Droga do świadomości i prawdy – według podstaw systemu heglowskiego

Powroty bywają melancholijne, niekiedy sentymentalne, upchane niewyrażalnym jednym słowem, ani nawet ich krótkim zestawem, połączeniem uczuć kilku naraz, które jakby wzięły się znikąd i nagle skrzyknęły chcąc wywrzeć na nas to nieokreślone wrażenie… spełnienia, spokoju, braku napięcia przy równocześnie występującej obawie przed czymś, pustką, brakiem sensu, znaczeń i celu.

Miejsca (dla) życia

Człowiek istnieje i realizuje swoje życie w różnych układach i systemach, od otwartych, przez półotwarte, po niezupełnie i częściowo zamknięte, co oznacza ich przenikalność, możliwość wymienialności, także transgresji. Cechy te w naturze dotyczą ich wszystkich. Nie oznacza to jednak, że transgresja, eksterioryzacja, przekroczenie (choć tak często możliwe) jest zawsze pożądane, potrzebne lub niezbędne z punktu widzenia podstawowych właściwości przedmiotu i podmiotu oraz zgodne z jego interesami. Wiemy przecież doskonale, że określone formy życia, całe biocenozy, mogą istnieć tylko w danym habitacie, w ściśle nacechowanych środowiskach, ekosystemach, będących wciąż nieodłączną częścią natury rozumianej w sposób całościowy. Podobnie człowiek. Trywialnym byłoby podkreślanie tego, że jak dotąd ustalono, poza ziemskimi warunkami, biologicznie przetrwać nie może – oparłszy się tylko na swoich naturalnych, biologiczno-chemicznych własnościach. Ale nie chodzi tu o ludzki byt, ten zbudowany z dość nieźle zbadanej już materii organicznej, lecz ludzki świat, który tworzą tylko ludzie i dla ludzi. Świat ten stanowi sens życia w całości i również jest układem lub systemem, choć nie wiadomo czy nie bardziej skomplikowanym, a na pewno mniej znanym i opisanym, do którego nauki empiryczne, wielkości i miary matematyczne nie mają pełnego zastosowania – jeśli w ogóle.

Wymiar ten (w tym miejscu można ukierunkować nasze rozważania, że chodzi o ten publiczny, intersubiektywny lub polityczny w rozumieniu greckiej formy Polis), nazwiemy sferą spraw międzyludzkich, którą ująć trzeba w pewne abstrakcyjne, lecz nie spekulatywne ramy. Granice te wyznaczałyby, oddzielały od świata pozaludzkiego obszar – naszą sferę, niczym stratosferę lub troposferę – tę niewidoczną gołym okiem przestrzeń, ale niezbędną dla życia i istniejącą z całą naszą pewnością i ufnością wobec doznawanej rzeczywistości. I to nic, że jest ona nieokreślona, ma jednak walor pewnej ograniczoności – odnosi się przecież 'aż’ do nas, ale i 'tylko’ do nas.

Kto wie, czy rozumowe objęcie tego świata, zarówno doznawanego sensualnie, zmysłowo, jak i abstrakcyjnie w odniesieniu do sfery spraw międzyludzkich – nie umożliwia tylko wgląd fenomenologiczny ze szczególnym uwydatnieniem dialektyki ewolucji natury w ogóle i człowieka w niej oraz z niej wyrosłego. Pomimo, że wedle przywołanego przez C. Meillassoux – F. Wolfa podejście fenomenologiczne (zwłaszcza f. transcendentalnej E. Husserla) zamyka w sobie świat tylko dlatego, że mieć świadomość to zawsze mieć świadomość czegoś: „Jesteśmy w świadomości lub w języku jak w niewidzialnej klatce. Wszystko jest na zewnątrz, ale nie da się wyjść”.

Choć powyższe jest de facto krytyką fenomenologicznego korelacjonizmu, to obraz wydaje się zupełnie spójny i oddający istotę sfery spraw międzyludzkich – dzięki uznaniu, że jest ona dla nas po prostu dostępna i to bez konieczności uciekania się do osiągnięć nauk przyrodniczych. Z tego powodu podejście fenomenologii wespół z dialektyką ewolucji, jaką koniecznie przytoczymy (choć jedynie w stopniu podstawowym), uznajemy za sposób sięgania po cele bardzo ludzkie – realizację życia jako wartości naczelnej dla każdej jednostki z osobna oraz poszukiwania prawd w tym życiu – osobistym, wewnętrznym oraz publicznym, zewnętrznym. I nawet jak nie jesteśmy często w stanie wskazać czy sformułować prawdy w jej konkrecie, dokładności, takiej, która miałaby odzwierciedlać jakieś zjawisko w pełni, wyjaśniać artefakty (bo okoliczności są zbyt zmienne, nieuchwytne lub nazbyt skorelowane) to, tutaj – w naszych rozważaniach, prawda polegać ma na przyznaniu, że sfera spraw międzyludzkich oferuje przynajmniej możliwości jej poszukiwania i kreowania – co też może oznaczać, że jednoznaczna i aprioryczna w świecie ludzkich zdarzeń wcale być nie musi.

Dochodzenie do prawd w ten sposób rozumianych, czy bardziej umiejscawianych, ma charakter autoteliczny. Dlatego świadomość nie tylko istnienia, ale również istotności sfery spraw międzyludzkich może być wyrywająca ze wszelkich skostnień oraz odświeżająca, poszerzająca, dająca nadzieję i wiarę. Do sfery tej wychodzimy od osobowego „ja” – to początek drogi i koniec jednocześnie, ale nie koniec żadnej historii. W niej osiąga się bowiem świadomość istniejącą oraz prawdę, ale nigdy raz na zawsze. Proces ten należy powtarzać.

