Mała krytyka racjonalności

Racjonalność i nieracjonalność – razem.

Koniecznie trzeba zaznaczyć, że krytyka skrajnej, wąsko pojmowanej racjonalności (w tekście pojęcie to funkcjonuje przede wszystkim jako określenie racjonalizmu światopoglądowego – racjonalizm lub inne pojęcia pokrewne również się pojawiają) nie jest odrzuceniem rozumnego poznawania rzeczywistości, któremu należy pozostawić duże pole do działania. Przypominając także – krytyka nie oznacza tylko negowania czy wystawiania oceny nieprzychylnej, jak się powszechnie i z łatwością ją pojmuje oraz stosuje.

Rozumowe poznawanie uwzględnia zarówno to, co możemy zmierzyć i zbadać oraz zastosować w formie wzorców, algorytmów, gotowych formuł – a na tej podstawie wywieźć spójną argumentację i logiczny osąd, jeśli dodatkowo podeprzemy to rzetelnymi wynikami badań, co nazywane jest racjonalnością (racjonalizmem zaś stanowisko filozoficzne akcentujące rolę rozumu w tym, co powyżej, w szerokim ujęciu obejmującym także empiryzm) – jak również sferę tego, co niemierzalne, nieprzewidywalne, niewyliczone lub nawet jeśli wyliczone, to niepojęcie wielkie lub niepojęcie małe. Obydwie te sfery odnoszą się do życia codziennego współczesnego człowieka wtłoczonego w społeczne tryby, ułożone często wedle ściśle określonych wzorów, które stara się czerpać (bywa, że nieudolnie) ze świata nam poznanego, ułożonego, jakoś opisanego, niekiedy wprost ze świata nauk ścisłych, naukowych odkryć.

Te z kolei z łatwością uznajemy za realne, za fakty, czy wręcz rzeczy oczywiste, a zatem mające obowiązek powszechnie obowiązywać, jednakowoż ich nie rozumiejąc, w tym wiele ich właściwości, mechanizmów działania czy skutków, w tym społecznych. W skrócie więc, rozumowe poznanie łączyć powinno obydwa wskazane obszary – zrozumianego jako racjonalnego (co nie musi oznaczać bezwzględności co do zasadności podjęcia tematu czy zastosowania danej metody lub odkrycia) i niezrozumianego jako nieracjonalnego (które należałoby traktować szeroko, tj. od braku wiedzy jednostki na dany temat, przez stwierdzony za sprawą nie jednego koła naukowego brak dowodów, następnie przez sfery niedostępne naukowym technikom poznania na dziś, aż wreszcie po uznanie, że mogą istnieć obiekty czy materie niedostępne człowiekowi w ogóle – za sprawą rozumu, zmysłów, świadomości).

Racjonalność i nieracjonalność – (zbyt) osobno.

W naszych usilnych próbach porządkowania wszechwiedzy, której nie ogarniamy, a ogarnąć byśmy chcieli, dawno oddaliśmy racjonalności oraz zdrowemu rozsądkowi prymat jako jedynym słusznym metodom poznawania świata do tego stopnia, że stały się one postawą życiową. Przynajmniej tak to powszechnie się jawi. Zrobiwszy to, przy okazji, daliśmy innym ludziom – zawodowo zajmującym się danym segmentem – mandat nie tylko do prowadzenia swojej działalności (co wydaje się bardzo słuszne i może świadczyć o pewnej dozie potrzebnego nam wszystkim zaufania) ale przede wszystkim do tego, żeby udzielali nam odpowiedzi jasnych, konkretnych, najmożliwiej prostych, najlepiej wychodzącym na wprost oczekiwaniom jednostki lub pewnych grup ludzi w danym czasie i miejscu, a przede wszystkim szybkich – bo nie znosimy już oczekiwania.

W tym jednak jakbyśmy gubili (albo uciekali od nich) całą plejadę obiektów niekonkretnych, takich jak dobro, miłość, intuicja, piękno, wolność, ale również tych nieco bardziej usystematyzowanych (i materializowanych) choć wciąż zbyt szerokich, by stanowić mogły prawdy zupełnie uniwersalne, jak sprawiedliwość, etyka czy wartości. Czy znajdzie się bowiem ktokolwiek, kto wyliczy i zmierzy siłę dobra, miłości, piękna lub stworzy algorytm ich zastosowania, tak by był satysfakcjonujący dla wszystkich oraz by był zgodny z indywidualnym ustrojem człowieka?

Niesamowita jest to sprawa, że spora część z nas fascynuje się tym co nieznane, niezbadane, co gdzieś bardzo daleko, co nieosiągalne na wyciągnięcie ręki i jest to obiektem marzeń, czasem celów, albo zwyczajnych myśli transcendentnych lub nieświadomym obszarem kumulacji wszelkich sentymentalizmów. To z kolei bywa budulcem naszej wrażliwości, uczuciowości, chęci, aspiracji, aktywności, czyli obszaru działania szczególnych ludzkich dyspozycji, a nawet bytów, z których znany (choć raczej zaliczany do irracjonalnego obszaru) jest na przykład daimonion, którego człowiek – oczywiście – musiał spersonifikować.

