Jak niesamowity i obfity jest ten obraz. Mimo, albo właśnie dlatego, że ukazuje tak mały skrawek rzeczywistości, do której ludzkość zdołała sięgnąć – choćby tylko poprzez zaznajomienie z dużej odległości, nieco dookoła, ledwie pobieżnie. I co bardziej uderzające – nie ludzką głową ani ręką to dzieło powstało, albo raczej nie za ich sprawą istnieje.
To najbardziej szczegółowy model ludzkiej komórki jaki powstał w naukach przyrodniczych do tej pory – dzięki nałożeniu na siebie danych zebranych przy pomocy promieni rentgenowskich, magnetycznego rezonansu jądrowego i mikroskopii krioelektronowej. Widać na nim nie tylko mitochondrium (prezentowane niegdyś uczniom szkół podstawowych w formie czarno-białej i niezbyt fascynującej ryciny), ściany komórkowe, błony, struktury białkowe i wiele innych, których nazwy nie są powszechnie znane.
Niezrozumiałe, nie oznacza, że nierozumne
Przede wszystkim widać coś, czego ludzkość najwyraźniej jeszcze nie rozumie. Chociażby niezwykłą pracę i współpracę systemów względnie i częściowo otwartych, zarazem częściowo osłoniętych i niezupełnie izolowanych, o czym pięknie pisał w ubiegłym stuleciu Roman Ingarden.
Z tej tylko przyczyny, że nasz gatunek po dziś dzień nie doszedł do zrozumienia i wyjaśnienia pojęcia systemu na przykład względnie otwartego (jakim może być również człowiek w postrzeganym nam świecie), skupiono się na używaniu w naukach oraz życiu w ogóle sztucznych przegród i izolatorów, które mają w teorii ułatwiać dochodzenie do pewnych prawd czy zasad rządzących światem. Jednakże zazwyczaj to co ma ułatwiać – mocno upraszcza i spłaszcza, że wręcz ogranicza sposób pojmowania. To usilne dążenie do wyjaśniania, albo raczej – wepchnięcia określonych wyników doświadczeń w pewne zarysowane ramy i granice, a często po prostu w wyobrażenia, mocno odcisnęło piętno w sposobie myślenia dzisiejszego człowieka. Samo powstanie czy założenie jakiejś jednostronnej teorii ukierunkowuje i tak już ukierunkowanego praktycznym i doświadczalnym rozumem badacza współczesności. I tego tuż sprzed czasów nam obecnych również. A już Kant twierdził, że „doświadczenie nigdy nie czyni zadość rozumowi”.
Choć jedno i drugie (to co empiryczne i rozumowe) bardzo nam wszystkim potrzebne, to żadne z osobna ani razem w potocznym stosowaniu nie daje tak naprawdę odpowiedzi na wiele pytań, które co dzień sobie zadajemy. Za H. Bergsonem można śmiało rzec: „taki to już los ludzki wiecznie niedoskonały, lecz świadomość tej niedoskonałości nie powstrzymała dotąd jeszcze żadnego z wielkich od jednostronności”. Wprawdzie nie wiemy, czy faktycznie żadnego z potencjalnie ‘wielkich’ nie powstrzymała, jednak trafna wydaje się konstatacja, że jednostronność, bardzo bliska ludzkiemu sposobowi funkcjonowania od paru setek lat, doprowadziła do niezwykłych w różnej skali tragedii, czy zdarzeń z udziałem lub z inicjatywy człowieka, o których każdy może powiedzieć, że nie powinny się one były wydarzyć.
Co i dlaczego (nad)tworzymy
Jednocześnie, te zdarzenia pogłębiły poczucie bezradności, bezsilności, beznadziei – wobec przygniatającej siły, na przykład zła. W wielu kręgach, kulturach, na długie lata. I co ciekawe, przy akompaniamencie zupełnie odmiennych, przeciwnych, jakże charakterystycznych ludzkiemu rodzajowi własności, czyli ambicji, podsycanej wszem i wobec – sprawczości, mocy stwarzania, poczucia siły i wpływu na bieg zdarzeń lub czasu. O niemały dysonans więc nietrudno.