Świadomość – w sferze spraw międzyludzkich osiąga się świadomość istniejącą

Nie mogąc oddać tu należytego miejsca pojęciu i istocie świadomości w kategoriach psychologicznych lub nawet psychologistycznych, jak również jej pozornemu przeciwieństwu – nieświadomości, postaramy się jednak wzruszyć świadomość i pojęcie samowiedzy  z punktu widzenia filozoficznego.

Zanim jednak o tym, na chwilę, pozostaniemy przy nieświadomości, którą określiliśmy jako tylko pozornie leżącą na drugim biegunie psychicznego życia. Albowiem, wedle zasady terapii stosowanej przez Z. Freuda, świadomość nieświadomego stanowi sposób na wyleczenie choroby psychicznej. Zasada ta miała i ma mieć odzwierciedlenie także w warunkach społecznych. Tylko dzięki zyskaniu świadomości rzeczywistości możemy osiągnąć optymalny poziom siły, która pozwala na to, by dawać sobie radę w życiu. Postulować za tym miały słowa tego słynnego neurologa: „Być może on (wychowany na trzeźwo), nie cierpiąc na żadną neurozę, nie będzie potrzebował narkotyku, by ją (rzeczywistość i przyszłość – przyp. autorka) zatruwać. To prawda, że człowiek znajdzie się wtedy w trudnej sytuacji. Będzie musiał wyznać swą całkowitą bezradność i swą mało znaczącą rolę we wszechświecie. Będzie musiał wyznać, że nie jest już centralnym punktem stworzenia, przedmiotem całej troski, dobrodusznej opatrzności. Znajdzie się w takiej sytuacji jak dziecko (…). Ale w końcu, czyż przeznaczeniem dzieciństwa, nie jest przezwyciężanie go? Człowiek nie może pozostać zawsze dzieckiem. Musi w końcu zaryzykować wyprawę do wrogiego świata. To można nazwać wychowaniem do rzeczywistości”. Dziecięcość ma zatem swoje oczywiste prawa, konieczności i racjonalności. Jest jednak jedynie fazą rozwoju człowieka – to wydaje się oczywiste. Przestaje jednak takie być, jak zdamy sobie sprawę, że dorośli ludzie, mimo, że przecież nie powinni, bardzo często „powtarzają” w życiu fazę dzieciństwa, jakby do niej natarczywie wracali w jakimś ukształtowanym mechanizmie reakcji. Może to przybierać formy irracjonalne i patologiczne z punktu widzenia rozwoju ludzkiego, choć wcale nie musi, spoglądając na rzecz historycznie i ewolucyjnie, co zaraz wykażemy.

Receptą na nieświadomość z jej różnymi konsekwencjami jest świadomość człowieka dorosłego, a właściwie rozpatrując kwestię z perspektywy wspólnotowości – człowieka dojrzałego do realizowania celów życia publicznego, w naszej sferze świata międzyludzkiego, co oznacza przyznanie, że ów sfera i człowiek w niej jest „miarą wszystkich rzeczy”, a możliwości jego rozwoju stanowią cel oraz kryterium wszelkich dążeń społecznych. W taki sposób ujęty rozwój jest postępem duchowym, lecz nie teologicznym. Ma też charakter oczywiście autoteliczny.

W sferze spraw ludzkich odbywa się całość życiowej aktywności człowieka dorosłego, która, zaznaczmy, stanowi przestrzeń do osiągania pełni człowieczeństwa, do jakiej w dialektycznym, heglowskim ujęciu można, a nawet trzeba w życiu wielokrotnie zaglądać. Lecz znów, nie chodzi o sam wgląd, ale uczynienie kroku naprzód – zaistnienie w sferze poprzez działanie i słowo. Śladami Hegla, rozwój społeczny, historycznie, zawierał wszelkie fazy rozwoju charakterystyczne dla człowieka jako istoty biologiczno-społecznej. Rozwój ten można ująć w linii: człowiek pierwotny – człowiek średniowieczny – człowiek wyalienowany społeczeństwa przemysłowego. Dziś do tej triady, śmiało dodać możemy człowieka społeczeństwa korporacyjnego oraz wyizolowanego społeczeństwa świata wirtualnego. Człowiek taki „jest chory, a jednocześnie chory nie jest, ponieważ fazy rozwoju, w których się znajduje są etapami koniecznymi (…). Cała irracjonalność przeszłości, aczkolwiek naprawdę godna pożałowania, jest racjonalna w takim stopniu, w jakim jest konieczna. Kiedy jednak rasa ludzka zatrzymuje się na etapie rozwoju, który powinna mieć już za sobą (…) wówczas stan jej istnienia należy nazwać irracjonalnym lub patologicznym” – twierdził E. Fromm.

Koniecznie, choć w największym możliwym skrócie, przypomnieć należy w tym miejscu podstawową kategorię, czy cechę dialektyki ewolucji, która stanowi dla nas punkt odniesienia. Wywodzi się ona z heglowskiej koncepcji rozwoju, jako naczelnej zasady życia. Zawarte jest w niej pojęcie procesu, obejmującego całościowo i we współistnieniu tezę oraz antytezę, które przez zniesienie powodują powstanie syntezy rozumianej jako negację negacji (w rozpatrywanym przez nas ujęciu negacji świadomości odniesionej do własnego „ja”). Dochodzi zatem do meta wymiaru danego zjawiska, czyli podniesienia go na wyższy poziom rozwoju.

I tak się rzeczywiście sprawy mają w historii ewolucji biologicznej, jak i duchowej, oraz rozwoju ludzkiej myśli. Mimo postępu, nie ustają jednak pytania o koszty osiągania wyższych pułapów – czy nie mogłyby one być mniej dotkliwe dla życia jednostek jak i całych gromad ludzkich? Na to pytanie nie ma właściwej odpowiedzi, ale warto dowodzić, że to człowiek poprzez czyn i słowo realizuje ów postęp, na wzór natury, z której wyrasta i z której chce uciekać. A natura ta jest i powinna pozostać najlepszym nauczycielem – jak się zdaje.