A zatem, to co niekonkretne, czego nie obejmuje wąsko pojmowana dziś racjonalność, ożywia ludzkie istnienie i zdaje się nadawać jemu sens. Prawdopodobnie ludzkość nie doszłaby do wielu kolejnych faz rozwoju, gdyby zamknęła się – szukając schronienia – w zdrowym rozsądku, miast przekraczać jego granice kierując się nie tylko ciekawością, ale i na przykład intuicją. Oczywistym przy tym jest (i należy to mocno podkreślić), że przekraczanie powodować może burzenie pewnych wartościowych, niekiedy delikatnych, struktur, które ktoś albo coś albo całe grupy ludzi budowały mozolnie i całkiem rozumnie oraz sensownie. Zupełnie każde przekraczanie nie może zatem stać się wartością samą w sobie. A z tym miewamy ogromne kłopoty.

Spoglądając na rzeczy zarówno z semantycznego, logicznego jak i racjonalnego właśnie punktu widzenia – jeśli istnieje racjonalne (co tak ulubiliśmy), to jego przeciwieństwem musi być nieracjonalne. To pierwsze traktujemy jako przyziemne, logiczne, praktyczne, celowe, udowodnione, a nawet mądre… Bo skutecznie prowadzi do celów bliskich. To drugie zaś utożsamiamy z metafizycznym i transcendentnym podejściem, a może celami bardzo odległymi, których trochę się obawiamy, bo możemy ich przypadkiem nie osiągnąć.

Idąc jednak powszechnym sposobem postrzegania metafizyczności, kojarzy ona nam się z religijnością (z którą mamy dziś na pieńku z wielu względów), mocami większymi od nas, kierującymi naszym życiem (tutaj pojawia się przestrzeń dla tak zwanych teorii spiskowych), a zatem nadrzędnością chociażby dóbr wspólnotowych, wytworzonych w danym czasie i miejscu historii, co prowadzi chętnie do konserwatywnego ujmowania i nadawania pewnym wartościom cech bezwzględności, aprioryczności. Bo jeśli coś dane, na co nie mieliśmy przecież wpływu, a czemu towarzyszą od wieków opary wartości czy idei „właściwych” to mają one dla nas znaczenie nie tylko drogowskazów na drodze życia, ale i stanowią konkretnie wytyczone drogi, którymi winno się zmierzać.

W teorii, a następnie praktyce, postawiono więc obydwa podejścia (racjonalne – nieracjonalne) na biegunach oddalonych od siebie maksymalnie, z którego każdy przyciągać jakby miał tylko określone systemy idei, wartości czy wierzeń.
Nie wydaje się to słuszne. A na tym tle, od wielu wieków, toczy się spór myślicieli – czyli czy prawdziwy jest świat takim jakim go widzimy, czy to co dostrzegamy i co wiemy za sprawą rozumu i zmysłów jest „prawdziwe”, stanowi „prawdę”, czy też istnieje w całości lub w połączeniu z naszym – świat zupełnie inny, metafizyczny, transcendentny. Na marginesie można napomknąć, że w zacietrzewieniu walk myśli i systemów na tym gruncie zapomniano trochę o fundamentalnym pytaniu towarzyszącym człowiekowi od zawsze: „dlaczego?”.

Wróciwszy jednak do rywalizacji systemów postrzegania świata. Sporo wskazuje na to, że taka forma współistnienia ludzi (konfrontacyjna) została zapożyczona przez… świat polityki. Który jak się zdaje, doprowadził do poważnej polaryzacji i myślenia w kategoriach „albo – albo”. Implementować i trwać w takim myśleniu łatwo, bo rzadko już kiedy powracamy do źródeł i podstawowych pytań, uznając to za archaiczne, niepotrzebne i niecelowe. I brakuje nam na to czasu. To nie tylko wydaje się niesłuszne i wyprowadzające na manowce. Spolaryzowanie kwestii i pojmowanie, że tak być powinno, a obszar danego bieguna zarezerwowany jest tylko dla określonych myśli i idei zawiera sprzeczności. Albo jest sprzeczne w całości. Przykładem tego jest odnoszenie się do racjonalności w dyskursie społecznym kiedyś i dziś. Była adaptowana, a nawet stała się podstawą wielu systemów myśli i doktryn politycznych – od konserwatywnych po ultraliberalne.