Znalazła się i na to jednak recepta (bardzo zgodna z przekonaniem o wysokiej adaptacyjności). Jest nią świat życia wyrosły i stworzony ponad naturą. W nim wytwarzamy nasze ponadstanowe dobra, będące dla biologicznego, fizjologicznego tylko życia luksusem. Przerastamy warunki biologiczne i niejako ponad nimi próbujemy budować nowy ład, nowy świat – ludzki, albo tylko dla ludzi. Nie wydaje się on dziś „wspaniałym” (to niezwykłe, że A. Huxley już bardzo dawno opisał ten świat, używając sformułowań i szczegółów okoliczności nadzwyczaj trafnych z dzisiejszego punktu widzenia).
Choć wciąż (na szczęście) wytwarzamy w nim takie pozytywy jak: dobro, piękno, sprawiedliwość, prawdziwość, wiele innych wartości lub ich odzwierciedlenie, a także wiarę, miłość. Należą one do tej wyjątkowej, tylko ludzkiej, lecz przenikalnej struktury nadbudowy. Można by nawet stwierdzić, że jest to warstwa pierwsza, jak metafizyka – pierwszą nauką filozoficzną. Człowiek ma wyjątkową sposobność, do urzeczywistniania swojego życia w tej właśnie sferze. Kwestia tylko tego, w jaki sposób to czyni, jak traktuje ową sposobność i człowieczą inteligibilność.
Nie ma tu miejsca na opisywanie przyczyn słabego radzenia sobie ludzkiego umysłu czy ducha z istnieniem w tej sferze. Jest to też materia wciąż niedostatecznie zbadana, jeśli w ogóle. Z pewnością jednak z różnych przyczyn wychodzimy, bądź uciekamy od tej sfery, ale nie w dół, co by się nam kojarzyło z porażką, z powrotem do natury, którą przecież przerastamy, z cofnięciem w rozwoju… Niczym skoczek o tyczce ostro w górę przenosimy więc całe gmachy wyobrażeń, narosłych chęci i ambicji, wartości użytecznościowych, luksusowych, ażeby jeszcze mocniej podkreślić naszą odrębność od świata, z jakiego wyrośliśmy i od jakiego (nieświadomie) uciekamy.
Tak jak dziecko lub nastolatek, dla którego potrzeba wyodrębnienia w określonych momentach rozwoju swojego ‘ja’ jest warunkiem sine qua non tegoż rozwoju. Tyle, że mamy do czynienia nie z oczywistą fazą wzrostu, lecz obrazem całej ludzkości, złożonym przecież z indywiduów w różnej fazie życia. Ktoś może powiedzieć, że i ono znajduje się nieustannie w procesie rozwoju, zatem tyczka wspomnianego skoczka nie jest żadną motyką. Owszem, lecz jako istoty rozumne (i wyjątkowe w tym względzie – jak chcemy przecież wierzyć) mamy możliwość, a może i nawet pewien obowiązek wymagać od siebie więcej. Choćby znacznie większej uwagi i rozwagi. Bez nich nieustannie ‘wytwarzamy’ – co jest naszą podstawową reakcją na wszelkie problemy, niedogodności, niezrozumiałości tego świata.
Odpowiedzią jest zazwyczaj jeszcze więcej, jeszcze szybciej, jeszcze głośniej, dobitniej i ściślej lub merytoryczniej, czyli do rzeczy, koniecznie celowo. Rzadko kiedy kusimy się o zamysł, kontemplację, wniknięcie w przedmiot poznania, bezpośredniość. W konsekwencji otrzymujemy ‘produkty’ i tak nas niezadowalające, nie spłeniające oczekiwań (bo te nie są nawet luźno formułowane przez nas samych), ani nie sięgające żadnego celu – czy idealnego? Ciężko było by odpowiedzieć dziś wielu na to pytanie, nawet tym, którzy twierdzą, że dążą do takowego. Z rzadka bowiem spotkać można kogoś, kto potrafiłby wyjaśnić, nawet intuicyjnie, czym dla niego ideał jest lub mógłby być.