To ona pokazuje, że fazy rozwoju świata jaki znamy, mają charakter dialektyczny – od zmiany rozumianej jako przechodzenie przez kolejne, następujące po sobie i logicznie uzasadnione oraz spodziewane okresy zawierające wyższe i bardziej skomplikowane formy organizmów, po tak zwane nieoczywiste „skoki” w rozwoju, które wyniosły jakiś proces na nowy pułap, wyższy poziom. W sferze biologii istnieje jednak rozróżnienie pojęcia rozwoju i ewolucji właśnie. „Za cechę zmiany o charakterze rozwojowym uznać można stan rosnącego uporządkowania danego F podlegającego tej zmianie. Zakłada to możliwość wyróżniania pewnego szeregi etapów w takiej zmianie, w której etap poprzedzający można określić mianem niższy, natomiast kolejny względem niego wyższy, a za synonim pojęcia rozwój można przyjąć pojęcie postęp” – przypomina A. Pacewicz. Ewolucja z kolei jest procesem przekraczającym zmiany opisanego wyżej typu, co ma niebagatelne znaczenie dla naszych rozważań. Z kolei w ewolucji, jak się twierdzi: „Kumulacja elementów sprawia, że F1 o ilościowo bogatszej strukturze jest wyżej w hierarchii  od F o strukturze mniej bogatej. Kluczowym pojęciem staje się fulguracja. Opisuje ona pewien skok w procesie rozwoju, którym dochodzi do powstania nowego bytu G w sposób istotowo różniącego się od poprzedzających go struktur, tak że wykazuje on całkowicie nowe właściwości systemowe, przedtem nieobecne, i to tak, że nic nawet nie wskazywało, by miały zaistnieć”. W historii naszego globu, wyróżnia się co najmniej dwa takie skoki – pojawienia się przyrody organicznej oraz emergencja człowieka (od pierwszych hominidów).

Zdaje się jednak, że wcale nie trzeba nam aż tak spektakularnych dowodów na istnienie jakościowych „skoków” w rozwoju zarówno żywej materii jak i ludzkiego ducha. „Wrodzoną jakością energii życia jest to, że poprzez doświadczenie zdobywa ona informację i jest zdolna do powtarzania ich w zintegrowaną całość oraz w warstwy o wzrastającym stopniu skomplikowania” – twierdził amerykański psychiatra, naukowiec i duchowny David R. Hawkins. Stanowisko takie odzwierciedla intuicję Hegla, którego obszerny i komplikowany system filozoficzny oparty jest w całości na podejściu dialektycznym, a jest on osadzony na głównej zasadzie, o której już wspomnieliśmy – procesie.

Aby miał on (ów proces) sposobność dokonywania się (nieustannego oraz wciąż i na nowo) Hegel opisał go dość drobiazgowo, poczynając od fundamentalnego ujęcia świadomości jako bytu samego dla siebie – ducha subiektywnego. Posiada on określony stopień refleksji i jest skierowany ku sobie. „Ja jest nieskończonym odniesieniem się ducha do siebie, ale jako odnoszenie się subiektywne jako pewność siebie. Bezpośrednia tożsamość naturalnej duszy zostaje podniesiona do poziomu czystej, idealnej tożsamości ze sobą, a treść owej bezpośredniej tożsamości jest przedmiotem dla tej istniejącej dla siebie refleksji” – pisał Hegel.

Jednak z racji ograniczonego poprzez uprzedmiotowienie elementu tej świadomości oraz dostrzeżonej konieczności uzyskania uznania (swojego własnego bytu nie tylko przez własną świadomość, lecz świadomość innego), cały proces musi się odbyć w pełni, a jego zasadą jest ruch, zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz, poprzez eksterioryzację siebie. Tam, dokonując absolutnej abstrakcji jednostkowych świadomości we wzajemnym stosunku do siebie (wyjścia obydwu, spotkania się), ażeby bezpośrednio byt jednostkowy abstrakcyjnie unicestwić (ale nie zniszczyć, lecz zanegować) i w konsekwencji „by być tylko czystym bytem, negatywnym, samej siebie równającej się świadomości” – powstaje niejako nowa świadomość jednostki.

W wyniku wyżej nakreślonej fazy rozwoju, poprzez zapośredniczenie, samowiedza nie dość, że ostatecznie jest dla innej pośrednikiem jej samej, to i dla siebie jest uznaniem samej siebie i wiąże się ze sobą ponownie. Następuje powrót do siebie – uzyskawszy doświadczenie i ubogacenie. Nie oznacza on przy tym samej, czystej, przyjemnej korzyści i spoczynku. To pewien ciężar i zadanie. Dlatego powroty bywają melancholijne i refleksyjne – bo takie być muszą na początku nowego procesu. Świeży zasób wymaga bowiem uporządkowania, nawet kontemplacji, ale następnie, podjęcia nowego działania lub zmiany, niekiedy o fundamentalnym znaczeniu. Natura człowieka nie pozwala bowiem na bierność i receptywne czy tezauryzatorskie nastawienie do świata.

Powrót do etapu ducha subiektywnego i trwałe ulokowanie się w nim, jakby to porównać do formy życia społecznego, nastawionego na silny, skrajny indywidualizm, hedonizm, alienację, realizację jedynie zadań, które przez kilka ostatnich milionów lat ukształtowały rdzeń ludzkiego ego (o którym nieco więcej w dalszej części) – dbanie o własny interes, pozyskiwanie, podbijanie, zdobywanie, poszerzanie, powiększanie (fizyczne terytorium życia lub stanu posiadania), nie może przynosić szczęścia, pełnej satysfakcji i spontanicznej radości w dłuższej perspektywie i nie zawiera żadnej prawdy. Nie ma tam też mowy o pełnej świadomości.