Konserwatywna myśl traktuje jednak o rzeczach wąsko. Wystarczy przytoczyć potoczne rozumienie konserwatyzmu, które utrwaliło się w średniowieczu, a od XIV w. konserwatystami nazywano tych, którzy dbali o stan miejskich murów. Następnie, pojęcie zaczęło funkcjonować w odniesieniu do politycznego i społecznego obszaru aktywności. Na początku oznaczało – znów potocznie – najpierw w USA „niski poziom znajomości spraw społecznych”, by później wyewoluowało do postaw oznaczających wyrażanie obawy przed rewolucją, demokracją, industrializacją – w latach poprzedzających Wiosnę Ludów w Europie. Najogólniej ujmując konserwatywna myśl dotyczy obrony, ochrony pewnego ustalonego (zazwyczaj znacznie wcześniej) ładu, porządku. Jest więc dość schematycznym, systematycznym, hermetycznym sposobem pojmowania, które ni jak ma się do szerokości, wielkości, nieograniczoności metafizyki jako takiej, której horyzonty jakby się nie kończyły…

Może świadomość właśnie tego ogromu powoduje dziś uciekanie od wielkości (co najmniej racjonalności szeroko pojmowanej, na przykład w formie rozumowego poznawania, o czym mowa na początku) do minimalizmu racjonalności. Co z kolei tworzy kolejne wewnętrzne sprzeczności. Wydaje się, że problem konserwatywnej myśli polega głównie właśnie na tym. Dość jaskrawego dysonansu pomiędzy tym co rzeczywiste, realne, zmysłowo osiągalne, a tym co jest poza tą sferą, a co nazywa się wiarą. A nadawanie wierze (na przykład w boga, czy bogów) racjonalności zdaje się tylko albo aż zabiegiem. Choć może delikatniej byłoby to nazwać próbą złączenia tego, co zostało (chyba niesłusznie – stąd cały ten wątek) rozłączone przez człowieka, a właściwiej procesy społeczne, które wymykają się i idą swoją drogą. Rozłączone, spolaryzowane, postawione bardzo daleko od siebie.

Wygląda to tak, jakbyśmy zaprzeczali (i robili to z co raz większą mocą) sferze nieracjonalnej tylko dlatego, że nie jesteśmy w tanie zrozumieć i pojąć pewnych zjawisk oraz dotrzeć do celów nauki, pokładając w nią tak dużo, które powinny (w naszym mniemaniu) odpowiadać na wszystkie kolejno zadawane pytania – najlepiej tu i teraz albo zaraz. Z jednej strony więc wypieramy świat nieracjonalny, duchowy, a nawet (niech będzie) religijny, przekazując wszystkie moce racjonalności, zdrowemu rozsądkowi, który podpowiada nam, że jesteśmy w stanie znaleźć na wszystko wytłumaczenie, a nauka zawsze i wszędzie może dać odpowiedź, zapewnić szczęście i bezpieczeństwo. Z drugiej z kolei mamy poczucie, że droga ta nie daje współczesnemu człowiekowi nawet poczucia ulgi, a odpowiada za to wspomniany zdrowy rozsądek, który polega przede wszystkim na poruszaniu się w życiu w ramach ustalonych przez dyktat zasad, promowany lub narzucany przez innych. Takim może być chociażby „sumienie”, które w istocie jest wytworem społecznym i służyć ma celom dość często niewidocznym, z którymi jednostka (niekiedy całe grupy ludzi) się nie utożsamia, lub celom nierzeczywistym. I to też nazywamy racjonalnością.

A zatem, być może, doszliśmy do tego, dlaczego stawianie spraw skrajnie powodować może powiększanie dysonansów, z jakim mamy dziś do czynienia. Do nich należy racjonalność w jej najróżniejszych objawach życia, „zdrowy” rozsądek, a nawet „najwyższy” rozsądek, których powszechne rozumienie albo drastyczne rozdzielenie z irracjonalnością tworzy siły destrukcyjne w społecznym wydźwięku lub stagnację w życiu jednostki – to w zależności od właściwości wewnętrznych i mocy kalek kulturowych.

Podstawa i pochodne pod lupą

Racjonalność opiera się na sile i możliwościach poznawczych rozumu (czyli zdobycia, objęcia wiedzy w jej całokształcie), kierowanie się nim przy rozstrzyganiu, decydowaniu. To też uzasadnianie wiedzy bez doświadczenia (w skrajniejszej formie). Jest również uważane, że poznanie racjonalne oznacza zgodność z rezultatami nauki, z pominięciem na przykład intuicjonizmu.
Nadanie szczególnych ‘uprawnień’ racjonalności powoduje uznawanie za prawdę tylko tego, co naukowo udowodnione i celowe (co jest być może najważniejszym aspektem z rozpatrywanych, a do czego jeszcze dojdziemy). Wszystko inne z łatwością uznajemy za niewarte rozważań. Może to skutkować dwiema postawami wobec problemu – że albo z czasem nauka da w końcu na coś odpowiedź, albo że jeśli coś wydaje się nierozstrzygalne to być może należy to do świata metafizyki, (którą utożsamia się zresztą równie prosto ze światem bajek, mitów i gusłowych wierzeń), a zatem nie jest to poważne, realne ani w istocie potrzebne dzisiejszemu człowiekowi. Nie ma więc sensu na tym ostatnim dywagować. Zepchnęliśmy zatem to co nieznane na koniec kolejki oczekującej na naszą uwagę.

