewne wartości, w tym te, które dopiero są do odkrycia, czy wyszlifowania niekiedy jednak w żmudnym i długim procesie stawania się, czyli rozwoju, który trwa całe życie.

Jak to się ma do hipotetycznych badań nad danymi obszarami mózgu? Prawdopodobne jest, że wbrew pierwszemu wrażeniu, jakie mogłoby z tego wszystkiego co powyżej wynikać, miłość ‘zracjonalizowana’ (dziś powszechna) wcale nie jest wolna od emocji wzburzenia, ekscytacji, napięcia, bowiem opiera się na dążeniach wcale nie stonowanych, w pełni uświadomionych i zakotwiczonych w całej strukturze osobowości, lecz raczej dość pierwotnych – ulgi, bezpieczeństwa, zaspokojenia. Jest wręcz przeciwnie. Na to wiele wskazuje. A zatem, nie mamy do czynienia z pobudzającą człowieka do aktywności, wzrostu, rozwoju sytuacją wymagającą przekroczenia siebie lub nawet przeprowadzenia dezintegracji osobowości, lecz z ugrzęźnięciem w pewnej wizji życia czy figurze siebie lub partnera albo związku jako takiego. Figurze, która wydaje się bezpieczna, bo na przykład zaspokajająca pewne potrzeby w danym czasie lub spełniająca kryteria wyobrażeniowe życia, co dziś wydaje się szczególnie ważne zwłaszcza dla przedstawicieli pokolenia późnych Y i wczesnych Z, wychowanych w dwóch lub trzech bardzo różnych społeczno-kulturowych okolicznościach, a zatem mających w sobie samym bardzo sprzeczne, niewspółgrające wizje świata, co przy znacznej nieznajomości siebie i swoich motywów oraz chwiejności osobowościowej, powodować może stosowanie metod konformistycznych, dla zaspokojenia głównie potrzeby przynależności i akceptacji (wobec siebie samego jak i grupy). Jak ujmował to E. Fromm, miłość zależy od ograniczenia narcyzmu (podobno, psychologicznie, drugiej plagi nowoczesności) oraz wymaga rozwoju pokory, obiektywizmu i rozumu. „Muszę dążyć do obiektywizmu w każdej sytuacji życiowej i wyczuwać te momenty, w których go zatracam. Muszę starać się dostrzegać różnicę między moim wizerunkiem danego człowieka i jego zachowania zniekształconym przez mój narcyzm, a jego realną postacią, taką jaką jest naprawdę, niezależnie od moich interesów, potrzeb i obaw. Zdobyć obiektywizm i rozumny pogląd na świat to przebyć połowę drogi do opanowania sztuki miłości, z tym jednak, że ma się to odnosić do każdego z kim wchodzimy w kontakt”, a obiektywizm stosować należy nie tylko wobec osoby kochanej, w innym podejściu sztuka prawdziwej relacji nigdy w dłuższej perspektywie się nie uda. Takie ujęcie kwestii uwypukla istotę głębokiej, prawdziwej relacji, czyli uwzględnia aspekty zarówno potrzeb tzw. pierwotnych, ale przede wszystkim potrzeb wyższych w powiązaniu do dowodów, jakie daje nam dziś neuronauka. Podkreśla też złożoność, przypadkowość i wszystko, co mieści się w pojęciu intra-aktywności materii i naszego świadomego uczestnictwa w określonych okolicznościach, zdarzeniach, jakie mają charakter unikalny, wyjątkowy i za każdym razem inny. Za każdym razem też, nowe okoliczności i wyniki zderzeń różnych własności, powodują przeobrażenia, niekiedy bardzo istotne. Otwartość na ten wymiar naszej rzeczywistości i na zmiany, które wymagać przy tym mogą działań, niekiedy odwagi, a nawet konsekwencji czy wytrwałości nie jest dostępny dla tych, którzy są uwikłani w sobie i teraźniejszości, albowiem w mechanizmie utwierdzania siebie i swoich przekonań, nie pozwalają tak łatwo na przeobrażenia, które w pierwszej kolejności mogłyby zrujnować obraz siebie.

Istnieje jeszcze jeden niebagatelny aspekt spłycenia, o którym mowa w wątku o relacjach międzyludzkich dziś, a który został zauważony także przez pierwszych psychoanalityków. Wówczas zjawisko spłycenia spontaniczności czy głębi przeżywanych emocji wiązano z zagrożeniem, jakie niesie wobec niektórych osób osiągnięcie przez nie dużej samoświadomości (wydaje się, że między innymi w wyniku popularyzowania idei ruchów emancypacyjnych), jak również w wyniku doświadczenia psychoanalizy lub autoanalizy, które mogły w naturalny sposób wzmóc niepewność co do własnych uczuć i spowodować przejaskrawioną intelektualizację każdej napotkanej aporii, a zatem wytworzenia zbyt dużego dystansu pomiędzy swoją uczuciowością, a bodźcem go wywołującym. Współcześnie spłycenie wydaje się zasadzać na podobnych przyczynach, choć jest bardziej wielowymiarowe i dotykające kilku obszarów życia jednostki, na przykład związanego ze wspomnianym już zjawiskiem uwewnętrznienia popędów, pasji czy konfliktów, jednak nie zgłębiając tego wątku, można uznać, że wyemancypowany, o większej jak kiedyś świadomości (albo przynajmniej posiadający znacznie szerszy dostęp do wiedzy) i teoretycznie większej pewności siebie, a przy tym afirmujący rzeczywistość człowiek nowoczesny jest ‘ofiarą’ czegoś podobnego. Człowiek ten, uwikłany w dodatku w swoim świecie iluzji, co raz bardziej oderwany od rzeczywistości i realności zdarzeń oraz doświadczeń bezpośredniości i uczestnictwa, nie może być pewien swych uczuć, emocji, ich głębokości oraz prawdziwości. Wątpi zatem nawet, co do przeżywania swoich własnych uczuć, w tym miłości. (…)

Lęk w uwikłaniu

Rozpatrując problemat uwikłania człowieka w sobie i teraźniejszości oraz wynikający stąd szczególnego rodzaju i nasilenia pęd do zaspokajania określonych potrzeb, w tym przyjemności, nie sposób nie przyjrzeć się meandrom głębszej psychologii, a właściwiej konfliktów wewnętrznych, jakie zdaniem autorki w dużej mierze odpowiadają za owo uwikłanie w okolicznościach zewnętrznych równie silnie oddziałujących. W niniejszej pracy zajmiemy się tylko niewielką częścią tego szerokiego i skomplikowanego obszaru, skupiając się głównie na lęku, będącym kluczowym elementem neurotycznej, czyli konfliktowej, osobowości, także wspominając o elementach biologii, chemii i fizyki ciała oraz o procesie decyzyjnym, tak ważnym dla jakości życia i być może warunkującym to, czy jesteśmy mniej lub bardziej uwikłani w sobie i tylko swoim świecie doznań i przekonań.