W ludzkiej egzystencji i nieustannym wzroście (zwłaszcza duchowym i umysłowym)  zawarta jest dynamika, a zatem ruch i rozwój przy jednoczesnym uznaniu siebie jako nieodłącznego elementu świata wokół, który należy w pełni akceptować oraz uznawać jego siły za obowiązujące – tak by nie popadać w iluzje i wewnętrzne konflikty. Siłom tym niekiedy należy ulegać z pełną tego świadomością ale i otwartością do bycia w nieustannym ruchu życia i trosce o to, co życiodajne, co jest życiem też poza naszym bytem: „Chodzi o to, że nie można wdychać, nie wydychając, a to oznacza ścisłe współdziałanie i partnerstwo. Nie można otrzymywać, nie troszcząc się o to, co nam ofiarowane (…). Jeśli natchnienie przychodzi z powietrza, to być może jego lotność, predestynuje nas do nieustannej przemiany. Gdy wylęknieni próbujemy czepiać się trwałego gruntu, zaprzeczamy sobie, bo naszym przeznaczeniem jest ruchliwość, zmiana, wirowanie żywiołu. Być może trafiamy na siebie dopiero wówczas, gdy uda nam się sprostać lotności powietrza i we własnym działaniu powtórzyć ten ruch” – za polską filozofką J. Brach-Czainą.

Zastosowanie podejścia dialektyki ewolucji w życiowej drodze człowieka, w której wielokrotnie ma się wychylać do sfery spraw międzyludzkich, jawi się już nie tylko jako coś możliwego (w ramach funkcjonowania przenikalnych systemów), jako dodatek do życia, coś upiększającego, czy prościej, ułatwiającego przetrwanie, biologiczne zachowanie bytu – jest niezbędne dla zrozumienia tego procesu i świadomości siebie w nim lub choćby zyskania świadomości wielu nieświadomości, a to już dużo.

Prawda – nie tylko w sferze spraw międzyludzkich sięga się prawdy        

Choć prawda, jak powszechnie przyznajemy, jest istotną wartością świata ludzkiego, towarzyszy naszym dążeniom od zarania, jej odkrywanie, dochodzenie lub wytwarzanie (w tym miejscu przyznajemy rację Heglowi, Marksowi i wielu innym po nich, że to człowiek tworzy określoną rzeczywistość, potrzeby, multiplikuje je, co oznacza pośrednio kreowanie okoliczności, zdarzeń i procesów zawierających ów prawdę lub prawdy) nie mogłoby mieć miejsca, gdyby nie wyodrębnienie świadomości i samowiedzy, o których była tu mowa. Stąd zagadnienie prawdy lokuje się w naszych rozważaniach po emergencji świadomości.

I nie mają dla naszych rozważań znaczenia dokonania nauk przyrodniczych i uznawanie za prawdę istnienie rzeczywistości pozaludzkiej oraz historii świata przed człowiekiem, co C. Meillassoux nazwał rzeczywistością ancestralną, taką która istnieć miała wcześniej od wszelkich odnotowanych form życia na Ziemi. Nie ma to znaczenia, albowiem rozpatrujemy tu kwestię prawdy jedynie, albo aż, z punktu widzenia człowieka i dla człowieka. Nie będziemy również analizować samego pojęcia, a jedynie posługując się wygodną skądinąd właściwością prawdy, to jest jej abstrakcyjnością i relacjonalnością (w żadnym razie jednak nie relatywnością), spróbujemy wskazać miejsca, gdzie może ona się znajdować lub szerzej – obszary, w których człowiek może jej poszukiwać.

Podstawą rozważań o lokum prawdy jest przyjęcia, że egzystuje ona i jest zarazem wytwarzana nieustannie przez człowieka w świecie ludzkim – w tym co niewidoczne. To paradoksalne i fascynujące zjawisko. Podejście takie jest także zarówno intuicyjne, jak i dość dobrze ugruntowane przez nauki przyrodnicze i odkrycia dokonane w psychologii.

To pierwsze wyjawia nam się w sztuce oraz w toku doświadczeń życiowych każdego  z osobna, pod warunkiem jednak dokonywania pewnej refleksji nad odczuciami oraz dokonywania niełatwej sztuki uważności. Dochodzi też do głosu wtedy, gdy coś jawi się jako niezrozumiane (w pełni lub w części), co znów pięknie opisała J. Brach-Czaina: „Niezrozumienie dotyczy czegoś, co w przeżyciu było najważniejsze, ale nie poddaje się wypowiadaniu, jakby było skazane na nieujawnienie. Chyba nie warto byłoby rozwodzić się nad tym, gdyby rzecz dotyczyła jedynie pojedynczych zdarzeń. Niewyjawialnym zjawiskiem jesteśmy jednak my sami, obecnie w wewnętrznym doświadczeniu. Gdy próbujemy je zakomunikować, wydostają się jakieś niewiele mówiące strzępy, półznaki, które rozrzucamy wokół, uparcie i na oślep. Inni rychło uświadamiają nam, że wysyłamy puste sygnały, choć z życzliwości zapewniają nas o zrozumieniu”.

To drugie zawiera się w uchwyceniu pojęcia ego i jego kardynalnego znaczenia w psychicznej konstrukcji człowieka oraz w naukowych treściach przekazywanych przez genetyków i neurobiologów.

W tym punkcie należy zatem dokonać istotnego rozróżnienia na:

• Niewidoczną prawdę, która „skrywa” się wewnątrz jednostki

• Niewidoczną prawdę, która „wytwarzana” jest przez wielość i rozciągłość czynników niezależnych i nieuchwytnych, a także która „zakrywana” jest na zewnątrz, w sferze spraw międzyludzkich

Już ten zaproponowany podział i zastosowanie jako podstawowej kategorii tego, co „ukryte” powoduje myślenie ukierunkowane na odkrywanie, dociekanie, konieczność aktywności i ruchu.