Przypatrując się racjonalności nie sposób pominąć jednej z jej odnóg – tak zwanego racjonalnego modelu procesu decyzyjnego – który w literaturze przedmiotu też został opisany. Polega on na synoptycznym (porównawczym) paradygmacie, czyli działaniem planowym, celowym, na podstawie analizy porównawczej różnych elementów mających się składać na całość. I tutaj zgodzić się można, że jako metoda rozumowania, dochodzenia do racji, do ustalania pewnych faktów jest potrzebna, uzasadniona, ma swą rację bytu. Opiera się jednak przy tym na konkretnej wizji człowieka nazwanego „homo oeconomicus”, co sugeruje, że po pierwsze – stworzono określony „model” współczesnego człowieka, a po drugie, że – zawierać ma on zestaw cech i wartości przede wszystkim użytecznościowych. Koncepcja homo oeconomicus, czyli „racjonalnego aktora” zakłada, że dysponuje on wyraźnymi preferencjami i dąży do maksymalizacji korzyści (w tym kontekście ekonomicznych, materialnych). Działanie jest wręcz racjonalne, gdy jest zorientowane na konkretny, osiągalny cel. Istotne, że w takim modelu zakłada się, iż decyzje podejmowane są w warunkach pełnej informacji. A dziś wiemy, że o tą pełność jest niezmiernie trudno. Żyjemy przecież w czasach nie tyle szumu, co kompletnego jazgotu informacyjnego. Znamienne, że w rozpatrywanej kwestii pojawiła się też kategoria „wymuszonej racjonalności”, oznaczającej, że decydenci zmuszeni są do wyboru jednej alternatywy z kilku wyłonionych, która wcale nie musi oznaczać maksymalizacji korzyści – tej, która uzyskała przymiot 'tylko’ dostatecznie dobrej.

Racjonalność w podejmowaniu decyzji podsuwać zatem może alternatywy, które są dostępne jedynie z pewnego obszaru zainteresowania, a w dodatku jakby owładnięta jest wizją celu. To z kolei prowadzić może do nadania jakiemuś celowi absolutnego pierwszeństwa. Tak jakby ludzkie życie zdeterminowane było jedynie skutecznością w działaniu, celami do osiągnięcia lub jednym takim celem (na przykład ostatecznym). Zastanawiać może czy podejście takie jest adekwatne, czy celom jako takim nie nadaliśmy zbyt wielkiej i poważnej roli. Do tego stopnia, że raz postawiwszy stają się obsesjami, albo przynajmniej małymi maniami. Lub stają się po prostu sensem życia.
Celowość w racjonalizmie, obojętnie czy szeroko czy wąsko pojmowanym, jest zatem elementem niezwykle istotnym. Można wręcz kusić się o stwierdzenie, że determinuje najmocniej.

Innym pojęciem łączonym dziś często z racjonalnością jest pragmatyzm, będący postawą polegającą na realistycznej ocenie rzeczywistości i podejmowaniu działań tylko gwarantujących skuteczność. Silne jest tu uzależnianie prawidłowości twierdzeń od ich praktycznych skutków.

Pojęcie zdrowego rozsądku z kolei, jakby spinało klamrą okres powstawania tendencji racjonalnego pojmowania od Arystotelesa po Thomasa Reida, poprzez wyraźne momenty jego bumu, zakorzeniania na trwałe w mentalności kół inteligenckich, którego początków można doszukiwać się gdzieś w okolicach roku 1830, przez chwiejny wiek XX, aż po dziś dzień. Jest ono specyficznie i mocno wciśnięte w kulturową plastelinę. Teoretycznie oznacza „dyspozycję poznawczą pozwalającą ująć rzeczywistość w jej najbardziej podstawowych aspektach.” Odnosi się do spontanicznego, „przednaukowego” poznania. Stanowi też obronę istniejących systemów i norm, niekiedy na zasadzie cichej zgody lub nieświadomie. Według Arystotelesa pojęcie to obejmuje teorie powszechnie właściwe: „Przekonania uznawane powszechnie, którymi w dowodzeniu wszyscy się posługują, na przykład, że jest powszechnie konieczne, iż musi się stwierdzać albo zaprzeczać, i że niemożliwe zarazem być i nie być, jak też wszelkie inne zdania tego rodzaju”.