Jak się wydaje, dynamiczna koncepcja osobowości (jak też co najmniej komponenty ogólnej i współcześnie obecnej w praktykach teorii osobowości) polega na założeniu, że nasze postawy i zachowania motywowane są przez czynniki emocjonalne, a żeby zrozumieć strukturę osobowości, należy poznać emocjonalne popędy o charakterze konfliktowym. Bardziej szczegółowe założenia dotyczące znaczenia konfliktów wewnętrznych stało się kluczem do zrozumienia nerwic. Taki wstępny i ogólny opis zasady myślenia o niektórych aspektach funkcjonowania psychicznego i jego patologii zdaje się bardzo aktualny, a gdy weźmiemy pod uwagę doprecyzowanie uczynione przez  K. Horney już w latach 30-tych i 40-tych XX w., między innymi takie: „Kiedy odejdzie się od wyjaśnienia tendencji charakteru jako ostatecznych efektów instynktownych popędów, jedynie modyfikowanych przez otoczenie, wówczas główny akcent pada na warunki życia kształtujące charakter i od początku musimy szukać środowiskowych czynników odpowiedzialnych za tworzenie neurotycznych konfliktów – tak więc decydującym czynnikiem w powstawaniu nerwic stają się zaburzenia w stosunkach międzyludzkich” jasnym się staje, że myśl ta pozostaje zupełnie zgodna z dzisiejszymi koncepcjami dynamicznymi, zarówno w sferze nauk ścisłych jak i psychologii oraz filozofii. Konflikty wewnętrzne nie wynikają bowiem z przyczyn genetycznych wprost, ale napięcia jakie wytwarza starcie ludzkiego ‘ego’ ze światem zewnętrznym. Dodatkowym, jeśli nie głównym, motywem uwzględnienia neurotyczności w ogólnym pojęciu uwikłania współczesnego człowieka w sobie, są dostępne dane odnoszące się do nie malejącego, ale wzrastającego problemu związanego z chwiejną kondycją psychiczną zauważaną niemal w każdym państwie zglobalizowanej rzeczywistości naszego świata. Przykładem tego jest oczywiście depresja, wiązana z neurotycznością – oficjalnie uznawana za chorobę cywilizacyjną, jak również wysokie wskaźniki elementów, które świadczyć mogą o neurotyczności lub tendencjach do niej zauważane w badaniach w Stanach Zjednoczonych (w tych przeprowadzonych przez Pew Research Center z 2020 r. wykazano, że wysokie i średni poziomu stresu  doświadczają głównie osoby młode, tj. w grupie wieku 18-29 lat – aż 61%). „Badania porównawcze realizowane przed pojawieniem się i po pojawieniu się COVID-19 na dużych próbach w Stanach Zjednoczonych oraz innych krajach pokazują, że wskaźniki zdrowia psychicznego obniżyły się we wszystkich grupach wiekowych. Stres wzrósł najbardziej w najmłodszych kategoriach wiekowych. Do podobnych konkluzji skłaniają wyniki badań realizowanych wśród polskiej młodzieży. Pokazują one, że pandemia pogłębiła i tak już nie najlepsze samopoczucie psychiczne młodzieży.” Niepokoją zatem dane odnoszące się do młodych ludzi w ogóle, jak i te związane z kondycją psychiczną w naszym społeczeństwie. Twierdzi się bowiem, że Polacy wykazują największą neurotyczność w Europie. W jednym z badań, przeprowadzonych w 2021 r., czyli również w trakcie trwania pandemii, poczucie utraty kontroli nad życiem wykazało blisko 40% respondentów, przy jednoczesnym wzmożeniu poczucia nieprzewidywalności zdarzeń. Statystyki te, w ogólnym ujęciu, porównano do wyjątkowo dużej fali depresji, jaką odnotowano w latach 30-tych XX w. Warte podkreślenia, że jak się twierdzi, trwająca pandemia nie jest powodem, a jedynie wzmogła pewne tendencje. (…)

Sięgając znów do źródeł psychoanalizy przytoczymy to jak lęk został opisany i czym jest również i dziś. Zarówno strach jak i lęk są reakcjami emocjonalnymi na niebezpieczeństwo, i tak jednemu jak i drugiemu mogą towarzyszyć intensywne doznania somatyczne. Między jednym, a drugim istnieją jednak znaczące rozróżnienia, które można nazwać uogólnionymi, bowiem uwzględniają różnice na przykład kulturowe albo pokoleniowie w reagowaniu na przeróżne bodźce. Różnice ta polegają zatem w uproszczeniu na intensywności doznawania, a przede wszystkim na aspekcie ich obiektywności lub subiektywności. „Strach i lęk są reakcjami proporcjonalnymi do rozmiarów niebezpieczeństwa, jeżeli jednak w przypadku strachu niebezpieczeństwo jest widoczne, obiektywne, to w przypadku lęku jest ono ukryte, subiektywne. Znaczy to, że siła lęku jest (dla jednostki) proporcjonalna do znaczenia, jakie dana sytuacja ma dla człowieka, ale przyczyny tego lęku nie są przez niego uświadomione. Z rozróżnienia między strachem, a lękiem wynika następujący wniosek praktyczny. Wszelkie próby wyperswadowania neurotykowi jego lęku są z góry skazane na niepowodzenie. Lęk ten dotyczy bowiem nie sytuacji rzeczywistej, ale takiej, jaką on ją widzi.”

W czasie, gdy K. Horney prowadziła swoje badania naukowe i praktykę, uważano, że przeciętny człowiek ówczesnej kultury w niewielkim stopniu zdawał sobie sprawę z wagi lęku w swoim życiu. W tym kontekście, obecnie mamy do czynienia ze zgoła inną sytuacją. Wydaje się bowiem, że aktualna wiedza na temat problemów psychicznych danego społeczeństwa czy jednostek jest dość duża, a jak się podaje publicznie, zwłaszcza przedstawiciele młodego pokolenia zwracają szczególną uwagę na jakość życia i wagę zachowania zdrowia psychicznego – wchodząc w dorosłość i podejmując decyzje o wyborze bądź zmianie na przykład zawodu. Praktyka życia pokazuje przy tym, że sama wiedza i zastosowania najróżniejszych technik i metod (w tym terapeutycznych i innych z dziedziny psychologii czy psychiatrii) są dziś niewystarczające skoro zmagamy się ze skalą problemów, o jakich napomknięto już w niniejszym opracowaniu, a także mając na uwadze szerokie odczucie albo dysonansów wartości życiowych różnych pokoleń, albo zwyczajnie odczucie niemożności dźwignięcia zasobu wiedzy, który jest dostępny, co może wynikać na przykład z nieumiejętności podejmowania decyzji, słabości osobowości, postaw lękowych i unikających (mimo pozornej otwartości i odwagi, włącznie z przedstawicielami młodszych pokoleń), w tym unikających podejmowania wysiłku z odłożonym w czasie efektem (lub nawet jeśli tylko celem), co wprost prowadzi do identyfikacji i umiejscowienia problemu w neurotycznych tendencjach oraz uwikłaniu współczesnego człowieka w sobie i teraźniejszości, w której tylko czuje się silny i względnie bezpieczny.