Są to zatem często cele zwyczajnie wytworzone, czasem z naszym udziałem, ale de facto nie przez nas, nie z naszej inicjatywy i nie dlatego, że wynikają z naszych właściwości czy unikatowych substancji. Należy o tym pamiętać próbując złapać równowagę w świecie, w którym potrzeby i możliwości leżą nierzadko na skrajnych wobec siebie pozycjach.
Meandry jednostronności i konsekwencje nijakości
Czy to co powyżej jest wynikiem wspomnianej wcześniej jednostronności w sposobie myślenia? Warto przy tym zwrócić uwagę, że wielkość jednostronności nie jest zbyt często materializowana, ale jeśli jest to najczęściej z katastrofalnymi efektami (co nakazuje wręcz przyjrzenie się lub nieustanne przyglądanie się w zakamarki ludzkiej natury). Tak jak jednostronność wielkości nie jest nam dana.
W kontekście współczesności, ogólnie rozumianych zasad życia, jak również wiedzy teoretycznej i częściowo praktycznej, którą o świecie mamy, chyba potwierdza się, że jednostronności wielkości istotnie nie ma – i być nie może z samej natury rzeczy. H. Bergson zdawał się to dostrzegać, gdy twierdził, że w zasadzie to „duch siły twórczej, choćby jednostronnej, lepszy jest od centnara wszechstronnych subtelności”. Wydaje się, że miał on na myśli tę wielką ludzką zdolność, nie tylko do wytwarzania faktycznego, realnego świata, w którym urzeczywistniamy nasze życia ponad naturą, z której wyrastamy. W nim, w tym świecie, zawierają się również warunki, które nazwaliśmy wcześniej luksusowymi , jak domy, miasta, środki komunikacji, łączności, wytwory nauki, techniki, ale i kultury, sztuki – to wszystko co jest nam mniej lub bardziej potrzebne do życia spełniającego wyobrażenia co najmniej warstwy pierwszej nadbudowy, o jakiej napomknęliśmy na początku.
W uproszczeniu można by powiedzieć, że lepiej jest posiadać jakąkolwiek wiarę w możliwość działania, choćby zbyt jednostronnego lub subiektywnego (i zgodnie z podpowiadającym nam doświadczeniem życia konfrontować te jednostronności pod pewną kontrolą rozumu czy umysłu), niźli nie posiadać jej wcale. Bergsonowska siła twórcza polega więc na rozważnym i świadomym rozporządzaniu możliwościami i powściągliwością, mając w tym na uwadze metafizyczną stronę ludzkiej egzystencji wespół z jej duchem, duszą lub co najmniej umysłem. Czyli tym, co pozornie mniej rozumiemy, ale bardziej czujemy, a poprzez bezpośredni wgląd możemy poznać rzeczywiście lub choć odrobinę bliżej.
Widoczna także, albo zwłaszcza dziś, wszechstronna subtelność (którą w pewnych obszarach nazwać można by bardziej kategorycznie – ‘słabością’ lub 'nijakością’) jest kolejnego rodzaju odpowiedzią na wymagania teraźniejszości oraz wynikiem dążeń do łatwego zrozumienia pewnych zdarzeń, faktów, stanów, procesów – za postulatami nie tylko ekonomii myślenia, ale również ekonomii czucia. Takiego zrozumienia, które nie wymaga wysiłku zmierzenia się z niejednoznacznością i niejednorodnością rzeczy. A być może „ubranie” pewnych procesów w teorie, zdania, konkretne słowa i zaklasyfikowanie ich nie jest w ogóle możliwe? I być może właśnie z tym człowiek obecnie nie jest w stanie sobie poradzić. Z tym, że nie rozumie oraz z tym, że jego (ad hoc podejmowane) działania wytwarzają dobra wcale oczekiwane.