Czyli, w szerokim ujęciu, to zasady rozumiane przez każdego. Ale przecież miewamy ogromny problem z rozumieniem rzeczy w sposób, jaki teoria by chciała zakładać. Oczywiście istnieją prawdy naukowe, które (na podstawie znanych nam i przyjętych sposobów i metod badawczych) uznajemy dość powszechnie, to jednak kłopotem jest szeroki kontekst tego rozumienia i stosowania tej wiedzy. Często więc powstaje luka pomiędzy tym, co jest stwierdzone w danej dziedzinie, a meandrami życia codziennego czy skomplikowanych procesów społecznych. Miejsce tej luki chętnie wypełnia pojęcie zdrowego rozsądku, które tłumaczyć ma nam wątpliwości w sposób relatywnie łatwy, szybki i możliwie najbardziej przystający do naszych przekonań oraz światopoglądu. Dowodzić temu może jedno z zadań, które spełnia zdrowy rozsądek, a jest nim powracanie do kwestii, pojęć czy zasad podstawowych, gdy problematyka ‘wyższego’ rzędu okazuje się zbyt trudna, skomplikowana lub okazuje się nietrafna albo wyraźnie nie pasuje do światopoglądowej układanki (jednostki lub środowiska, w którym żyje).

Potwierdzający aspekt przechodzenia pomiędzy szczeblami trudności zawiera się w zauważonej gradacji rozsądku – od tego zdrowego, który charakteryzować ma ludzi wykształconych, dobrze lub średnio sytuowanych, zamieszkujących duże aglomeracje lub miasta, do tego najwyższego, który charakteryzować ma tych nieco gorzej wykształconych, zamieszkujących mniejsze miejscowości lub wsie, gdzie kulturowe normy ściślej regulują codzienne życie. Ci drudzy do rozsądku podchodzić zdają się z jeszcze większą atencją jak pierwsi (co tylko na pierwszy rzut oka wydaje się paradoksalne), nadając mu walor wartości samej w sobie, co powoduje nieznośną dla ludzkiej natury sztywność. Sztywność ta szczególną formę uzyskała chociażby w realiach XIX wieku, w którym racjonalność w wielu jej aspektach królowała.

Można by w tym momencie podjąć zagadnienie, że wszystko, o czym dotychczas była mowa, prowadzi do konkluzji, że być może rozdźwięk między racjonalnością, a irracjonalnością istotnie jest zbyt duży, ale czy z kolei zbliżenie się tych dwóch nie doprowadziłoby do przesadnego relatywizmu, a w konsekwencji indyferentyzmu? Zagrożenie takie zawsze istnieje, gdy otwiera się pewne bramy, zaciera granice lub choćby luzuje kulturowo-społeczne pęta.

Z drugiej strony niektórzy przedstawiciele religijni obawiają się, że do tego samego, czyli zobojętnienia wobec wszelkich norm czy zupełnego zatarcia granic doprowadzi właśnie „totalitaryzm racjonalizmu”. Efektem tego miałoby być tak otwarte przyjmowanie różnych motywacji i narracji (a faktem wydaje się, że jest ich co raz więcej), że rychło upadnie umiejętność wartościowania i ludzka zdolność do określania tego co dobre, a co złe.

Nie chodzi o ważenie racji, a powrót do źródła

Jak widzimy, problem jest złożony i znów przypomina ile trafności jest w złotym środku, którego nie sposób jednak raz a dobrze gdzieś usytuować. Środek ten niekoniecznie musi też znajdować się geograficznie, fizycznie czy matematycznie idealnie ‘w środku’. Raczej jest gdzieś pomiędzy.

Konkluzja wysuwająca się na plan pierwszy brzmieć może mniej więcej, że wszelkie racje ujęte w racjonalności światopoglądowej, zdrowym i najwyższym rozsądku lub pragmatyzmie, podobnie jak sumienie, są przede wszystkim wytworem społecznym i nie muszą (zgodnie z poglądem indeterministycznym polegającym w tym przypadku na tym, że to co zawarte w przestrzeni większej, szerszej, na przykład społecznej, bywa efektem częściej przypadku, jak działania zaplanowanego, ukierunkowanego) odzwierciedlać prawdy wprost. Może lepiej zatem byłoby traktować racjonalność bardziej jako metodę stosowaną w poszukiwaniach niż postawę, która spowodować może powstanie systemu postrzegania na zasadzie nieodwołalnego stanowiska życiowego.

W tym miejscu warto tylko nieco szerzej ukazać jeden konkretny przykład, bardzo nam bliski, który uwidacznia rysy tendencji do myślenia racjonalnego. Dotyczy on problematyki szerokiego stosowania biotechnologii w postaci osławionego GMO. W dyskursie publicznym temat powraca przy okazji pojawienia się kolejnych nowych, albo wypracowanych przez lata technologii bezpośrednio odnoszących się do naszego życia, jego bezpieczeństwa czy jakości.