W tym momencie wart przytoczenia jest opis decyzyjności w oparciu o wyniki neuronauki, albowiem funkcja ta jest wypadkową zarówno dyspozycji genetycznych, osobowościowych, kulturowych jak i sposobu współdziałania określonych części mózgu oraz jego całych obszarów w niezwykle skomplikowanej interakcji lub intra-akcji (za teorią zaproponowaną przez K. Barad) również z ciałem, a która to funkcja wydaje się niezwykle ważna dla rozumienia aspektów związanych z rezygnowaniem z podejmowania decyzji, ich unikaniem, jak dzieje się to w przypadku osób, u których lęk jest często obecny. Ułomności w mechanizmie podejmowania decyzji na co dzień mogą wynikać przede wszystkim z zaburzeń neuronalnych i uszkodzeń mechanicznych określonych części mózgu, na przykład uszkodzeń okolic płata czołowego lub prawostronnej kory somatosensorycznej. Bardzo często jednak nieumiejętności te nie wynikają z takich właśnie powodów. Dość szerokie prezentacje konsekwencji w niemożności decydowania pomimo zachowania, w niektórych przypadkach uszkodzeń mechanicznych, niemal pełni zdolności intelektualnych ludzi dotkniętych uszkodzeniami, prowadzi do ciekawych konkluzji i może być przyczyną to stawiania pewnych hipotez, opartych pobieżnie na konieczności rozróżnienia tego co można nazwać statusem i dostępnością wiedzy (w mózgu), a tym, czym jest proces rozumowania i podejmowania decyzji. Jako, że przetwarzanie informacji w czasie rzeczywistym wymaga magazynowania umysłowych reprezentacji postaci, obiektów czy scen przez dłuższy czas, szczególnie jeśli pojawią się nowe konsekwencje i możliwości dokonywania wyborów, które wymagają porównania, a przy tym życie codzienne stawia na ogół ludzi przed dużą mieszaniną materiału obrazowego i językowego, czyli nagromadzeniem silnie oddziałujących bodźców, a także nagromadzeniem relacji interpersonalnych, często o mocnym emocjonalnym zabarwieniu, proces podejmowania decyzji w jego (jak się okazuje wedle tez głoszonych przez A. Damasio) końcowej fazie może ulegać defektom. I choć opisane przez Damasio przypadki dotyczyły przykładów osób z określonymi uszkodzeniami mechanicznymi, lecz jednakowo wykazującymi zaskakująco dobre wyniki badań dot. funkcji intelektualnych wysokiego rzędu, jak pamięć konwencjonalna, zdolności językowe, podstawowa uwaga, pamięć operacyjna oraz rozumowanie, upośledzenia dotyczyły zachowań społecznych i właśnie procesów decyzyjnych w ostatniej fazie ich podejmowania, tzn. sprawdzonych w momencie faktycznego, rzeczywistego postawienia osoby badanej przed problemem decyzyjnym, a nie teoretycznego zarysowania kwestii w teście czy rozmowie.

Przyczyny redukcji osobowości

W wyniku eksperymentów i obserwacji zauważono też, że defektom w podejmowaniu decyzji u osób z niektórymi uszkodzeniami określonych części mózgu towarzyszyła redukcja emocjonalności oraz uczuciowości. To bardzo ważna konkluzja dla rozważań o możliwych konsekwencjach z udziałem pracy między innymi neuronów w ludzkim mózgu, których osłabienie ma miejsce nie tylko w przypadkach mechanicznych uszkodzeń, ale i w depresji, przewlekłym stresie, częstym poczuciu lęku, czy uogólnionej neourotyczności. Mamy tu na myśli także podejmowane współcześnie przez naukowców badania odnoszące się do dostrzeganego problemu obniżania niektórych umiejętności społecznych ludzi (w mózgu lokalizowanych w tzw. nowej jego części, chociażby w płacie czołowym), na co wpływ mogą mieć zmniejszone i spłycone kontakty bezpośrednie, społeczne, izolacja, nadmierne używanie elektronicznych, cybernetycznych kanałów komunikacji, nadmierne korzystanie z komputerów, smartfonów w ogóle, a zwłaszcza tego, co oferują tzw. społecznościowe i inne platformy komunikacji czy pozornego budowania relacji międzyludzkich. Jak się opisuje, w codziennym funkcjonowaniu nadużywanie na przykład jednego z najpopularniejszych portali wskazanego typu wzmagać może uczucie osamotnienia, przygnębienia i niezadowolenia.

Wracając do problemu co raz słabszej decyzyjności, mając na względzie przytoczone wyżej wskazówki wynikające ze ścisłych badań nad mózgiem, jak również wiedzę odnoszącą się do konsekwencji oddziaływania długotrwałego stresu na różne funkcje, hipoteza o zredukowanej emocjonalności oraz uczuciowości wynikająca z utrwalonych mechanizmów neurotycznych, zwłaszcza bazujących na lękach utwierdzających siebie w swoim „tu i teraz”,  może być uzasadniona. I znowuż, wydawać się może, iż takie ujęcie sprawy, grozi popadnięciem w sprzeczności. Emocjonalność i uczuciowość łatwo łączymy bowiem z tym, co dostrzegamy zmysłowo, tj. z postawami raczej ekstrawertycznymi, silnie wyrażanymi werbalnie i niewerbalnie uczuciami, emocjami. W opracowaniu tym podaliśmy nadto, że kompulsywność zachowań, silne doznania przyjemności, ekscytacje i dążenia do ich powtórzeń w mechanizmie uzyskiwania nagrody lub doznania satysfakcji albo ulgi, charakteryzują osoby neurotyczne. A skoro tak, to osoby te można by nazwać właśnie emocjonalnymi i uczuciowymi. Nic bardziej mylnego. Po pierwsze dlatego, że neurotyczność dotyczy prawdopodobnie wszystkich rodzajów osobowości i temperamentów, a w polskich warunkach, wedle szacunkowych określeń, społeczeństwo składa się w 60 do 70% z osób o większości cech introwertycznych. Mając w dodatku na uwadze, że mamy obecnie do czynienia z problemem wykazanym już we wstępie niniejszej pracy, tj. silnym uwewnętrznieniem popędów, namiętności i konfliktów, jasnym się staje, że emocjonalność i uczuciowość istotnie jest u tych osób zredukowana w specyficzny sposób (być może nawet jeśli nie zredukowana, to z pewnością jeszcze silniej uwewnętrzniona, co prowadzić może do nagromadzenia konfliktów psychicznych). Po drugie rzeczywista, prawdziwa emocjonalność i uczuciowość (tak jak miłość) nie ma wiele wspólnego z ich egzaltowaniem, przejawami nawykowego reagowania, ekspresją na zasadzie wybuchów, silnych wzburzeń zarówno w sobie jak i na zewnątrz. Jest raczej stonowaną radością opartą na ugruntowanym (co nie oznacza niepodlegającym modyfikacjom) poczuciu tła siebie, oraz wartościowaniu (czyli poleganiu na jakimś zestawie wartości niematerialnych, moralnych którymi jednostka w życiu się kieruje uwzględniając również kontekst społeczny), a także powiązaną z dość świadomym regulowaniem emocji i panowaniem nad uczuciami, co nie jest brakiem spontaniczności, lecz co oznacza brak bezrefleksyjnego popadania w krótkotrwałe zachwyty, za które odpowiada na przykład mechanizm uzależnienia od właściwych doznań.

Po wtóre w końcu, istotą emocji jest to, że stanowi ona zbiór zmian zachodzących zarówno w mózgu jak i ciele, zmian indukowanych w niezliczonych organach poprzez zakończenia komórek nerwowych. Emocje więc to kombinacja procesu umysłowej oceny wraz z towarzyszącymi mu reakcjami dyspozycyjnymi, w większości skierowanymi ku ciału właściwemu, które wywołują emocjonalny stan ciała, jak również ku samemu mózgowi, co prowadzi do dodatkowych zmian mózgowych. A zatem nie sam bodziec czy mechanizm, lecz umysłowa ocena (dokonywana w obszarach tzw. młodego mózgu) stanu ciała i stanu emocjonalnego, psychicznego jest prawdopodobnie najistotniejszym czynnikiem w tym, jak ostatecznie reagujemy, jakie decyzje i działania podejmujemy. Im bardziej rozwinięta jest ‘współpraca’ wielu części ciała i mózgu, im większe doświadczenie w dotychczasowej interakcji lub intra-akcji ze środowiskiem, tym większa szansa, że emocje będą właściwie, adekwatnie czy z największą korzyścią dla osoby i otoczenia odczytywane i wykorzystywane. W tym kontekście zredukowana lub dodatkowo uwewnętrzniona emocjonalność i uczuciowość jest zjawiskiem niekorzystnym, a powiązanym z tendencjami neurotycznymi, lękami oraz uwikłaniem w sobie.