Wydaje się to bliskie sprawom życia codziennego, albowiem, tak jak w przypadku opisanego przez B. Spinozę szczęścia, tak i prawda jest trudna, nie zawsze dlatego, że stanowi ciężar psychiczny, ale dlatego, że droga do niej jest wyboista z wielości przyczyn niedostrzegalnych, nierozumianych: „I zaiste musi być trudne, to co się tak rzadko znajduje. Gdyby bowiem szczęście było pod ręką i gdyby można je było znaleźć bez wielkiego trudu, jak mogłoby dojść do tego, że wszyscy je zaniedbują? Ale wszystko, co wzniosłe jest równie trudne, jak rzadkie” – twierdził niderlandzki filozof.

Ad. 1) Niewidoczna prawda, która „skrywa” się wewnątrz

Tutaj podstawową kategorią jest wspomniane, odkryte przez Z. Freuda i podległe później licznym korektom znaczeniowym ego. Zawiera ono przede wszystkim biologiczne własności i podstawy, które dla przetrwania jednostki spełniły historycznie i ewolucyjnie swoją rolę – a przynajmniej wiele na to wskazuje. Zalicza się do nich instynkty polegające na zaangażowaniu sił witalnych całego organizmu w dbanie o własny interes, rozumiany jako bezpieczeństwo bytu i przetrwanie fizyczne, biologiczne. Instynkty te ograniczały się do reakcji agresji, podejmowania walki, rywalizacji lub organizowania sił do ucieczki.

Pierwotne ego, czyli pierwotne wchodzenie energii świadomości w interakcję z materią zewnętrzną nie miało jednak tylko potencjału do reakcji, o jakich mowa wyżej, a które charakterystyczne są dla świata prymitywnego lub istot pozaludzkich, zwłaszcza na pewnym etapie ewolucyjnego rozwoju. Pierwotne ego zawierało także ciekawość, chęć poszukiwania, uczenia się, a nawet elementy troski, obserwowane wśród naczelnych – co być może jest dowodem na doniosłość wyodrębnienia świadomości, którą przypisano hominidom, praprzodkom ludzi.

A zatem ego, choć sprowadzamy je głównie do dość prostego ujęcia samoświadomości bytu, a wedle rozpatrywanej tu dialektyki heglowskiej – do pojęcia ducha subiektywnego – posiadało i posiada komponenty dynamiczne, popychające do odkryć i rozwoju, a nie tylko zachowania życia. To bardzo istotny wniosek, ponieważ potwierdza, że tak jak to ujął Hegel, nie należy unicestwiać samoświadomości „ja”, lecz ją jedynie zanegować, w fazie eksterioryzacji procesu rozwoju, zapośredniczenia i wchodzenia na wyższy poziom samego siebie, bytu czy zjawiska.

Czyli, mając na uwadze niezbędność ego, to znaczy jego niezaprzeczalne istnienie z całą paletą własności prymitywnych jak i potencjalnych, rozwojowych, należy je konfrontować z rzeczywistością tak swoją własną (życie wewnętrzne), jak i tą na zewnątrz (sfera spraw międzyludzkich) oraz przyjąć perspektywę D. R. Hawkinsa o „nieliniowej własności świadomości”. Zdaje się to istotne, bowiem „proste” ego „karmi się cierpieniem, krzywdą, uwielbia być męczennikiem, niezrozumianym lub wieczną ofiarą przeciwności losu. W ten sposób otrzymuje nagrodę w postaci swoistego pozycjonowania siebie, współczucia, użalania się, prawa do czegoś, poczucia ważności bycia w centrum, gdy jaźń może odgrywać rolę bohatera tego melodramatu”.

Prawdy zawarte w środku są więc ukryte, zazwyczaj bardzo głęboko, a na ich powierzchni odgrywa się spektakl lub bitwa (pod wodzą heroicznego ego) o różne prawa do ochrony siebie samego przed światem. Do ochrony tego, co wydaje nam się, że chcemy lub potrzebujemy albo musimy mieć, otrzymać. Pragnienia mają tu desperackie cechy i domagają się poświęceń – de facto zazwyczaj tylko do przywrócenia względnej równowagi, stanu braku napięcia czy poczucia chwilowej ulgi.

Wszystko to, co o ego wspomniano powyżej nie jest oczywiście żadnym odkryciem, ani nową wiedzą. Jednak konkluzje badań w dziedzinie neurobiologii ostatnich kilkunastu lat dowodzą zasadność wielu twierdzeń sprzed dziesiątek lat o znaczeniu tego komponentu życia psychicznego. Twierdzi się dziś nawet więcej, mianowicie, że agresja, zaborczość, zawłaszczanie, pęd do rywalizacji widoczny nadal, czyli w działaniach człowieka współczesnego – to co, najdźwięczniej i najtrafniej określa angielski przymiotnik – competitive, oraz inne zbyt ofensywnej natury postawy, reakcje i zachowania nie wynikają bezpośrednio z przyczyn genetycznych w ścisłym znaczeniu, lecz napięcia jakie wytwarza ludzkie ego w „konfrontacji” ze światem – i to jest problemat szczególnie godny rozwagi.