Od więcej jak 10 lat w Polsce, a na świecie co najmniej od dwóch dekad, toczy się naukowa i publiczna dyskusja głównie o bezpieczeństwie (dla życia ludzi, zwierząt i roślin) modyfikacji genetycznej roślin i zwierząt. Przez ten czas media obiegły liczne artykuły, dyskusje, stanowiska, tezy, tak zwane mity oraz argumenty je obalające. Dziś zauważa się tendencję do upowszechniania twierdzeń, na przykład na podstawie raportu z 2016 r. amerykańskiej National Academy of Sciences (nie wiemy czy jakiekolwiek znaczenie dla sprawy ma to, że USA są światowym potentatem produkcji GMO, przede wszystkim kukurydzy – możemy jedynie podać taki fakt z podkreśleniem, że jest to jednocześnie szanowana i uznana uczelnia, co nie zmienia z kolei tego, że powszechna interpretacja wyników jakiegoś badania może być inna w USA w stosunku do tej dokonanej na przykład w Europie Środkowej), że nie ma jak do tej pory naukowych właśnie, ani innych empirycznych dowodów na to, jakoby spożywanie przez zwierzęta i ludzi produktów modyfikowanych genetycznie miało negatywny wpływ na ich zdrowie, co na początku dyskusji było obszarem szczególnego zainteresowania.

Czyli, jak okrzyknięto w jednym z nagłówków artykułu prasowego – na chwilę obecną: „GMO ani nie szkodzi, ani nie pomaga”. Tak uproszczona formuła ma się o tyle z prawdą, że zwyczajnie brakuje rzetelnych i długoterminowych badań w tym zakresie, a kwestia znowuż jest na tyle skomplikowana (bo chodzi o delikatne i nieznane do końca mechanizmy relacji w środowisku naturalnym, nawet jeśli ograniczając się tylko do jednego ekosystemu), że nie sposób o jedno (w domyśle słuszne) stwierdzenie na zadane pytanie o bezpieczeństwo stosowania.

Zwolennicy nowej technologii wskazywali u zarania na takie korzyści jak: zwiększenie wydajności produkcji, zmniejszenie zanieczyszczeń gleby i wód poprzez mniejsze zużycia pestycydów, pomoc państwom rozwijającym się oraz pomoc w walce z głodem na świecie. Ten ostatni argument, w niektórych opiniach, był zbyt mało eksponowany, co doprowadzić miało do wciąż dużego sceptycyzmu wobec GMO obywateli wielu krajów na świecie, w tym w Polce, gdzie nie hoduje się roślin z użyciem tej technologii (jedynie importuje się niektóre produkty zza granicy). Co dziś twierdzą propagatorzy tej technologii? Że powinniśmy ją stosować, bo możemy i jesteśmy w stanie robić to dobrze, bezpiecznie, że dzięki temu zwiększamy dostępność do żywności w obszarach ubóstwa, że zwiększyliśmy wydajność upraw bez uszczerbku na bioróżnorodności czy środowiska lokalnego, zmniejszyliśmy za to obszarowo niektóre plantacje oraz pomagamy w ten sposób w walce z efektami zmian klimatycznych – mając możliwość tworzenia roślin odpornych na wyższe temperatury czy susze, których skala występowania będzie prawdopodobnie postępować.

Wszystko to zdaje się bardzo zdrowo-rozsądkowe. W dodatku wygląda na zgodne z faktami, bo bywa powtarzane w różnych artykułach, ale jest takie tylko częściowo. Zwłaszcza w odniesieniu do bioróżnorodności i zagrożeń z tym związanych. Przynajmniej część polskich biotechnologów, jak wynika z monografii analizy z 2018 r. zrecenzowanej przez doktorów z tej dziedziny, utrzymuje, że zagrożenie zachwiania bioróżnorodności istnieje i jest bardzo prawdopodobne w dłuższej perspektywie czasowej: „Różnorodność biologiczna musi być postrzegana, jako stale wzrastająca równowaga interakcji pomiędzy formami życia. Wprowadzanie uprawnych rośliny GMO, gdzie opatentowana jest część genomu, aby uniemożliwić innym wykorzystanie ich, jest bardzo niebezpieczna. Uprawy stają się podatne na wszelkie zmiany klimatu i szkodniki. Utrata różnorodności biologicznej może gwałtownie zakłócić zdolność ekosystemu do bronienia się w przypadku suszy czy ataku chorób”.

Ostatnie zdanie szczególnie wydaje się podważać argument, który znów w pierwszym wrażeniu był bardzo racjonalny i sensowny, a na pewno nośny, czyli wykorzystywania GMO w walce ze zmianami klimatycznymi. Jesteśmy w stanie przecież stworzyć takie rośliny, które będą odporne na negatywne oddziaływanie określonych warunków atmosferycznych, ale nie wiemy na ile będą one miały zdolności przystosowawcze do zmiennych, których nie jesteśmy w ogóle w stanie w tej chwili przewidzieć (nie ma konkretnych modeli zmian klimatycznych na przykład w odniesieniu do określonego tylko obszaru). Ponadto mowa jest o zmianach, które mogą zajść w całym ekosystemie na przestrzeni wielu lat i jego możliwościach obronnych, nie zaś tylko jednego gatunku, który wprowadziliśmy do tego ekosystemu.