Lęk (w uwikłaniu także) ma swoiste przejawy i cechy. Irracjonalność,  trudność (w rozumieniu wyzwania), czy nieświadomość, przy nierzadkim silnym poczuciu nieokreślonych niezgodności  w sobie czy dysonansów (które jednostka usilnie maskuje) osób z tendencjami neurotycznymi, do nich należą. Nie one są jednak istotą problemu, lecz przyjmowane sposoby uwolnienia się od lęku, które to zabiegi dopiero prowadzą do konfliktów wewnętrznych i uwikłania, jak zaprzeczanie i wyparcie (mechanizmy chyba najczęściej i najszerzej stosowane nie tylko przez osoby neurotyczne), zahamowanie, ucieczki, przejawy agresji, neurotyczna potrzeba miłości, zależności i inne. Warto w tym miejscu podkreślić lub rozszerzyć ten wątek, albowiem kluczowe dla zrozumienia zjawiska nerwicy jest to, że  człowiek z racji swej skomplikowanej natury i konstrukcji psychicznej nigdy nie był i nie jest wolny od trosk, sprzecznych dążeń, konfliktów, strachu i lęków, na przykład przed sprawami ostatecznymi, jak ograniczoność możliwości życiowych, śmierć. Można rzec, że są to oczywiste, stałe komponenty odczuć życia wewnętrznego. Problem pojawia się dopiero wówczas, gdy w obronie przed nimi stosuje się usilne środki zaradcze, prowadzące jednak w dłuższej perspektywie do destrukcji osobowości i psychiki. Na zewnątrz objawia się to tym, co nazywamy utkwieniem, uwikłaniem w sobie oraz pędem ku skutecznemu i szybkiemu odpowiadaniu na potrzeby tzw. instynktowne. Do nich, przypomnijmy, zaliczamy przyjemność zaspokajaną popędowo, kompulsywnie poprzez powszechnie i łatwo dostępne środki zewnętrzne (albo inne osoby), ulgę, lekkość, unikanie mentalnego ciężaru czy uporczywe dążenie do poczucia bezpieczeństwa (lub jego przywrócenia). Zatem, nie sam strach czy lęk, ale dążenia i popędy o charakterze konfliktowym, którym nie potrafimy sprostać lub otwarcie przyjrzeć się im (mogłyby bowiem powodować konieczność podjęcia decyzji, zmian, wysiłku w kierunku budowania lub rekonstrukcji elementów osobowości), powodują wzmaganie neurotycznych mechanizmów, a w konsekwencji trwania w nim. Zjawisko to ma jeszcze jedną ważną konsekwencję, także, albo zwłaszcza w czasach współczesnych. Im dłuższe i głębsze utkwienie, tym bardziej narasta przekonanie o przyczynie pewnych wewnętrznych niedogodności (które osoba taka nieustannie napotyka w sobie) leżących na zewnątrz (czyli 'niezależnych’ od nas, obcym nam) – co można nazwać błędnym kołem. To z kolei musi prowadzić do większych ‘roszczeń’ wobec świata zewnętrznego i ugruntowania przekonania o takim właśnie dychotomicznym obrazie (niepewna, niebezpieczna, nie gwarantująca niczego ‘dla mnie’ rzeczywistość wokół i ‘ja, który muszę walczyć o siebie’, zadbać o ‘własny interes’) na jaki reakcją jest silna potrzeba doznawania, czerpania, wyłuskiwania z tego zewnętrznego świata (od innych), nawet uporczywie, określonych dóbr. W oczywisty sposób, tego rodzaju postawa, tym bardziej nieuświadomiona uwydatnia sprzeczności, ponieważ przekonanie o konieczności walki ze światem, ‘brania życia za rogi’ czy o niezbędnym wchodzeniu w konkurowanie z innymi, powoduje napięcia emocjonalne, bycie w nieustannej gotowości, podczas, gdy znaczna część z nas nie posiada cech charakteryzujących taką właśnie osobowość i tak naprawdę wcale nie chce być w tym stanie, albo zwyczajnie nie jest w stanie dźwigać tego ciężaru, zarówno psychicznie jak i fizycznie. Pojawia się więc w tym miejscu dwojakiego rodzaju reakcja – albo przyjęcie postawy zamkniętej i jednoczenie agresywnej, albo zamkniętej pasywnej, receptywnej – jako sposób radzenia sobie z życiem. Jeden jak i drugi (często stosowany zamiennie) powoduje znaczne trudności w budowaniu szczerych, dobrych i oczywiście otwartych relacji międzyludzkich. Ten dwojaki rodzaj reakcji w praktykach psychoanalizy nazwany został podwójną tendencją, tj. do stawiania oporu z jednej strony, a z drugiej do ulegania (inercji), w rezultacie czego na zewnątrz nie wydostaje się żaden szczery wyraz siebie, lecz zakamuflowana figura, jaką osoba chce ukazać innym. Wynikiem tego jest oczywiste utwierdzenie w konflikcie, uwikłanie, w którym oczekiwania, pożądania przyjemności stają się celem samym w sobie (zwłaszcza tych przyjemności oferowanych przez kulturę i wzorce dzisiejszej doby), bo tylko one zostają na podorędziu, czyli dostępne jednostce względnie łatwo. Na to przynajmniej wiele wskazuje.

Podsumowując, utkwienie w sobie przejawia się głównie w postawie unikania  i zahamowania (polegającej w psychoanalitycznym opisie na niemożności robienia i odczuwania czegoś lub myślenia o czymś, co mogłoby wywołać lęk, jak wyrażenie jakiejś opinii lub wejście z kimś w kontakt, relację; jest to więc pozbywanie się lęku często świadome, lecz przez to kosztem możliwości realnego przezwyciężania go) oraz w neurotycznej potrzebie miłości. Ta ostatnia charakteryzuje się całą gamą osobliwości wsobnych, ale głównym jej podłożem nie jest potrzeba miłości (dawania, czyli kochania) – ta bowiem została w mechanizmie utrwalonego przekonania o konieczności ‘zadbania o swój interes’ znacznie zredukowana, lecz potrzeba bezpieczeństwa (przy czym, rzecz jasna, istnieje całe spectrum sytuacji tzw. pośrednich). Taka reprezentacja problematu jest zbieżna z koncepcją K. Horney, która wskazywała, że istnieją cztery główne sposoby obrony przed lękiem podstawowym, tj. miłość, uległość, władza, wycofywanie się. Można byłoby w tym miejscu dokonać pewnej rekonstrukcji czy silić się na uaktualnienie tak zarysowanego konceptu odnosząc go do postaw obserwowanych współcześnie, jednak nie wydaje się to niezbędne dla podjętych rozważań z dwóch powodów. Pierwszym jest to, że podane środki obronne zdają się w dalszym ciągu być podstawą zachowań, zmienia się jedynie ich nasilenie w poszczególnych obszarach na drodze dostosowywania do danej rzeczywistości. Drugim jest to, iż większa otwartość, proces globalizacji czy nawet postępujące procesy emancypacji oraz większa tolerancja, jak na razie, nie pociąga za sobą zmniejszenia liczby wewnętrznych napięć i konfliktów jednostek – bo chyba dzieje się zupełnie odwrotnie i nie ma też większego znaczenia, że zwłaszcza młodzi ludzie wydają się być aktywni, odważni czy nawet bezpretensjonalni. Przejawy te są bowiem dość pozorne, a w starciu z realiami                     i rzeczywistymi (bezpośrednimi) trudnościami relacyjnymi lub wymaganiami podjęcia w różnych dziedzinach życia wysiłku mentalnego i intelektualnego, czyli decyzji, co raz częściej także fizycznego – znaczna ich część przegrywa. W jednym zdaniu, koszt obserwowanych i niezbędnych dla ludzkości i szerzej przeobrażeń świadomościowych, światopoglądowych na człowieka i jego ‘naturę’ (między innymi z uwagi na szybkość wielu zmian, nieszczerość i fasadowość wielu zjawisk) jest bardzo duży. Kosztem tym jest zdrowie psychiczne i zdolność do poczucia zadowolenia, satysfakcji czy sensu życia.