Wszechstronna subtelność występuje też w życiu społecznym. W dyplomacji, politycznej poprawności, w codziennych relacjach międzyludzkich, czy reakcjach na zdarzenia. Luźne rozmowy o niczym, ugrzecznioność, przejaskrawiona uprzejmość i składanie wyświechtanych życzeń niewiele miewa w sobie szczerości, spontaniczności, uczuć prawdziwie doznawanych, nie wiercąc już wątku wartości (także etycznych czy moralnych), które nawet jak z głębi krzyczą, to za ich echem rzadko kto podąża.
Osobliwe pojęcie i urzeczywistnianie obfitości
Od tego echa uciekamy – zaiste, w swej megalomanii. Uciekamy wzwyż, zapominając, że gdzieś u podstaw, w osnowie mamy wystarczająco wiele tajemniczości i obszarów niezbadanych. Jak niezbadany dla naszych poprzedników i wielkich odkrywców był horyzont, lądy nieznane, widnokrąg. Przestaliśmy się tym zachwycać. Dlaczego? Przecież wiemy wciąż tak niewiele, nawet o tym co wydaje nam się oczywiste.
Słusznie okazuje się więc, że „obfitość jadła, rozkoszy, wygody nie może przywiązywać człowieka do życia”, a jeśli nawet przywiązuje (co dzieje się w powierzchowności naszego funkcjonowania) – to nie na zasadzie rzeczywistego, bezpośredniego poznania rzeczy. Na pewno nie przywiązuje też tak, jak może lub mogłoby się to dziać w pierwszej sferze nadbudowy świata ludzkiego i co jednocześnie może lub mogłoby być podbudową osobistych wież wartości zarówno o charakterze indywidualnym, jak i tych ogólnoludzkich, do których należy na przykład zakaz pozbawiania wolności myślenia – to ku przestrodze technologii przyszłości, w której stronę zmierzamy.
Obfitość jest tak samo konsekwencją niezrozumienia całościowego oraz metafizycznego charakteru wyjątkowej sfery ludzkiego istnienia (tej znajdującej się tuż ponad światem natury, przyrody), a jaka przynależy tylko do nas (choć dobrami z niej mogącymi wynikać mamy sposobność dzielić się i w poziomie i pionie), jak i przyczyną tworzenia sfery ponad nami – wszakże nie jest ona rzeczywista, jest bardziej fantomem zbudowanym z wyobrażeń i wizji iluzorycznych, uparcie jednostronnych umysłów zmaterializowanych, rozumiejących świat w kategoriach liczb i wielkości. Mniemanie o wyjątkowości wielu ludzkich dzieł, a zwłaszcza wytworów zawsze „naszych czasów” (które chętnie stawiamy na piedestale dokonań – historycznie) wynika z chęci jeszcze innego rodzaju ucieczki – „przed zagubieniem się w czasie” – za R. Ingardenem. Tym bardziej, jeśli czas traktujemy jako właściwość świata, która w sposób absolutny determinuje bieg zdarzeń, a człowiek jest tylko w nim zatopioną cząstką, której nie pozostaje nic innego jak pogodzenie się z tym faktem i uświadomienie niszczycielskiej roli czasu.
Obfitość spowodowała jeszcze coś, co uwydatnił W. B. Irvine w słowach: „Przyszło mi do głowy, że my, ludzie XXI w., jesteśmy bandą rozpieszczonych smarkaczy. Jedziemy klimatyzowanym autobusem na klimatyzowane lotnisko, żeby przelecieć na drugi koniec kraju klimatyzowanym samolotem. Jeśli podczas lotu będziemy spragnieni, ktoś przyniesie nam napój, który sobie sami wybierzemy, a jeśli lot będzie trwał odpowiednio długo, dostaniemy też coś do jedzenia. Jeśli poczujemy, że wzywa nas natura, na końcu korytarza będzie do naszej dyspozycji toaleta (…)” – po opisie doświadczonego zdarzenia związanego z opóźnionym lotem i powszechnej (pełnej negatywnych emocji, narzekania, pomstowania i krytykowania jakości usług) reakcji jego pasażerów.