Te najprościej rozumiane, świadome nie tyle siebie w pełni, co własnej odrębności „ja” – ego w kontakcie ze światem zewnętrznym, prędzej czy później doznawało przejawów, przebłysków świadomości, wyodrębnienia siebie ze świata i życia grupowego (gromady innych osobników, w której fizycznie funkcjonowało), co prowadziło do konfliktu interesu,  ponieważ uświadomienie pociągało za sobą silną chęć podążenia własną, odrębną drogą, stawiając na szali poczucie ładu, stabilnej pozycji i przynajmniej względnego bezpieczeństwa oraz szansy zachowania życia poprzez przynależenie do grupy. Takie symptomy były w historii ewolucji człowieka obecne. Nie inaczej rzecz się ma po dziś dzień. Jak się obecnie przekonuje, walka świadomości z pierwotnymi instynktami powoduje u współczesnego człowieka napięcia psychiczne o bardzo dużym natężeniu i konsekwencjach – mając na uwadze także presje społeczne, kulturowe, prawne, ideologiczne, religijne i wszelkie inne, wynikające z norm funkcjonowania w grupach.

Emergencja świadomości człowieka spowodowała zatem zmiany nieodwracalne w rozwoju ludzkiej kondycji i jego psychiki – lecz bagażem lub pasażerem na gapę jest wciąż ckliwe ego z jego biologiczną, o charakterze naturalistyczno-deterministycznym, spuścizną. Wynikające ze wspomnianego konfliktu czy napięcia cierpienie współczesnego człowieka może jednak niwelować sfera spraw międzyludzkich, ale tylko pod warunkiem osiągnięcia wpierw świadomości oraz odwagi do aktywności w intersubiektywnej przestrzeni, w której narażamy się wszakże na obnażenia i konieczność zanegowania samego siebie. To zadanie, które wielu zniechęca i odstrasza. Wydaje się jednak, że nie ma innej możliwości na realizację ludzkiego życia w jego pełni, jak właśnie aktywną drogą rozwoju i otwartości na innych we wspólnym świecie ludzkim.

Choć i tam napotykamy kolejne trudności. W nim, bitwy, o jakich była mowa wcześniej także są obecne – trzeba je toczyć w poszukiwaniu różnych wartości oraz prawdy, które następnie można interioryzować.

Ad. 2) Niewidoczna prawda, która „wytwarzana” i „ukrywana” jest na zewnątrz

Do tak postawionej kwestii prawdy należy podejść – zgodnie z zastosowanym paradygmatem dialektycznym, czyli poprzez podkreślenie, że istniał najpierw człowiek pierwotny, następnie średniowieczny, nowożytni oraz współcześnie człowiek wyalienowany społeczeństwa przełomu XX i XXI wieku.

To przypomnienie nie ma mieć jednak przekazu negatywnego czy defetystycznego. Ma jedynie uwypuklić fakt przechodzenia z jednej fazy społecznej, do następnej, wyższej, uwzględniając cały szereg „godnych pożałowania” wątków historycznych. Pomimo ich wszystkich – człowiek, zarówno jako jednostka sama dla siebie, jak i członek społeczności  dokonał niewyobrażalnego sukcesu w rozwoju. Nie zaprzeczymy, że osiągnęliśmy przecież pewien poziom, standard życia i otworzyliśmy możliwości jego spełniania na najróżniejsze sposoby. Ktoś mógłby ripostować, że nie ma to znaczenia, gdy nie maleje przepaść między biedotą, a bogactwem, gdy różnica w rozwoju intelektualnym jednostek i różnych grup bywa niewspółmiernie do czasów wyostrzona, a polaryzacja w tym obszarze życia występuje zasadniczo wszędzie, gdy dostęp do określonych dóbr, które winny dziś być powszechne, jest ograniczany i rezerwowany dla niewielkich kast. Odpowiadając na to, można się jednak głośno zastanawiać, czy wysuwający wszystkie powyższe argumenty chcieliby cofnąć zegary i przenieść się nie tak daleko wstecz, bo zaledwie do XVIII wiecznego stanu „trzeciego” we Francji, który stanowił 98% ówczesnego społeczeństwa, czy rzeczywistości nieco nam bliższej – Polski szlacheckiej, w której najpewniej większość z nas pełniłaby rolę chłopa pańszczyźnianego lub chłopki nie mającej jeszcze pojęcia o terminie emancypacji, praw kobiet czy praw wyborczych.

Nietrudno więc dowodzić każdemu, że rozwój jednostkowy oraz społeczny nieustannie się odbywa, a jego możliwości stanowią cel oraz kryterium wszelkich dążeń społecznych wedle wyrażonej i podkreślonej już wcześniej zasady, iż to człowiek jest miarą wszystkich rzeczy. Przez to społeczeństwo – nasza sfera spraw międzyludzkich – nie ma być przestrzenią o charakterze celu samego w sobie, lecz niewidzialnym obszarem (i może dzięki temu dającym ogromne możliwości do działania i powodującym, zachęcającym, by marzyć), dzięki któremu, na zasadzie spotykania i zapośredniczenia wielu wartości czy jakości lub zwyczajnego uznawania innych ludzi z ich świadomością i samowiedzą, jest sama pośrednikiem w realizacji jednostkowego życia, w szerokim spectrum indywidualnych, unikalnych możliwości, różności i wielości konstrukcji biologiczno-psychicznych.

Zatem, to nie organizacja społeczna występująca w wielu fantazmatach pod różnymi nazwami czy hasłami, ale człowiek jest celem. Tylko, że pamiętać należy o nieustanności procesu życia i występujących w nich cyklach, o tym, że nie można pozwalać na „utkwienie” w sobie samym, bo jest to wbrew ludzkiej naturze z jej dynamicznym charakterem – materia, z której jesteśmy zbudowani właśnie taką ma cechę. Człowiek jest predestynowany do ciągłego poruszania swoim kołem życia, do rozpoczynania i dialektycznego ruchu do sfery spraw międzyludzkich, gdzie osiąga najróżniejsze cele.