Wspomniana wcześniej miłość współbieżna, tak dobrze opisująca współczesne relacje intymne między ludźmi wydaje się korespondować z powyższymi przejawami neurotyczności. Przypomnijmy bowiem, że w miłości współbieżnej nie chodzi o drugiego człowieka, ale o siebie i zaspokajanie swoich potrzeb, w tym przyjemności najróżniejszego rodzaju, albo potrzeb całkiem wyobrażeniowych, zapożyczonych, zupełnie nie wynikających z podstaw konstrukcji wewnętrznej, lecz tego, co ‘wydaje’ się cenne, wartościowe, a co przy tym jest łatwo dostępne oraz popularne, albo takich, które prowadzić mają wprost do poczucia ulgi (na przykład w niepewności co do siebie i przyszłości), czy podkreślanego wielokrotnie bezpieczeństwa, którego poczucie zachwiane może być nie tylko przesłankami obiektywnymi, ale i bardzo subiektywnymi, zniekształconymi na skutek redukcji osobowości, poczucia niespełnienia w życiu, braku sił albo beznadziejności. Co ciekawe, brak odczuwania autentycznej miłości do drugiej osoby ujawnia się w postaci natychmiastowej zmiany stosunku do niej w wypadku, gdy przestaje ona zaspokajać którąś z potrzeb. Postawa taka jest charakterystyczna dla osób przyjmujących, nieustannie oczekujących od innych, czy szerzej  – rzeczywistości zewnętrznej otrzymywania ‘zasłużonych’ lub ‘przysługujących z oczywistością’ dóbr. Nazywa się, że osoby takie są nieustannie nienasycone, wręcz zachłanne, jednak wynika to prawdopodobnie nie z ich ‘charakteru’,  lecz w dużej mierze utrwalonych sposobów bycia, na który to niebagatelny wpływ ma biologia i chemia mózgu oraz całe spectrum świadomości tego, indywidualnych doświadczeń oraz niektórych czynników zewnętrznych. (…)

Szczególnym rodzajem lęku, na jaki co najmniej pobieżnie należy zwrócić uwagę jest lęk przed dezaprobatą i zdemaskowaniem. Łączy on bowiem w sobie wszystkie elementy opisane w neurotycznej potrzebie miłości oraz unikaniu i zahamowaniu.

Lęk przed dezaprobatą i zdemaskowaniem, skutkował niegdyś wzmożeniem poczucia winy (jednego z najbardziej rozpierających, destrukcyjnych uczuć wewnętrznych, zwłaszcza winy przyjętej w całości, ‘nagromadzonej’, nieadekwatnie zinternalizowanej). Dziś skutkuje bardziej poczuciem odtrącenia lub zagrożenia odtrąceniem (że jest się niechcianym lub niepotrzebnym), nieakceptacji, żalu, strachu (który w utrwalonej formule, dotykający zbyt często lub permanentnie, powoduje nasilanie lęku lub pojawienie się kolejnego jego rodzaju) i jednocześnie pożądania (przyjemności). Wszystko co powyżej przyczynia się w ostatecznym rozrachunku do tego, co obecnie nazywamy narastającym problemem wyobcowania i samotności. Co może wydawać się paradoksalne, ale takie zupełnie nie jest, to fakt, że lęk przed dezaprobatą i zdemaskowaniem charakteryzuje zjawisko perfekcjonizmu, dostrzegane współcześnie i traktowane jako istotne bo usztywniające całożyciową postawę konkretnych osób. W najkrótszym możliwym opisie chodzi o lęk takiej osoby przed popełnieniem błędu, niedociągnięcia, poczuciem porażki, co powoduje albo znane powszechnie sposoby zachowań i działań uporczywie ukierunkowanych na wykonanie czegoś lub bycie w czymś co jest wyobrażeniowo idealne, albo unikaniem podejmowania działania w ogóle w obawie przed niesprostaniem swoich własnych oczekiwań.  Natomiast, ostatni z wymienionych skutków omawianego lęku – pożądanie przyjemności –  zdaje się mieć obecnie wyjątkowe znaczenie w podjętym problemie i wprost kieruje do kolejnej części wywodu – elementów kultury, z której owo pożądanie czerpie, będąc jednocześnie współprzyczyną pewnego jej rodzaju.

Kultura przyjemności

Na zbyt szerokie potraktowanie znaczenia kultury i społeczeństwa,  w której dana jednostka realizuje życie nie ma tu miejsca, choć wydaje się to aspekt zdecydowanie wart uwagi w dywagacjach o popędach i motywach ludzkich działań, a także o uwikłaniu w sobie oraz uporczywym dążeniu do zaspokajania potrzeby odczuwania przyjemności. Znaczenia oddziaływania ogółu czy funkcjonujących powszechnie uznawanych wzorców nie umniejsza fakt, że obecnie żyjemy w bardziej różnorodnych grupach i kręgach kulturowych, jak kiedyś, bo choć te są bardziej otwarte, dające (niekiedy tylko pozornie) możliwości do właściwej dla siebie ekspresji życia, to ich wielość i przenikalność powoduje nowego rodzaju zdarzenia o charakterze nieprzewidywalnym, nagłym, nieznanym, nieplanowanym, co przy uwzględnieniu osobowości skupionej na sobie, z nadmiernie uwewnętrznionymi konfliktami, nastawionej receptywnie do świata, której celem w dodatku jest uniknięcie zdemaskowania, może powodować utrwalanie destrukcyjnych mechanizmów, a przy nieumiejętności wykorzystania elementów dekonstrukcji, do tego, co nazywa się sprzężeniem zwrotnym lub błędnym kołem, o jakim wspomnieliśmy.

Na kilka wątków zwrócimy zatem uwagę, co powinno powiązać wykazane wcześniej składniki i dać pewien całościowy obraz współoddziaływania czynników biologicznych (np. geny), neurologicznych (np. znaczenie form obwodów neuronowych, zarówno w odniesieniu do starszej ewolucyjnie części mózgu, jak i kory nowej), czynnika ‘trzeciego’ (wolności ludzkiej woli w powiązaniu z tożsamością z własnymi wartościami) oraz kulturowych, społecznie warunkowanych.