Bardzo drobne niedogodności życia są dziś zatem powodem po pierwsze do kontestowania skomplikowanej, różnej i obfitej w formy otwartości rzeczywistości (w której ludzkie istnienie jest wciąż przede wszystkim biologiczne), a po drugie do ‘wytwarzania’ w związku z emocjami i ambicjami nimi wywołanymi – środków tzw. zaradczych albo jeszcze bardziej luksusowych, by niedogodności te omijać najszerszym z możliwych łuków. Lecz wszystkie te zabiegi są przeciw-skuteczne.
Ludzkość nie zbuduje bowiem kolejnej (w domyśle lepszej czy szczęśliwszej) warstwy nadbudowy nad światem przyrody, z którego wyrosła, bez poszanowania dla praw, które istnieją w miejscu obecnie jej danym – to w największym skrócie. Do praw tych zdaje się należeć obfitość różności i kooperacji systemów co najwyżej tylko częściowo izolowanych. Nie zaś obfitość rzeczy i wartości o charakterze utylitarnym, tak jak i nie obfitość w systemy zupełnie zamknięte i całkowicie izolowane.
Te drugie powodują ograniczenia nie tylko w sposobach pojmowania świata i przyrody. W swej praktyczności i celowości, przy jednoczesnych i naturalnych trudnościach związanych z realizacją większości działań, zabijają nadzieję – tę piękną ludzką własność, która powoduje radość. Dzieje się tak, bo nadzieja wiążę się zawsze z przyszłością, z czymś co jest przed nami, co jest tylko i aż perspektywą, lub wiarą czy pięknym horyzontem, do którego chcemy zmierzać. „Myśl o przyszłości ciężarna jest w nieskończoną liczbę możliwości. Jest płodniejsza od samej przyszłości i dlatego nadzieja ma więcej uroku niż posiadanie, a marzenie niż rzeczywistość” – za H. Bergsonem.
Dowodem na regres nadziei i wiary w coś więcej jak tylko użytecznościowe moce sprawcze, są wyraźne defetystyczne dziś nastroje, jak i wspomniana wszechstronna subtelność, będąca łatwo dostępnym sposobem na przetrwanie. Jest nim również usilne dążenie do korzystania z życia tu i teraz, bez względu na konsekwencje dalekosiężne – bo utraciliśmy z pola widzenia horyzonty marzeń i odległe, mgliste krajobrazy, w których stronę chcielibyśmy… chcieć zmierzać.
Bez określonego początku i końca
Konkludując w kilku tylko zdaniach – świat materii organicznej, nieorganicznej, świat przyrody, od której uciekamy, świat ludzki wreszcie, z całym zasobem możliwości praktycznych i metafizycznych, ze wszystkimi poziomami świadomości, na których urzeczywistniać można życie – nie jest równy. Tak jak poszczególni ludzie nie są równi, jakby widział to socjalizm w swych dążeniach, a komunizm w utopijnej wizji jednostki kolektywnej. Tak samo jak nie jesteśmy w stanie stwarzać wszystkim (albo choćby większości) dokładnie równych szans w dążeniu do dóbr, które zresztą sobie wymyśliliśmy na oznaczenie tego, co miałoby być dla nas ‘dobre’, a faktycznie jest (zaledwie) jeszcze wyżej postawioną poprzeczką komfortu życia (nie dająca jednak zadowolenia) – jak chciałby współczesny liberalizm.
Jesteśmy różni. I w tym tkwi ogromna głębia tajemnicy bytów – co jest jak do tej pory skrajnie niepoznane, niepojęte i czego dowodzi najnowszy obraz modelu ludzkiej komórki. Zanim jednak zobaczyliśmy taki i masę innych obrazów, które przypominają nam o miejscu człowieka w świecie, J. Brach-Czaina w swych „Szczelinach istnienia” opisała, że „człowiek znajduje się w sytuacji potencjalnej, będącej zapowiedzią niewiadomego, a dramat (codziennego – przyp. autorka) krzątactwa stawia nas stale w punkcie startowym przyszłych zdarzeń. Jakich? Nie wiemy(…) Skazani na totalną niepewność smakować możemy wartość niepokoju i tajemnicy”.