Jednocześnie, w sferze tej istnieje poważne zagrożenie wytwarzania fantazmatów właśnie i skrywania wielu prawd. O ile, w bycie jednostki za wiele ukryć odpowiedzialne jest osobowe ego, to w wymiarze świata międzyludzkiego teleologiczne ukierunkowanie mas. Cel bowiem nie tylko „uświęca środki” (a takie nastawienie przyjmowane jest powszechnie i uznawane za wartość cenną, zazwyczaj dla pewnego, nieokreślonego ogółu, podczas, gdy jest wyraźnie wątpliwe moralnie), ale zahamowuje proces rozwoju i wbrew oczekiwaniom, często ulega swojemu oponentowi bądź stanowisku, któremu się przeciwstawiał. Ma to miejsce, gdy cel osiągnięto, przy jednoczesnym spostrzeżeniu, że określony cel nie był w taki sam sposób, albo nawet podobny, rozumiany przez wszystkich członków grupy, której ów miał przyświecać w działaniach. W sytuacji takiej nie ma mowy o wspólnym mianowniku i wspólnej woli. Najczęściej, za pomocą „rozlania” czy „sprzedania” pewnej iluzji, idei, pomysłu, hasła, artefaktu w przestrzeni publicznej i przyciągnięciu do niego określonej liczby ludzi, bardzo wąska grupa interesów realizuje swoje własne cele – a nie cele ludzi, którzy do projektu się przyłączyli. To „włączanie” w sferze spraw międzyludzkich ma zatem wielki potencjał sprawczy, lecz wypacza wolną wolę i realizację celów życia jednostki.

Określone cele społeczno-polityczne bywają na różnych etapach osiągane, ale poprzez to co wyżej wskazane albo brak dalszego zainteresowania „ich” losem, następuje przejmowanie zasadniczych wpływów  zupełnie nierozpoznawalnych zjawisk czy nurtów. Na tej zasadzie marksizm, nakierowany na realizację humanistycznego społeczeństwa, jakie znieść miało kapitalizm (w jego „nieludzkiej” twarzy) przeistoczył się w ohydny, stalinowski reżim komunistyczny. Większość tych, którzy sprawą, czyli ideą, byli zainteresowani, stawiali przed socjalizmem zadania polepszenia ekonomicznej i socjopolitycznej sytuacji klasy robotniczej (jak później i do dziś dzieje się w przypadku ruchów związkowych). Ale to wszystko odbywać się miało w ramach kapitalizmu. Czyli niejako cicho uznano, wbrew własnej idei, że tylko paradygmat dobrostanu materialnego w sensie zasobów dóbr materialnych, finansowych, zarobków jest obowiązujący i przejawiający prawdę o ludzkich potrzebach. „Większość społeczeństw, jakie istniały do chwili obecnej, służyła celom nielicznych, którzy chcieli wykorzystywać większość. Ponieważ w tym celu musieli odwoływać się do swej władzy obezwładniania i zastraszania (niebezpośrednio również samych siebie), nie dopuszczali do tego, by rozwinęli oni wszystkie swe zdolności. Z tego też powodu społeczeństwo zawsze pozostawało w konflikcie z człowieczeństwem, z uniwersalnymi normami ważnymi dla wszystkich ludzi” – konstatował E. Fromm.

Tym samym doszło i najczęściej podobną drogą (interesów) dochodzi do wytworzenia dóbr, wartości i celów w przestrzeni nam wspólnej, które tylko na początku i pozornie wydają się dobre, jasne oraz dostępne dla każdego, zajmujące jednocześnie takie samo miejsce w indywidualnej hierarchii wartości, nawet jeśli tylko materialnych życia, bo i one są potrzebne i są bardzo różne. Jednak z czasem zostają ukryte, zepchnięte do miejsca niewidocznego w naszej sferze, a tym co pozostaje dostępne ma charakter transpasywny i odnosi się już ściśle do relacji międzyludzkich, jako reakcji na różne bodźce, w tym na niezrozumienie okoliczności czy warunków, w których się znajdujemy (bo ostatecznie wszystkie ludzkie aktywności polegają na relacjach między ludźmi i konsekwencjach z nich wynikających). Transpasywność oznacza, że pewne działania i przeżycia innych stają się doświadczeniami niczym nasze, generując stany emocjonalne, jakie przypisujemy automatycznie własnej aktywności. A są one często nieprawdziwe i nie ma w nich zapośredniczenia, opisanego wcześniej jako pewien wzorzec wchodzenia w kontakt z innymi, bowiem dialektyczne zapośredniczenie, jest zupełnie świadome i samodzielne – zostało przez Hegla nazwane samowiedzą. W transpasywności dochodzi z kolei do oczywistego wypaczenia zapośredniczenia, tego jakże istotnego elementu rozwoju ludzkiego.

Na gruncie rodzimych doświadczeń historycznych transpasywność w obszarze spraw najbardziej ogólnych wystąpiła wielokrotnie, a jej spełnianiu – poprzez „odczuwanie” z innymi radykalnych reakcji płaczu, rozpaczy, agresji, odwetu za niesprawiedliwości (co miało miejsce przy niejednej rewolcie, samosądach, krwawym, brutalnym odbieraniu własności prywatnej dotychczasowym „panom”; dziś skądinąd słuszna krytyka kościoła katolickiego powoduje jednak dość podobne reakcje społeczne „odwetu”) – towarzyszyło swoiste poczucie pasywności i musiało takie być, gdy uczucia te nie były tożsame z prawdziwym odczuwaniem jednostki, a raczej przykrą egzemplifikacją „wartości” reprezentowanych przez tłum, które moglibyśmy nazwać spełnianiem żądań prymitywnego ego jakiejś jednostki, które przedostało się i zyskało uznanie pasywnego tłumu właśnie.

„To połączenie doświadczenia emocji przede wszystkim rozkoszy i strachu oraz pasywności przypomina sytuację podmiotu we śnie. Wszystko dzieje się jakby samo, poza podmiotową władzą, która polega na poczuciu sprawstwa swoich czynów, a które nazywa się wolą” – zaznaczył A. Leder.