Wykazano za to jedną z istotnych reperkusji w ekosystemach, w których wprowadzono rośliny zmodyfikowane tą techniką. Jest nią rozrost szczególnie odpornych chwastów. „W Argentynie, Kanadzie i USA powstało ponad 20 gatunków superchwastów odpornych na herbicydy, wypierających inne gatunki roślin (…) Przykładem jest szczep przymiotna kanadyjskiego (Conyza canadensis), który osiągnął wysokość 3 metrów, a jedna roślina ma ponad 200 tys. wiatrosiewnych nasion. Szczep przymiotna rozprzestrzenił się w dziesięciu stanach USA i nie udaje się go zwalczyć mimo trzykrotnie bardziej stężonych dawek herbicydów.”

Zatem siła argumentów wygląda często na bezdyskusyjną, a przez to wpisuje się w racjonalność działania człowieka – dla dobra jego i natury (w którą to naturę, zaiste, że za pomocą argumentów również jak najbardziej racjonalnych, na przestrzeni wieków tak zaingerował, że nie pozostaje mu nic innego jak podejmowanie teraz każdej próby ratowania dla możliwości przetrwania naszej cywilizacji). Jeszcze raz warto podkreślić, że racjonalność niezwykle często odwołuje nas do celowości i wartości liczbowych, na które jesteśmy współcześnie wyjątkowo podatni.

Jak wykazują różne dane, w dziedzinie stosowania GMO, osiągnięto konkretne cele – prezentowane głównie w formie liczb mówiących o wzroście wydajności i zyskach w tym obszarze (na przykład od 1996 r. do 2016 r. nastąpił około 110-krotny wzrost upraw GMO na świecie – co można nazwać szaleńczym wynikiem i wielkim sukcesem tej branży). Trudno zatem odmówić wystawienia pozytywnej oceny jeśli chodzi o cel w ujęciu materialnym.

Clue problemu, od samego zarania, polegać jednak może na czymś innym jak ważenie poszczególnych argumentów „za” i „przeciw”, co będzie się z pewnością dalej toczyć. I wcale nie musi chodzić też o obawy o wpływ na zdrowie ludzkie, bo te pojawiać się zawsze będą w sytuacjach wprowadzania jakichkolwiek nowinek w określonych obszarach (co też winno być rozumiane przez szerokie sfery ludzi nauki i ochrony zdrowia). Rzecz dotyczyła i dotyczy pytań o zasadność niektórych z celów wprowadzania tej (czy innej) technologii z uwzględnieniem na przykład potencjalnego bilansu zysku do strat, efektów możliwych, nieplanowanych, a dotyczących dziedzin niezwiązanych bezpośrednio z daną materią, w końcu kwestii światopoglądowych, do których wolno mieć prawo, a które są bardzo różne i jest ich bardzo wiele. Niedobrze się dzieje, gdy jedne są w dyskursie gloryfikowane, a inne podlegają niemal ostracyzmowi. W tym także widać wspomnianą wcześniej polaryzację.

Spoglądając dziś na to w jaki sposób rozwija się ta technologia oraz jakie rośliny są uprawiane w Europie i na świecie ciężko jest odnieść wrażenie, że realizacja humanitarnych celów, które były na ustach wielu, ma swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. W 2017 roku w Europie (tylko w czterech państwach stosowano tą technologię) hodowało się niemal tylko: bawełnę, kukurydzę, rzepak, soję oraz buraka cukrowego. Na świecie: soję, kukurydzę, bawełnę, rzepak. Są to rośliny, na tych konkretnych plantacjach, wykorzystywane w przygniatającej większości na cele paszowe i częściowo na biopaliwa. Bawełna z kolei dostarcza w lwiej części tkanin dla przemysłu odzieżowego. Nie trzeba mocno się silić, by zauważyć, że wszystkie te rośliny stanowią bardzo istotny element światowej gospodarki opartej na zasadach wzrostu ekonomicznego, który nieustannie stymulować musi model konsumpcyjny. Czy rację mają więc ci, którzy twierdzą o karmieniu ubogich? Czy może ci, którzy twierdzą, że – owszem – chodzi o karmienie, ale nigdy nasyconego brzucha konsumpcyjności? Znów, prawda leży gdzieś pomiędzy.