Czy to nie fascynująca perspektywa? I to niezależnie od trudności okoliczności, w których żyjemy. Że codzienność jest tylko ogarnianiem się, szykowaniem i cieszeniem tym, z tej tylko racji, że zwyczajnie nie wiemy kiedy przyjdzie pora na jakąś podróż, czy też udanie się w bardziej skonkretyzowanym kierunku po coś, dla czegoś, dla kogoś, lub też w zupełnie nieznane czy nicość, poza granicami życia. Także nie wiemy, kiedy i jak i czy w ogóle się ona zakończy, a że zakończeń zazwyczaj nie lubimy, nie ma tu miejsca na zbyt dużą nostalgię.
I nawet jak nigdy nie doznamy poczucia bycia na początku lub w czasie życiowej podróży (wielu twierdzi przecież, że takowej nie przeżywamy), pozostawienie szczeliny takiej jaką jest lub też drzwi zawsze otwartych – pozwala na utrzymywanie w umyśle tego, co możliwe, czyli tego co dotyczyć może przyszłości, co nadaje sensu codzienności. Jednocześnie przez szczelinę tą zawsze można oglądać piękny zarys horyzontu, a ci co bardziej odważni wychylają się wciąż chcąc zobaczyć nieco więcej lub dokładniej. Nie warto więc zapychać żadnych szczelin, wejść, wyjść, dróg wiodących do wewnątrz i na zewnątrz – niczym.
Tymczasem, współczesność z jej upychaniem i zastawianiem gratami utylitaryzmu co raz bardziej zasłania nam to, na co możemy spoglądać i ku czemu możemy chcieć zmierzać – każdy wedle swojej miary różności. Coraz większa ciasnota, mimo rozpychającego się sposobu życia ludzi w świecie, tworzy dziwaczne rozbieżności, na przykład ogromny rozdźwięk między możliwościami jednostki, a osiągnięciami i wyobrażeniami, które współczesna kultura nam wytwarza. Co z kolei jest podwaliną, już kilka dziesiątek lat temu, zdiagnozowanych jako dość powszechne przypadłości: uczucia beznadziejnego zaplątania we własne problemy, nadwrażliwości (nieadekwatnej i dziś również sięgającej poziomów krytycznych), poczucia pogardy wobec siebie samego (nieuzasadnionej realnie).
A to wszystko bo nie umiemy pojąć zasad światem kierujących, albo tego, że… tych zasad nie da się sprecyzować na sposoby nam dostępne? Zatem może nie warto usilnie do tego dążyć, a zaakceptować nierówność jako element stały systemów. Jak również to, że każdy nierówny może być niezbędną częścią lub taką też wartością nieskończonej siatki tej części rzeczywistości, którą tworzymy i której jesteśmy świadomi.
Tekst inspirowany treściami zawartymi m.in w poniższych publikacjach:
– R. Ingarden – ‘Książeczka o człowieku’, wyd. Kraków 2017,
– H. Bergson – ‘O bezpośrednich danych świadomości, wyd. Kraków 2017,
– H. Bergson – ‘Wstęp do metafizyki’, wyd. Kraków 2018,
– D. von Hildebrand – 'Czym jest filozofia’, Kraków 2012,
– J. Brach-Czaina – ‘Szczeliny istnienia’, Warszawa 2018,
– F. Nietzsche – 'Tako rzecze Zaratustra’, Poznań 2006,
– H. Horney – ‘Neurotyczna osobowość naszych czasów’, Poznań 2013,
– obraz ludzkiej komórki – www.komputerswiat.pl – ‘Tak wygląda ludzka komórka z bliska’, pub. 26.08.2021