Odnosząc się do wątku bezpośrednio poprzedzającego obecny, czyli perfekcjonistycznych celów osoby o tendencji do życia w zamykającej formie, czyli utrzymywania swojego poczucia bezpieczeństwa w ograniczonym obszarze, dziś tak często występujących, choć głównie tworzonych  i istniejących nierzeczywiście,  lecz wyobrażeniowo, warto wspomnieć, że potrzeba ‘wydawania się’ kimś doskonałym dość ściśle koresponduje z przyjętymi w danej kulturze wzorcami czy wartościami moralnymi. Tak się dzieje, bowiem perfekcjonistyczne czy inne podobnego typu cele nie mogłyby przecież być tak silne i nie mogłyby być jakkolwiek realizowane, gdyby nie przyjęte powszechnie wzorce. To wszakże naturalne, że człowiek podlega różnym rodzajom i stopniom konformizmu, zatem nie sposób oddzielić tych dwóch rzeczywistości życia – wewnętrznego i zewnętrznego (kulturowego). K. Horney zauważyła jednak, że „cele te tylko ‘małpują’ przejawy norm moralnych”, a skoro tak, to są one w istocie jedynie zafałszowaniem tychże wartości. Nie trzeba tu udowadniać, że takie zafałszowane wartości dalekie są od rzeczywistych i że zarówno implicite, jak explicite uniemożliwiają rozwój ideałów. Osoby neurotyczne przejmują te wzorce pod naciskiem strachu,  w imię spokoju, względnego poczucia stabilności, w próbie osiągania różnych celów i tego wszystkiego, co wyżej już niejednokrotnie podano, a co charakteryzuje tendencje neurotyczne. Prostym tego przykładem, i zdaje się, że całkiem aktualnym, jest postawa uprzejmości, deklarowanej przyjaźni, często wręcz przejaskrawionej życzliwości czy układności w stosunkach między ludźmi, podczas gdy wiele z tych osób traktuje je jedynie jako pewien nakaz dany z góry, lub na przykład formę transakcji, z jaką wiązać można konsekwencje czy przyszłe możliwe efekty takiego a nie innego współżycia z innymi (podobnie transakcja występuje w miłości współbieżnej). Mogą tego dowodzić powszechnie zauważane przejawy uprzejmości i służenia pomocą zupełnie obcych wobec siebie ludzi (co samo w sobie i wprost jest bardzo pożądane i dające nadzieję na tworzenie społeczeństwa przyjaznego, tolerancyjnego i otwartego), przy jednoczesnym wzroście zjawiska alienacji, czy zjawisk patologicznych (aczkolwiek powszechnych) w zachowaniu jednostek pozornie ‘normalnych’, na co dzień ‘zwyczajnie’ funkcjonujących, jak wybuchy pretensji  i agresji w miejscach publicznych z błahych powodów, czy wzrastającej liczby przestępstw popełnianych w celu uzyskania korzyści majątkowych oraz co najmniej utrzymującej się liczbie aktów przemocowych dokonywanych na członkach rodziny, tj. znęcania się psychicznego i fizycznego. Również przytaczane wcześniej odniesienia do uogólnionych twierdzeń na temat słabej kondycji psychicznej współczesnego człowieka, a także statystyki o drastycznie wyższym, jak raptem kilka lat temu, odsetku rozwodów małżeństw nie pozostają tu bez znaczenia.

Po raz kolejny zatem mamy do czynienia z dwoistością zjawiska. To przedstawione wyżej potwierdza aktualność występowania dziś silnych konfliktów wewnętrznych, w których udział czynnika zewnętrznego też jest bardzo istotny. Na to oczywiście szczególną uwagę zwracają socjologowie, którzy wytworzyli szereg teorii odnoszących się do kształtowania sposobu funkcjonowania człowieka jako istoty przede wszystkim społecznej, począwszy od prekursorów takiej linii – E. Durkheima, K. Marksa, czy G. Meada po współczesnych badaczy, jak P. Berger. Chociażby G. Mead zwrócił uwagę na tożsamość, a głównie samoświadomość człowieka, wskazując przy tym, że owa samoświadomość nie tyle wynika z wewnętrznych przekonań o sobie samym, lecz że jednostka postrzega siebie samą tak, jak postrzegają ją inni. W jego koncepcji znaczącą figurą jest „jaźń społeczna”, która rozumiana jako przedmiotowe „ja” wchodzi w wewnętrzną konwersację z „ja” podmiotowym (jakim jest jedynie zbiór biologicznych popędów i pragnień), co nazwane zostało myśleniem. A w toku rozwoju człowieka i myślenie podlega procesowi rozwoju, co oznacza, że z wiekiem, co raz więcej informacji i danych o świecie zewnętrznym interioryzuje się w sposób niejako naturalny. Konsekwencją takiego mechanizmu jest pełne przyjmowanie zasad i reguł uczestniczenia w życiu społecznym (oraz dążenie do realizacji właśnie takiej konstrukcji rzeczywistości) i wytworzenia w nim, to co zostało określone mianem „uogólnionego innego”, czyli ogólnych wartości, norm i wzorców, jakie istnieją w kulturze, w której człowiek wzrasta. Przynajmniej kilka elementów tej teorii jest przyjmowanych w dużą uwagą i dziś, jak znaczenie wspomnianego uogólnionego innego, której to figurze przysługiwać musi rola znaczących innych (ludzi) w życiu psychicznym człowieka.

Ta ostatnia kategoria ściśle koreluje z nurtami psychologii czy psychoanalizy, albowiem wedle wielu badaczy względnie spójna (nawet jeśli tylko subiektywnie) tożsamość człowieka (którego można nazwać zdrowym psychicznie) wynikać ma z odbicia postaw ludzi znaczących wokół. Jest to oczywiście mechanizm przyjmowania ról i postaw innych, czyli identyfikacji z nimi, a następnie internalizacji wzorów czy wartości (w tym moralnych). Przykładając przemożne znaczenie takiemu ujęciu twierdzi się, że w świadomości człowieka między rzeczywistością obiektywną i subiektywną wytwarza się pewnego rodzaju symetria. To ona świadczyć ma o dobrostanie jednostki i jej właściwych, adekwatnych relacjach z innymi, w kulturze, w której żyje. A dzieje się tak na zasadzie, na której oparł swoje tezy Mead, że treść internalizacji jest zdeterminowana społecznym podziałem wiedzy. Jednak zastrzega się, że internalizacja nie odnosi się do absolutnie wszystkiego, charakterystyka natury ciała i jego indywidualnego postrzegania oraz odczuwania przez zmysły i cały umysł chociażby, skłania do roli jaką odgrywa w procesie istnienia także subiektywność. Niemniej niepodważalnym dziś faktem zdaje się to, że zjawiska rozgrywające się na początku kształtowania rozwoju osobowego, czyli we wczesnych latach życia, odgrywają kluczową rolę dla dalszego rozwoju w dorosłości. (…)

Z tego co powyżej wynika, że człowiek kilku ostatnich dekad XX w. najprawdopodobniej zinternalizował postawę pewnego ugruntowania społecznego, tj. utrzymania przekonania, że satysfakcjonujące życie w społeczeństwie, na podstawie zastanych i obowiązujących norm, jest stanem wysoce pożądanym i efektywnym, a może i nawet jedynym możliwym. Ma to pewne odniesienie do sytuacji społecznej, ekonomicznej i politycznej zwłaszcza po II wojnie światowej w krajach zachodnich. Wówczas, jak się wydaje, czynnik zaspokajania chociażby potrzeb zmysłowych stał się nieodłącznym komponentem (codziennego) życia uznawanego za dobre, spełniające, satysfakcjonujące i przyjemne. Kto wie, czy dekady tego typu wzorca, dość silnie konformistycznego w rzeczywistości dynamicznego rozwoju technologicznego, nie spowodowały, że przestaliśmy polegać na wartościach, które zakorzenione byłyby przede wszystkim w nas samych – skoro kultura rzekomo dawać miała niemal wszystko, co potrzebne i istotne dla realizacji wizji ‘dobrego życia’.