Można sobie wyobrazić, że wiele takich upraw ma potencjał wpływu na dostępność pożywienia dla określonych grup ludzi, ale niezbyt dotyczy to chociażby Afryki, gdzie nie stosuje się powszechnie tej technologii (poza trzema krajami). A miała być ona jednym z głównych powodów uzasadniających szerokie wprowadzenie GMO. Tymczasem, jak pokazały analizy zakończone w 2019 r. IPCC (Intergovernmental Panel on Climate Change) mimo, że wiele państw afrykańskich wciąż boryka się z biedą lub ubóstwem, na przestrzeni ostatnich paru dekad znacznie zmalał odsetek dzieci i osób dorosłych tam, które cierpią z powodu skrajnego niedożywienia – bez wprowadzania inżynierii genetycznej roślin. Jest to efekt długoterminowych działań pomocowych w wielu innych dziedzinach życia, na przykład w dostępie do wody pitnej, placówek medycznych, w zakresie redystrybucji różnych dóbr (w tym żywności), promowania rolnictwa ekologicznego w wymiarze lokalnym (przy zastosowaniu dostępnych technik rolniczych), czy szeroko pojętej poprawie higieny życia. Te aspekty powodują ewolucyjne przeobrażenia, których może przez to, że nie są tak spektakularne i tak szybkie, nie dostrzegamy.

Druga niebagatelnie istotna kwestia bardziej odnosi się do światopoglądu, w którym – w omawianym przypadku – nie ma miejsca dla masowej, przemysłowej hodowli zwierząt na mięso. Jak się okazuje, stosowanie inżynierii biotechnologicznej w dużej mierze wspiera tą hodowlę, a to jaskrawie kłóci się z poglądami dość znacznych gremiów ludzi i działających organizacji, mających na sztandarach hasła humanitarnego traktowania nie tyle przyrody w jej ogólnym pojęciu i stanie, ale świata fauny. Zdaje się, że pomijanie tego elementu całości dyskursu jest błędem, do którego prowadzi racjonalność z jej różnymi prymatami – w tym przypadku uzasadniania tego, co jawi się jako pewna oczywistość związana z korzyściami określonymi czysto liczbowo i teoretycznie (niekiedy na zasadzie równie życzeniowej, co najbardziej irrealne pomysły wizjonerów), jakie ludzkość może uzyskać w krótkim okresie.

Łatwość i szybkość – to są paradygmaty, które dziś powodują podstawy podejmowania bardzo ważnych decyzji o znaczeniu globalnym, a którym jednocześnie, poprzez silnie zakorzeniony sposób rozumowania racjonalnego w wąskim ujęciu, przyczynia się do powoływania do życia ogromnych i samonapędzających się machin, nad którymi później nie mamy kontroli. Albo niezwykle trudno jest ją mieć w jakimkolwiek kształcie, co też udowadniają dzisiejsze problemy chociażby natury formalno-prawnej przy produkcji, dystrybucji i wprowadzania na rynki produktów uzyskanych za pomocą metod inżynierii biotechnologicznej.

Rozważania te wynikły z pewnej niezgody na silnie konfrontacyjny i spolaryzowany sposób postrzegania, oceny nie tylko sytuacji z punktu widzenia korzyści jednostki czy grupy, ale i samych faktów, które co raz trudniej uchwycić (może też przez to, że przestaliśmy przyglądać się podobnym zjawiskom z przeszłości). Co raz ciężej też przewidzieć szerokie spectrum możliwych efektów podejmowanych decyzji. I właśnie dlatego, czyli z powodu rzeczy, zdarzeń i zjawisk, które jawią się jako zawiłe, a nawet abstrakcyjne, niebagatelne znaczenie winno mieć podejście uwzględniające istnienie rzeczywistości innej, jak dostrzegana przez nas na co dzień.

 

W tekście wykorzystano treści, informacje i cytaty zawarte m.in. w poniższych publikacjach:

– R. Tokarczyk – ‘Współczesne doktryny polityczne’, Kraków 2002
– A. Antoszewski, R. Herbut (prac. zbior.) – ‘Leksykon politologii’, Wrocław 2002
– M. A. Krąpiec, A. Maryniarczyk (tłum.) – Arystoteles ‘Metafizyka’, wydanie 1996
– W. Daszkiewicz – ‘Poznanie zdroworozsądkowe i jego funkcja w filozofii realistycznej w ujęciu M. A. Krąpca’, 2007
– R. Kapuścińki – ‘Nie ogarniam świata’ – Warszawa 2007
– R. May – ‘Miłość i wola’ – 1969 – wydanie Kraków 2016
– M. Maciąg, K. Maciąg (red.) – ‘Analiza, produkcja, zastosowanie substancji oraz komponentów pochodzenia roślinnego’ – Lublin 2018
– https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/nauka/1671910,1,martwisz-sie-glodem-na-swiecie-zywnosc-gmo-jest-rozwiazaniem-problemu.read (artykuł opublikowany tamże w styczniu 2018 r.)

Dodaj komentarz