Takie jest główne zagrożenie tkwiące w sferze spraw międzyludzkich. Wobec tego, prawdy życia tam tkwiące (a jakie winny wynikać z naturalnego ruchu człowieka świadomego) umykają. Należy ich zatem szukać mozolnie, cierpliwie i nie rezygnować tylko dlatego, że to trudne. Prawdopodobnie nigdy łatwe nie było, a niezbędna wydaje się tu aktywność „do”, praca nad świadomością dialektycznych cyklów życia, które realizujemy jednocześnie sami jak i wespół z innymi.

Człowiek miarą świadomości i prawdy

Powtórzmy, że to człowiek jest miarą wszystkich rzeczy, również poruszonych tutaj dwóch bazowych komponentów naszego istnienia – świadomości (samowiedzy) i prawdy. Celem życia jednostkowego, jak i grupowego, odbywającego się w znacznej mierze w przestrzeni intersubiektywnej, którą dla naszych rozważań nazwaliśmy sferą spraw międzyludzkich, jest realizacja humanistycznego postulatu zakładającego, że pełny rozwój człowieka i wielu jego możliwości stanowi cel o charakterze autotelicznym oraz kryterium wszelkich dążeń społecznych.

H. Arendt w „Kondycji ludzkiej” znaczeniu dla tejże kondycji nadaje dwóm formom wyrazu ludzkiej natury – słowu i działaniu, które tylko w sposób świadomy, aktywny, w nieustannym tańcu ze sobą mogą powodować sprawczość, o jaką nam chodzi. Według Arendt świat ludzki jest miejscem, do którego wpisujemy się „niczym drugie narodziny”. I nie chodzi o wejście i uczestniczenie w nim będąc powodowanym przymusem, na przykład pracy lub spełniania jakiejś użytkowej roli, funkcji. Głównym impulsem jest natura ludzka – nie stateczna i bierna, ale dynamiczna i aktywna, lecz znów w pewnej adekwatnej do jednostki i sytuacji formule. W niej zawiera się całokształt określający „kim” ktoś jest, zamiast „czym” jest – za najczęściej stosowanym opisem cech charakterystycznych dla określenia pełnionej funkcji społecznej. Opis cechami jest jakby okrążaniem, poznawaniem jedynie od zewnątrz. A to wbrew naszemu dążeniu do poszukiwania prawdy w procesie dialektycznym, któremu to działaniu – wytwarzanie (ta celowościowa i nadmiarowa dziś ludzka aktywność) może jedynie „asystować”. Wytwarzanie nigdy nie powinno być wartością szczególną, bo przy określonej liczbie jednostek i grup, z oczywistych względów, dochodzi do przesytu wielościami, za którymi nie idzie już żadna jakość. W sferze spraw międzyludzkich taki przesyt ciąży i oddziałuje, powodując zanikanie, lub, co bardziej prawdopodobne, oddalanie i zakrywanie prawd o potrzebach ludzkich, bardzo odległych przecież od fantazmatycznych wytworów, którym dopiero nadaje się nieadekwatny sens i znaczenie lub nawet absurdalną wartość materialną, czego zwłaszcza dziś doświadczamy.

Rekapitulując, humanistyczne przesłanie założone w świadomej dialektycznej drodze rozwoju człowieka ma na celu właściwą, adekwatną relację ze światem, powodowanie więzi międzyludzkich, które są rzeczywistym dziełem człowieka – bo realizowanym dla człowieka, po którym chcemy, by pozostała przede wszystkim pamięć, a nie postument czy symbol – bo tylko pamięć, która uruchamia słowa i ludzki czyn odpowiada ludzkiemu usposobieniu, nieustannemu ruchowi życia. „Wierzę, że rozwój człowieka stanowi proces nieustannych narodzin, nieprzerwanego przebudzenia” – pisał E. Fromm i dodawał wielokrotnie, że sposobem na to jest postawa pełna miłości, tak szczególnej jak ogólnej: „Wierzę, że miłość jest głównym kluczem otwierającym drzwi wzrostu człowieka. Miłość i jedność z kimś lub czymś poza sobą, jedność, która pozwala wejść w relację z innymi, czuć jedność, bez ograniczenia własnej integralności. Jest ona kierunkiem produktywnym, dla którego kluczowa jest obecność w tym samym czasie: troski, odpowiedzialności, szacunku dla i znajomości obiektu jedności”.

W uniwersalnym wymiarze jedność można znaleźć w sferze spraw międzyludzkich i być może ona, jako zjawisko rzadkie i trudno osiągalne zasługuje na określenie prawdy.

Być może też z powodu trudności w dochodzeniu do niej, powroty do siebie (także te dialektyczne) bywają melancholijne i refleksyjne, bo już wtedy miewamy przebłyski świadomości o konieczności podjęcia jakiegoś wysiłku na nowo. Lecz taka jest kolej rzeczy, bardzo nie chcemy bowiem tkwić w miejscu, a przez pasywność nie czuć sensu i znaczenia naszego istnienia.

 

Zawarte w tekście cytaty pochodzą z poniższych publikacji:

– E. Fromm – „Zerwać okowy iluzji”
– A. Pacewicz – „O ewolucyjnym charakterze filozofii Platona”
– David R. Hawkins – „Przekraczanie poziomów świadomości”
– G. W. F. Hegel – „Encyklopedia nauk filozoficznych”
– G. W. F. Hegel – „Fenomenologia ducha”
– H. Arendt – „Kondycja ludzka”
– J. Brach-Czaina – „Błony umysłu”
– A. Leder – „Prześniona rewolucja”
– E. Fromm – „O byciu człowiekiem”
– C. Meillassoux – „Po skończoności”

Dodaj komentarz