To co zostało opisane powyżej i na co zwracał uwagę K. Dąbrowski, należy do dwóch głównych cech życia w kulturze tak szybko rozwijającej się cywilizacji współczesnej – standaryzacja i racjonalizacja. Ta ostatnia jest przy tym jednym z naczelnych sposób ucieczki od lęku. Trudno zatem nie twierdzić, że kultura może nie oddziaływać na zjawisko neurotyczności i uwikłania w sobie. W dzisiejszej dobie aktualne pozostają wzmagające lęki i cierpienia wewnętrzne zjawiska kulturowe, takie jak: współzawodnictwo czy rywalizacja, istnienie tylko określonych figur funkcjonowania społecznego w zależności od panującej mody w różnych dziedzinach życia, ocenianie, gloryfikacja sukcesu rozumianego głównie poprzez pryzmat wartości materialnych oraz tych podkreślających status społeczny na zasadzie widoczności, wyróżniania się bez większego znaczenia przyczyn tego wyróżnienia, wysoka transparentność czy wręcz obnażanie życia prywatnego (poprzez silny przekaz, głównie, obrazowy), aż wreszcie przywyknięcie do zaspokajania potrzeb kompulsywnie, w tym przede wszystkim potrzeb przyjemności zmysłowej, w tym związanych z oczekiwaniem i doznawaniem tych przyjemności. W tym ostatnim, powtórzmy, chodzi przede wszystkim o nieuświadomione łagodzenie trudu bycia w uwikłaniu. Według A. Damasio uległość, konformizm i oceny, czyli wszystko to, co podsyca obowiązujące normy, a zwłaszcza trendy społeczne (bo dziś chyba takie określenie jest najbardziej adekwatne dla wielu zjawisk makroświata) są przyczyną ‘niesłuchania’ siebie. A zaznaczmy, że przytoczony naukowiec jest także profesorem neurobiologii, w której upatruje wielu powodów i czynników charakteryzujących zachowanie człowieka z uwzględnieniem wszelkiej zmienności biologiczno-chemicznej. To wszystko znów występuje w ścisłej ze sobą korelacji.

Damasio szeroko opisuje współzależność ludzkiego ciała, ich połączenia za pomocą wielorakich systemów, których pracę wspomagają zjawiska i procesy chemiczne. Nie oznacza to jednak, że wszelkie przejawy żywotności organizmu są wynikiem jedynie biologicznych procesów. Doniosłe są bowiem tezy o tworzeniu obrazów w mózgu, które powstają nie w jednym płacie, czy obszarze, ale zazwyczaj przy aktywnym udziale wielu z nich (pomimo, że zazwyczaj istnieje jeden obszar mózgu, który najbardziej włączony jest w tylko określone funkcje – np. przetwarzania danych zmysłowych czy odczytywanie stanu trzewi), jak również wytwarzanie w umyśle ‘szlaków’ pamięci i rozumowania oraz podejmowania decyzji, do których każda jednostka dochodzi zupełnie inaczej, a co nie jest jak na razie możliwe do opisania jakimkolwiek algorytmem czy jedną zasadą. Kluczowe przy tych procesach znaczenie ma oczywiście sprawność i brak mechanicznych uszkodzeń mózgu oraz niezbędna emocjonalność. Niektóre sfery pozostają jednak zupełnie niezbadane, jak ludzka (wolna) wola czy zasady, na których opiera się osobowość oraz system wartości.

Podejmuje się przy tym próby łączenia tego wszystkiego co wyżej, w skomplikowanej polifonii ciała i umysłu, przykładem czego jest teoria ‘markera somatycznego’, jaki dostarcza obszarom i funkcjom decyzyjnym mózgu wystarczającej liczby danych, na mocy doświadczeń co do odczuć z ciała, sygnalizując pojawienie się określonego uczucia. Marker taki można nazwać specjalnym rodzajem uczucia, generowanym na podstawie wtórnych emocji. Te emocje i uczucia są łączone w procesie uczenia się z przewidywalnymi przyszłymi skutkami pewnych scenariuszy rozwoju wypadków. Marker taki daje zatem szereg podpowiedzi o rysie negatywnym lub pozytywnym. Ten pierwszy może oznaczać dla organizmu alarm, a drugi zachętę. Co ważne dla naszych rozważań, najprawdopodobniej większość takich markerów somatycznych powstaje w naszym umyśle w procesie edukacji i socjalizacji przez łączenie określonych klas bodźców z klasami stanów somatycznych. Opierają się one więc na wtórnych procesach emocjonalnych. Markery somatyczne  mają charakter przystosowawczy, a ich powstawanie wymaga, by zarówno mózg, jak i kultura, w której człowiek funkcjonuje były ‘normalne’, stabilne. Jak twierdzi A. Damasio, gdy jedno ze wskazanych (mózg, kultura) szwankuje, markery tracą swoją przystosowawczość i sens bytu, prowadząc do czegoś, co można nazwać usterkami mózgu. Wedle tego naukowca zatem, dość płynna współpraca czynników wewnętrznych i zewnętrznych jest warunkiem sine qua non zdrowia psychicznego i właściwego, adekwatnego funkcjonowania w świecie (przykładami skrajnych usterek będących skutkiem braku tej płynności jest psychopatia lub socjopatia). Taka konkluzja ukazuje, jak przemożną wartość ma to, co wpływa na człowieka z jego otoczenia (w tym konwencje i reguły etyczne), pomimo, że przecież tak wiele zjawisk bezpośrednio kształtujących i determinujących człowieka dzieje się w nim samym. Podsumowaniem istoty tej korelacji, a w naszym ujęciu można nazwać intra-akcji wewnętrznego systemu preferencji z zespołem warunków zewnętrznych jest to, że poszerza ona repertuar bodźców, które mogą ulegać automatycznemu kojarzeniu z markerami.

Nie sposób przy tym pominąć wyrażonej przez Damasio obawy, że wpływ wypaczonej kultury może być na tyle silny, iż powoduje zniekształcenia „maszynerii zdrowego umysłu”, prowadząc do tragicznych skutków w całym społeczeństwie – zważywszy na niepodlegającą dyskusji siłę konformizmu. To wszystko z kolei może potwierdzać tezę K. Dąbrowskiego o rysie społecznym człowieka drugiej połowy XX w., jakiego uważano za ‘normalnego’, a którego wymienione wcześniej cechy pozbawione były głębi, odniesień do wartości moralnych, czy krytycyzmu i potrzeby stawania się w życiu, zamiast tylko w nim trwania na zasadzie przystosowawczości i maksymalnego, czy też niekiedy uporczywego, czerpania przyjemności.

Zatem, kultura (z jej wzorcami i ‘wymaganiami’) miała i ma duże znaczenie w kształtowaniu po pierwsze – ogólnych warunków życia, po drugie – mechanizmów pracy układu nerwowego każdej jednostki, a po trzecie – wizji na realizowanie życia. Współprzyczynia się obecnie również, przez wymienione specyfiki, do uwikłania w sobie, albowiem żadne treści wewnętrzne nieprzystające do obrazów istniejących, niczym prezentacje w świecie wirtualnym, nie mają prawa przedostać się na zewnątrz człowieka.

Ten, upchnięty w swój świat pozbawiony wartości i jakości, uwikłany w teraźniejszości broni tylko tego, co w jego mniemaniu jest w stanie, czyli figurę przeznaczoną na potrzeby ogółu, utrzymywaną usilnie dla pozyskiwania z tego ogółu na przykład przyjemności, która polega na zmysłach bezpośrednio, ale i poczuciu stabilności i komfortu w określonej formule poczucia bezpieczeństwa (i obojętnie czy ma ono wymiar materialny czy uzależnienia od oparcia w innej osobie czy ludziach szerzej). Taki stan rzeczy zauważony był już dawno i choć warunki oraz problemy jednostek żyjących w społeczeństwach tuż po II wojnie światowej były znacznie inne jak obecnie,  zdaje się, że następujące słowa E. Fromma charakteryzują nie tylko człowieka nowoczesnego, ale całkiem współczesnego.: „Mamy tendencję do kreaowania ludzi pozbawionych odwagi (…), którzy są wyszkoleni, aby poszukiwać bezpieczeństwa jako celu życia, co można osiągnąć jedynie poprzez całkowite podporządkowanie się i całkowitą martwotę. W tym sensie można powiedzieć, że radość życia i bezpieczeństwo są całkowicie sprzeczne, ponieważ radość jest wynikiem intensywności życia. Jeżeli żyjemy intensywnie, musimy znieść poczucie wielkiej niepewności, ponieważ życie to ciągle szalenie ryzykowna sprawa”.

Wnioski i dylematy

Rekapitulując, stwierdzić należy, że przyjemność nie polega na instynktach, jedynie sensualnym doświadczeniu, sama w sobie nie powinna być zatem celem życia, mimo dyskursu współczesności, kanalizującego wiele kwestii z tego obszaru, właśnie w ten sposób.  Wykazano, że przynajmniej niektóre teorie dawno uległy rekonstrukcji albo unieważnieniu w odniesieniu do znaczenia określonych rodzajów przyjemności, rozkoszy, jak te w ujęciu Z. Freuda, na rzecz ich uzyskiwania w znacznie szerszym obrazie siebie samego, także w kontekście kulturowym. Ten ostatni podlega jednak krytyce (w tym negatywnej). To zadziwiające bowiem, że jest ona dziś właśnie kulturą głównie przyjemności, gdy mamy tak szeroką wiedzę i dostęp do doświadczenia innych, a uwagi twórcy psychoanalizy w tym względzie są dawno nieprzystające. Owo zdziwienie redukuje się jednak, gdy podejmujemy głębszą analizę przyczyn uwikłania w sobie i teraźniejszości człowieka obecnie. Przyczyny te są z zasady takie same jak kiedyś, leżą bowiem po stronie czynników naturalnych, genetycznych, następnie neurologicznych oraz bazują na ścisłej współpracy umysłu z ciałem, którą dopiero częściowo próbujemy zrozumieć – stąd między innymi konstatacja, że pierwotne teorie odnoszące się do lęków, czy tendencji neurotycznych osobowości pozostają aktualne. To też potwierdzają teorie o istocie i znaczeniu aktywnej, dynamicznej i niezależnej materii, budulca świata, wszelkiej przyrody, w tym ludzi, która działa w sposób niejako autonomiczny od możliwości i intencji, głównie, ludzkiej inteligencji. Nie jest ona wszakże tym, co wyryły pewne wzorce kulturowe – przemożną siłą sprawczą człowieka, powodującą zupełną niezależność, jego moc i wszelkie możności przystosowawcze oraz umożliwiającą jak największy uzysk z zewnętrzności dla swoich własnych interesów (co uważa się za ‘zaradność’ i gloryfikuje tego różne przejawy stawiając w roli autorytetów osoby o takim rysie osobowości, za wzorcem którym rzesze uległych podążają i dziś nie widzą w tym nawet nic nadzwyczaj niestosownego czy niewłaściwego). Inteligencja jest za to możliwością, posiadanym narzędziem, które wspomagać winno realizację życia zgodnego z celami wykazanymi jako bazowe przez K. Horney tj. zadowolenia i bezpieczeństwa, w ich ścisłym współdziałaniu. Jednak rozumienie tych zasad zostało wypaczone przez formy konstrukcji, które człowiek zbudował ponad nim, a jakie prowadzą nieustannie do tych samych skutków, albo wręcz pogłębiania problemu utkwienia i receptywnego (biernego, ale oczekującego) nastawienia do życia. Zadowolenie i bezpieczeństwo nie miałyby być więc oparte na zasadzie przyjemności stanowiącej główny cel (bo, jak wykazano ponadto, celowość jedynie realizuje, i to najczęściej kompulsywnie, ‘nakazy’ ośrodka nagrody w ludzkim mózgu).

Zatem przyczyny pierwotnie wychodzą z natury, z materii, kreują, niezależnie od człowieka, określone warunki czy możliwości, jednak to człowiek na zasadzie świadomości i możności czerpania z okoliczności ma władność (nie władzę) do dokonywania określonych wyborów, decydowania, współdziałania albo adekwatnego reagowania na nieznane okoliczności, na zasadzie intra-akcji. Żeby jednak proces decyzyjny mógł być możliwie pełny i skończony, nie może operować na fragmentaryczności wiedzy, uczuć, emocji i doświadczenia, a także nie może omijać tego, co stanowi esencję człowieka, czyli jego wolnej woli oraz względnie trwałego systemu wartości. Aby jednak budowane z naszym udziałem konstrukcje ponad nami (które często faktycznie przybierają moc zniewalającą i redukującą człowieka w jego całości) nie były zawłaszczające i nie utwierdzały rzutowanych na ogólność kreacji siebie (wynikających z wielu sprzeczności i toczonych walk wewnątrz) – bo tak właśnie się dzieje, a czego przykładem jest nie tylko to, co już wykazano w tym opracowaniu, ale także mechanizm zatapiania się w blasku osoby, którą uważa się za figurę takiego wzorca lub osoby, która ma zapewniać opiekę i bezpieczeństwo – szeroko pojęta kultura z jej wzorami, modami, tendencjami musi mieć charakter otwarty. Nie oznacza to oczywiście brak norm, zasad i wielu reguł życia wspólnotowego, ale otwarcie na człowiek w jego różnorodności i  konfliktowości w ujęciu dynamicznym ludzkiej istoty. Nie pomogą więc ucieczki od trudu, zarówno osobowego jak i ogólnego, na rzecz łatwości życia na zasadzie czerpania przyjemności. Taką ‘obiektywność’ wytworzyliśmy na przestrzeni historii co najmniej kilku ostatnich dekad sami, a która, jak się zdaje, jest jedynie figurą, środkiem zaradczym na co raz większe uwikłanie w sobie i co raz większą nieszczerość wobec siebie oraz innych. (…)

 

Tekst inspirowany treściami zawartymi m.in w poniższych publikacjach, a cytowane fragmenty pochodzą wyłącznie z nich:

– K. Barad (2012), Posthumanistyczna performatywność. Ku zrozumieniu, jak materia zaczyna mieć znaczenie,
przeł. J. Bednarek, w: A. Gajewska (red.), Teorie wywrotowe. Antologia przekładów

– E. Fromm – Zdrowe społeczeństwo

– C. Chilling – Socjologia ciała

– J. Tokarski – Czas zwyrodniały

– K. Horney – Neurotyczna osobowość naszych czasów

– W. Czernianin, H. Czernianin – Zarys teorii psychoanalitycznej Zygmunta Freuda (1856-1939) w perspektywie psychologii literatury

– S. Heinamaa – Fenomenologia cielesności a różnica płciowa – cz. IV fenomenologia cielesności

– K. Horney – Nowe drogi w psychoanalizie

– K. Dąbrowski – Dezintegracja pozytywna

– J. Brewer – Neurologia zachcianek

– A. Damasio – Błąd Kartezjusza

– E. Fromm – Sztuka miłości

– J. Brewer – Neurologia zachcianek

– M. Spitzer – Cyberchoroby

– P. L. Berger, T. Luckemann – Społeczne tworzenie rzeczywistości

Dodaj komentarz